Zrobię to
Parę godzin temu wróciłem z komisji
wojskowej, do której zawitałem po raz pierwszy. Jest to właśnie
ta komisja, która zajmuje się wykonywaniem wyroków na
absolwentach szkół średnich - jeżeli nie czujesz się na siłach,
by kontunuować naukę, idziesz, brachu, do wojska.
Przede mną było parę osób, usilnie próbujących dostać
kategorię D. Dodam, że parę osób znam i - powiem szczerze -
nie wiedziałem, że jeden z nich ma baardzo słaby wzrok, drugi
kuleje na lewą nogę, a trzeci ma kłopoty z odróżnianiem
kolorów. Ja w każdym bądź razie nie chciałem się bawić w
żadne podchody, więc gorliwie odpowiadałem na pytania nie kłamiąc.
Na poczekaniu zastanawiałem się, po co w ogóle ta cała sprawa.
Przecież moja służba wojskowa wyglądać będzie mniej więcej
w ten sposób:
punkt 6.00 wstaję, jem śniadanko, idę się przebiec z resztą
kompanii parę kilometrów
punkt 10.00 wracam z joggingu, po krótkiej kąpieli zasiadam na
krześle i do 12.00 zamieniam się w bezwzględnego obieracza
ziemniaków, bądź biednego czyściciela urządzeń sanitarnych.
po 12.00 do 18.00 urządam sobie siestę, podczas której mogę
pospać, pograć w ping-ponga, pooglądać TV, poczytać, powalić
gruchę lub depilować sobie włosy łonowe.
po 18.00 mały bieg, 20.00 - kąpiel i kolacja, 21.00 - koniec
kolejnego ciężkiego dnia prostego szeregowca z ogoloną głową.
Mam sąsiada, który wojsko zaliczył (albo wojsko jego) już parę
ładnych lat temu. Muszę powiedzieć, że powyższy rozkład
dnia wyglądał dokładnie tak, jaki on miał. A jedyne co wyniósł
ze służby wojskowej, to dodatkowe 6 kilogramów w pasie, blaszkę
i święty spokój ("nareszcie się ode mnie odp...lili").
Mnie czeka również mniej więcej to samo. Rok wyjęty z życia.
Rok w plecy. Podczas tych 12 miesięcy mógłbym znaleźć sobie
pracę, poznać fajną dziewczynę, z którą bez przeszkód mógłbym
przesiedzieć resztę życia, zrobić dodatkowy kurs i wiele
innych rzeczy o wiele bardziej przydatnych.
Dostałem kategorię A. Wzrok mam dobry, słuch również, a i
kolorystyka nie jest mi obca. Nie kuleję, mam dwa jądra,
nie posiadam żadnego upośledzenia fizycznego ani
psychicznego. To wystarczy, aby stać się żołnierzem
naszego kraju. To wystarczy, aby w nagłym wypadku dać mi do ręki
karabin i wysłać na pierwszy front, gdzie z reguły nie jest
ciekawie. Osiemnaście lat i jako taki dobry stan zdrowia
wystarczy, żebym mógł się poświęcić dla kraju, dla mojego
kraju, w którym żyję, uczę się, planuje mieszkać przez całe
życie...
Jednak coś mnie gryzło i podczas podpisywania stawienia się na
komisji ugryzło mnie tak, że poczułem. Już wiedziałem o co
mi chodziło.
Spójrzmy chwilowo na sytuację w naszym kraju. Jest niedobra,
fakt. Nie, jest tragiczna, przynajmniej pod względem politycznym.
Nic się nie układa tak, jak chcieliby tego obywatele, ale wedle
życzeń polityków. Oni mają kasę, a ja nie. Oszukują, kradną,
spiskują przeciwko Mnie, obywatelowi. Pakują kasę do własnej
kieszeni, nie bacząc na innych, biedniejszych, potrzebujących.
Co dziwne, w czasie wojny ci biedniejsi staną się siłą oporu.
To ja będę bronił tych, co przez całe moje życie zabierali
mi lepsze życie.
Nasi dziadkowie, wypędzając Niemców z Polski, dali nam wolny
kraj, dali nam wolność, w której mieliśmy wszyscy żyć jak
jedna rodzina. Nie wiem, jakie jest Wasze zdanie, ale jeżeli
taki Rywin czy Lepper jest moim krewnym, to ja się go zrzekam.
Być może to, co napiszę będzie ładnym
przykładem hipokryzji (zważywszy na mój tekst
"Hołd", raczej tak). Mianowicie, jeżeli, będąc w
wojsku (jeżeli w ogóle tam trafię) zdarzy się coś, co
spowoduje wojnę w naszym kraju, nie pojadę na linię
frontu. Nie i koniec. Nie będę nadstawiał głowy
dla Nich.
Wbrew temu, co napisałem, kocham ten kraj.
Tu jest mój dom, tutaj się urodziłem, przeżyłem najlepsze i
najgorsze chwile w moim życiu. Ale w razie wojny po prostu nie
pojadę walczyć. Nie nadstawię głowy dla tych skurwieli.
Dziadkowie pozostawili nam ten kraj, za
co jestem im wdzięczny. Ale kraj - przynajmniej na razie - został
nam odebrany. My nim nie rządzimy, robią to natomiast
skorumpowami, pozbawieni uczuć sukinsyni, których mam ochotę
poddać do utylizacji (hmm, przeciez i tak by po nich nic dobrego
nie zostało...). Skoro Oni oszukiwali Nas przez cały czas, ja
oszukam ich wtedy, kiedy będą mnie najbardziej potrzebować. I
jeżeli Polsce będzie dane zniknąć z mapy, Oni zostaną
rozstrzelani, a ja - nie.
Wracam z komisji do domu. Obserwuję przez szybę autobusu ludzi
- starców, młode kobiety z wózkami, dzieci wracające ze szkoły...
Podczas pieszej drogi do domu spotykam paru naprawdę dobrych
znajomych, rozmawiam z nimi, śmiejemy się razem, żegnam się i
idę do domu...
Z mieszanymi uczuciami wchodzę do domu. Wita mnie mama ("zaraz
zrobię ci herbaty, zmarzłeś?"), mówię tacie, że dostałem
kat. A, mój brat rzuca jakąś dowipną uwagę na ten temat, a
moja siostra podbiega do mnie i z uśmiechem na ustach pyta się,
czy będę z nią oglądał "13.posterunek", zgadzam się,
jednocześnie czując, że oczy robią mi się szkliste...
Będę walczył. Wezmę karabin do ręki,
stanę na lini frontu, będę czekał na nieprzyjaciela z palcem
na spuście, zabiję każdego, kto zechce okupić nasz kraj, a
robiąc to wszystko, będę myślał o mojej rodzinie
i przyjaciołach. Dokładnie tak, jak robili to moi
przodkowie...
Michał Chmielewski
eric_wu@wp.pl
www.atlatis.webpark.pl