Klątwa romantyka

        Od razu uprzedzam, że choć tak to może wyglądać, to jednak nie jest to kolejny tekst zdesperowanego, nieśmiałego szczeniaka o swej życiowej tragedii. Choć jeśli chodzi o tą życiową tragedię to owszem. Wierzcie mi, nie chcielibyście być tacy jak ja.

    Pamiętam z liceum, jak przerabialiśmy wielkich romantyków. Zawsze się z nich śmialiśmy. Wydawało nam się, że to ich bredzenie o nieszczęśliwej miłości, to są jakieś głupoty. Dziś chętnie wracam do tych lektur, bo sam odkryłem, że jestem takim samym jak oni tragicznym romantykiem "włóczęgą". Problem w tym, że ja nie chcę taki być. Podobno kobiety uwielbiają romantyków, a ja wam mówię, że kobiety się ich boją. W odwrotną stronę działa to tak samo. Mało tego, romantycy boją się samych siebie, swych chorych uczuć. Jest to strach podświadomy, bo żaden romantyk tak nie stwierdzi, a ja tak stwierdzam to dopiero po dzisiejszym doświadczeniu (kolejnym tego typu z rzędu - zgadnijcie jakim). 

    Moja pierwsza miłość do Pauliny (miałem 11 lat), trwała 7 lat. Tak jest moi drodzy, romantykiem jest się bez względu na wiek. Problem był taki, że jak na romantyka przystało, tłumiłem swe uczucia, w moim umyśle kłębiły się tysiące refleksji i przemyśleń, żyłem w innym świecie, nikt nie był dla mnie tak ważny. Czasami myślałem, że chciałbym być jej aniołem stróżem, by móc cały czas być przy niej bez zdradzania się ze swymi uczuciami. Nie potrafiłem jej tego wyznać, a czas co chwila kopał mnie w tyłek i dodawał lat. Tak straciłem dzieciństwo. A potem się przełamałem i dostałem ostatniego kopniaka, ale w mózg, bo w serce było za późno. 

    Potem była druga miłość do Sylwii. Postanowiłem, że nie popełnię tego błędu co poprzednio i od razu postanowiłem zapoznać ją z sytuacją. Jednak okazało się, że ona jest już związana z kimś innym. I choć nie była z nim szczęśliwa, to jednak wygrał "strach" przed moimi, chorymi uczuciami romantyka.

    Potem była trzecia miłość. Muszę powiedzieć, że byłem tak blisko przełamania działania klątwy, jak nigdy. Ale klątwa nie śpi, bo Marta zaszła z jednym z moich przyjaciół. To był cios w plecy. Zacząłem zastanawiać się nad zakonem dominikańskim. Tam mógłbym przynajmniej rozwijać moje zainteresowanie wampiryzmem i demonologią. Jednak natura romantyka jest absolutnie sprzeczna z ideą życia zakonnego, romantyk nie może kochać w sposób nakazany przez kler, jego uczucia koncentrują się zawsze na pewnej, jednej jedynej osobie. Powinniście, też wiedzieć, że o moich dawnych, zakonnych zamiarach nikt jeszcze nie wie, więc jesteście pierwsi.

    Teraz na studiach poznałem niezwykłą dziewczynę. Tym razem znowu postanowiłem obrać inną taktykę. Była wolna i do tego też jest tragiczną romantyczką, jak mi wyznała. Myślałem, że to dobry znak. Jednak jak się okazało, ona jest mniej więcej na tym etapie co ja z trzeciego akapitu, czyli strasznie buja się w jakimś kolesiu, który nie jest tego świadomy. Nie chciałem jej mówić, że nic z tego nie będzie (co wiem z doświadczenia - patrz akapit trzeci), bo wyszłoby na to, że chcę ją na siłę pozbawić prawa do własnych uczuć. Dokładnie wiem co jej dolega i wiem jak ją z tego wyciągnąć, ale to nie na tym polega by ktoś jej pomagał. Musi przecierpieć swoje, tak jak ja przecierpiałem, aż jej przejdzie (bo jej miłość nie ma prawa do spełnienia). Szczerze jej współczuję, ale nic na to nie można poradzić. Ale wróćmy do mnie. Nawet sobie nie wyobrażacie jaki głupi byłem. Ona powiedziała, że się zastanowi, a ja myślałem, że rzeczywiście się zastanowi. Po prostu nie chciała mnie zranić, gdy ja już zdobyłem się na jakże trudne wyznanie. Kilka dni później spytałem, czy się zastanowiła i stanowczym tonem stwierdziła, że przecież sprawa jest jasna. Wyobrażacie sobie co się ze mną działo w tym momencie? A przecież sam byłem zakochany tak jak ona, po uszy, że aż syczało i nie byłem wtedy w stanie pomyśleć o jakiejkolwiek innej dziewczynie, a spodziewałem się, że ona zrobi inaczej. Głupi jestem. Nie, nie jestem głupi, jestem romantykiem. I tak właśnie wyglądał ostatni jak do tej pory cios zadany w moją komorę sercową, który wydarzył się dzisiaj.

