Chameryka
Nie, nie jestem ksenofobem. Uwielbiam
inne nacje, dlatego w dzisiejszej porcji mojego narzekania
przeniosę się za granicę. Konkretnie moim celem będzie Wielki
Sojusznik zza oceanu - The United States of Duhmerica. Po naszemu
Chameryka.
Jednym z wiadomych faktów na temat mężczyzn jest to, że lubią
oni spędzać dużo czasu w kiblu. Nikt nie podjął się próby
obliczenia jaki właściwie procent swego życia statystyczny
przedstawiciel homo sapiens z fujarką przesiaduje „na filozofa”,
niemniej wiadomo, że są to poważne liczby. Toaleta w domu
zawierającym przynajmniej jednego zarośniętego typa szybko
staje się swoistym sanktuarium pełnym książek, gazet i
czasopism mających umilić długie godziny beztroskiego
ogrzewania dupskiem porcelany. Przyczyny fascynacji klozetem
pozostają tajemnicą - może lubimy karmić rybki, a może po
prostu potrzebujemy jakiejś oazy, w której wszyscy mogą nas we
wzmiankowane dupsko pocałować. Pech chciał, że właśnie w
tym bastionie spokoju znalazłem coś, co doprowadziło mnie do
wrzenia.
W moje ręce trafiła pozostawiona przez ojca Wyborcza, więc
wiedziony ciekawością otworzyłem ją na pierwszym z brzegu
artykule i... Gdybym wtedy stał to bym usiadł. Jako, że już
siedziałem to tylko nadąłem się jak balon, a woda w muszli
powiedziała „plum”. Tematem artykułu była osoba, o której
mówił cały świat. No, cała Ameryka, ale dla Jankesów nie ma
wielkiej różnicy. Nasza bohaterka to pani Terri Schiavo. Chociaż
właściwie zeszła ona na drugi plan, a gwiazdami byli dwaj
aktywiści, którzy uzbrojeni w kromkę chleba i szklankę wody
próbowali wedrzeć się na teren kliniki. Policja capnęła wesołków
bez najmniejszych problemów, oferując im komfortowe spędzenie
nocy w kazamatach oraz tysiąc zielonych grzywny. Musiałem to
przeczytać trzy razy zanim do mnie dotarło. Dwóch baranów
naciera na kordon mundurowych, którzy w przeciwieństwie do
swoich polskich odpowiedników mogą obić dowcipnisiów bez żadnych
konsekwencji prawnych. Jak dotąd jestem to w stanie jakoś
przetrawić. Ale potem pojawiają się gadżety bojowników o życie
Terri. Kromka chleba i szklanka wody? Czy oni naprawdę liczyli
na to, że zdołają uratować umierającego z głodu i
pragnienia człowieka sucharem i kranówą? Odpowiedź brzmi:
oczywiście, że nie. W tym całym pierdolniku życie ludzkie już
dawno przestało się liczyć - chodzi o to kto głośniej
zaprotestuje i w ten prostacki sposób uspokoi sumienie. Dwóch
kretynów nie liczyło na to, że uda im się przebić do konającej.
Ruszyli na policję z kromką chleba i szklanką wody, a świat
zapamięta ich jako męczenników za słuszną sprawę. No,
Ameryka ich zapamięta. Jak dla mnie jest to po prostu definicja
jankeskich ćwoków - po co pomagać, skoro można bawić się w
porównywanie rozmiarów penisów. Hipokryzja tego narodu uderza
ze zdwojoną siłą, kiedy człowiek uzmysłowi sobie, że
Amerykanie pozwalają młodym i zdrowym obywatelom wracać do
domu w drewnianych skrzynkach, z Iraku/Afganistanu, podczas gdy
walczą jak lwy o życie kogoś równie sprawnego umysłowo co
przeciętny mebel. Pardon, jakie walczą? Stoją, machają
transparentami i, za przeproszeniem, pierdolą takie smuty, że aż
żal słuchać. Przesadzam? No to może wypadałoby przeciągnąć
okiem po tychże transparentach:
„Ona chce żyć” - A ja chcę kucyka. Jeżeli tak dobrze
wiesz czego ona chce to może przygarnij ją pod swój dach. O
ile pan Schiavo to taki cynik, za jakiego go mam to z pewnością
zgodzi się na taką opcję. A poważnie: jeżeli ja kiedyś
zamienię się w ziemniaka i przyleziesz mnie „ratować” to
cię będę zdziro straszyć po nocach.