     Jak już wspomniałem tragiczny romantyk podświadomie boi się swoich uczuć. Zatem tłumi je w sobie, by nikt się o nich nie dowiedział (to nie jest wstyd, czy nieśmiałość). Myśli, że tak będzie lepiej. Z każdą kolejną porażką coraz bardziej wydaje mu się, że tak być powinno, bo ciąży nad nim klątwa. Ale on po nabraniu kilku bolesnych doświadczeń próbuje dalej. Próbuje bo ma nadzieję, że jego bunt przeciwko własnemu cierpieniu złamie klątwę. Lecz dokonując kolejnych prób znalezienia miłości dorzuca sobie kolejny kamień do plecaka. Romantyk w końcu zaczyna sobie z tego zdawać sprawę, wie że miłość jest jego klątwą pożerającą mu normalność. Dochodzi do etapu poety i w końcu zaczyna pisać wiersze (ja właśnie mam ostatnio takie zapędy i mam zamiar spróbować swych sił), a to już prosta droga do definitywnego końca. Nie musi to być koniecznie samobójstwo, lecz często kończy się to na tzw. terapii. 

    Skutki bycia romantykiem są obok śmierci najbliższych najbardziej traumatycznymi doświadczeniami w życiu. Romantyk bardzo wcześnie dojrzewa emocjonalnie, co jest kolejnym powodem do samobójstw. Romantyk jest bardzo mało towarzyski. Potrafi przesiedzieć całą imprezę milcząc, zatopiony w swych na prawdę głębokich przemyśleniach i na końcu stwierdzić, że doskonale się bawił. Nie należy go wtedy rozweselać, bo nie będzie w stanie wypowiedzieć sensownego zdania, będzie się wykręcał i udawał, że nic mu nie jest. I owszem coś mu jest, lecz nie należy go z tego wyciągać. Ten ból nazywa się Rőtschreck i jest nieuleczalny. Nawet jeśli spełni się w końcu jego marzenie o wielkiej miłości, to romantyk będzie go miał nadal. Będzie to powodowało, że zacznie wątpić w to, że jest wart swego Słońca, będzie się bał, że jest z nim z litości (Patrz przypadek Chopina. George Sand nie była jego wielką miłością, ale w końcu go w sobie rozkochała, ale jemu wciąż się wydawało, że ona po prostu się nad nim lituje, bo jest chory).

    Zastanawiam się też, co decyduje o tym, że jest się pod działaniem tego fatum. Niestety bardzo trudno znaleźć odpowiedź na to pytanie. Wierzący powie, że to Bóg wystawia go na próbę. Lecz Bóg mówi "idźcie i mnóżcie się" czy jakoś tak. Dlaczego jedni mają się "mnożyć", podczas gdy reszta ma cierpieć? Niewierzący powie, że to po prostu urojenie i taki romantyk sam sobie jest winien. Jako romantyk mówię, Wam że to drugie na pewno jest nieprawdą. Bo nie jest to kwestia jakiejś śmiałości, czy sprytu. To siedzi w nas tak głęboko, że pewnie sam Bóg nie byłby w stanie tego zrozumieć (dlatego nie był w stanie zapobiec takiemu ludzkiemu nieszczęściu jak romantyzm), dlatego odpada też pierwsza możliwość. I chyba już nie odpowiem na to pytanie. Może jeszcze parę takich porażek i poradzę sobie z tym problemem. Na dziś jest to już koniec.

Kijek

PS: Ani jedno słowo nie było ściemnione. Jak ktoś jest romantykiem to nawet nie musiał tego czytać, a jak nim nie jest to pewnie zanudziłem go na śmierć.