„Czy naprawdę chcecie ją zamordować?” - Nie, naprawdę
chcemy zbudować nowy Disneyland.
„Co z piątym przykazaniem?” - Akurat wyszło. Mogą być
frytki?
„Cierpienie Terri = Cierpienie Chrystusa” - nie jestem
religijny, ale ty się módl, żebym nie umarł przed tobą, bo
wtedy cię będę zdziro straszyć po nocach.
„Jeb*!” - Pierwszy sensowny transparent. Taki odgłos wydaje
moja głowa uderzająca o biurko kiedy widzę wszystkie pozostałe.
Prawnym opiekunem poszkodowanej jest demonizowany Michael Schiavo
i, mówiąc obrazowo, jeżeli on sobie zażyczy to może kazać
wyjąć jej bateryjki. Wyzywam każdego z protestujących cymbałów,
żeby postawił się w miejscu człowieka, który piętnaście długich
lat musi użerać się bandą farbowanych humanistów, mogących
po manifie iść do domu i korzystać z tego, że mają normalne
rodziny. On musi sprawować opiekę nad swoją połowicą i
dwadzieścia cztery godziny na dobę żyć ze świadomością, że
równie dobrze mógłby ożenić się z kredensem. Ciekaw jestem
jak długo w takiej sytuacji wytrzymałby przeciętny aktywista.
Jako człowiek dość cyniczny nie wierzę jednak, że samolubny
czynnik nie odegrał jakiejś istotnej roli w decyzji Mike’a -
facet poukładał sobie życie z inną kobietą, a koszty piętnastu
lat podtrzymywania kogoś przy życiu potrafią uwierać w tyłek.
Jest jednak pewno „ale”. Przypuszczam, że nie ja jeden
odczuwam zimne dreszcze na samą myśl, że mógłbym prowadzić
radosny żywot kartofla, przykuty do szpitalnego wyra. Zapewne w
takim przypadku nie byłbym świadomy, że tłumy kretynów przedłużają
sobie wacki robiąc ze mnie ikonę, ale mimo wszystko wolałbym
gryźć piach. Bo to nie jest utrata ręki czy nogi. To jest
utrata wszystkiego. Nie mówię, że popieram Michaela, bo moje
poparcie gówno znaczy dla niego, zwłaszcza teraz, gdy jego
droga żona wyzionęła ducha zabierając kretynom obiekt, do którego
można się medialnie masturbować. Ja po prostu mówię, że ten
człowiek ma rację. Koniec dyskusji.
Jak zawsze w podobnych sytuacjach budzą się we mnie niepokojące
podejrzenia, które prześladują mnie od końcowych lat podstawówki:
że gdzieś na świecie istnieje fabryka produkująca tępych
ludzi. Albo raczej sieć fabryk rozsianych po całym globie, w których
montuje się kretynów różnych płci, ras i wyznań. Jest
wysoce nieprawdopodobne, żeby tak ograniczone jednostki powstawały
na skutek naturalnej prokreacji, więc śmiem twierdzić że to
wszystko potężny spisek, za którym stoi żydomasoneria.
Dosyć tego dobrego, idę do klozetu na prasówkę. I może niech
tam będzie jakaś „Pani Domu”.
* - Dla zainteresowanych: aż sprawdziłem, kto może być
posiadaczem tak ambitnego imienia. Niespodzianka! Jest to
gubernator Florydy, Jeb Bush, jak nazwisko wskazuje, blisko
spokrewniony z prezydentem Chameryki. Najwyraźniej kochająca
rodzinka, doświadczywszy potencjału intelektualnego Pizdusia
Juniora postanowiła ochrzcić młodszą latorośl imieniem, które
ta będzie w stanie przeliterować.
Nie przeżył, ale i tak nim cholera trzęsła, więc spisał
Niedźwiedź Zygmunt
Grupa Artystyczna Mokasyn