Dyskoteka
jako przedłużenie pogańskich kultów płodności
w kulturze nowożytnej Europy

Tytuł brzmi, owszem, topornie, ale ostatecznie jest to też jeden z powodów, dla których tak właśnie wygląda. Nie pora teraz na dociekanie dlaczego, zwłaszcza że ekscentryzm (jak i kilka innych przypadłości, których nazwy pominę) z natury trudno zrozumieć. Zresztą, bez względu na jego powierzchowną nieprzyjazność dla czytelników ma również swoje dobre strony, na przykład dużo mówi o samym tekście. Wbrew pozorom, choć wygląda to na jakąś farsę, ja mam zamiar na prawdę pisać o tym, o czym tytuł mówi i w dodatku na poważnie. Co nie znaczy, że powody dla których to robię są do końca poważne.

Jest to zastanawiający zwrot w stronę przeszłości, choć jego powody wydają się jasne i klarowne, mianowicie swoista liberalizacja praw obyczajowych, jaka miała przyjemność dokonać się w ostatnim stuleciu. Ile jest w tym wpływu ideologii socjalistycznych czy hippisowskich tego pewnie nawet Marks z Che Guevarą nie wiedzą, ale faktem jest, że całe te moralne mury, wały przeciwżądzowe i dystans międzypłciowy - okazywany może tylko na pokaz, ale jednak - obecne na balach i galach w jednej chwili poszły w diabły na rzecz pogańskiego szału i - co tu dużo gadać - pornografizacji erotyzmu, który nie jest już obecny na zasadzie promocji - jest podstawą, na której cała istota się opiera. Oczywiście nie chodzi mi tu o pornografię sensu stricto, trzeba też zdawać sobie sprawę, co to jest erotyzm i czym różni się od pornografii.

Cała współczesna muzyka zawdzięcza swe brzmienie dawnym przyśpiewkom, czy raczej przypukom pogańskim. Mówię o tym po prostu, że wybijanie rytmu na bębnach i tego typu instrumentach to wymysł typowo pogański, w zachodniej kulturze nie spotykany aż do XX w. Owszem, istniała przez cały ten czas rozległa kultura ludowa ze swymi szalonymi tańcami (kozakami, oberkami itp.), jednak primo nie miały one tak erotycznego charakteru (może jedynie Freud by się nie zgodził, ale to zupełnie inna historia), secundo - ostatecznie one również w prostej linii wywodziły się z dawnych tradycji pogańskich. To zresztą rzecz przez znawców muzyki niekwestionowana - wybijanie rytmu, czy to w jakichkolwiek odmianach rocka, czy, mówiąc potocznie, w techno ma swe źródło w muzyce plemiennej.

Owszem, na dzisiejszej dyskotece daleko tancerzom do szaleństwa w stylu Nocy Kupały, ale zabawa przebiega prawie dokładnie w ten sam sposób, jak w czasach pogańskich. Każdy tańczy sam, a jeśli nawet z kimś, to nie na prawach wyłączności, jak to było w salonach, a w tłoku i ścisku o wiele bardziej niepoprawnym, niż pozwalałyby etykiety dworskie. Ruchy nie mają być dystyngowane i dostojne, a, rzec by można, wyzwolone, pełne prowokującej niejednoznaczności. Zresztą to, jak kto tańczy zależy od niego samego, co też ma więcej wspólnego z pogańskimi imprezami, bo na takich uczestnicy mogli sobie na pewne świństewka pozwolić, a na balu u króla nie.

Choć bardzo myliłby się ten, kto sądziłby że dworskie zabawy były jakieś święte, może zaszczycane udziałem przez samych cnotliwych prawiczków i płochliwe dziewice. Była to tylko inna mentalność, zachowawczość - o której już pisałem - i, by jasno się wyrazić, żywioł całkowicie apolliński. A jeśli nawet poczciwy, tak wielbiony dziś Dionizy gdzieś wówczas buzował, to tylko głęboko pod skórą. Erotyzm odczuwany podczas tych "baletów" był zaiste finezyjny i górnolotny, chciałoby się rzec - poetycki. Pewnikiem kręcił tancerzy nie mniej niż dzisiaj dyskotekowy szał, tylko nieco inaczej. Kto z tego nie zdaje sobie sprawy, chyba nigdy nie tańczył dajmy na to walca, z jakąś nieobojętną mu (uczuciowo czy nawet tylko seksualnie) osobą. Ewentualnie jest po prostu par exellence prymitywem i nieowłosioną małpą.

Pora już skończyć te dywagacje, a wypadałoby zrobić to podsumowaniem. Tak więc, czy ktoś tego chce czy nie, Rydzyk i jemu podobni mają rację. Jeśli kogoś wybiłem z toku myślenia tym stwierdzeniem, to spieszę wyjaśnić, że Rydzyk trąbi już od dawna, iż we współczesnym świecie mamy do czynienia z neopogaństwem. Mi to się jak najbardziej podoba, bo oznacza, że czerpiemy z czego tylko się da pożyteczne rzeczy i nie jesteśmy, mówiąc brzydko, ograniczeni, jak na przykład rozmaici fundamentaliści. Ktoś może mieć inne zdanie, w każdym razie okrzyki w stylu "o tempora, o mores" brzmią nieco zbyt banalnie, by móc uznać je za sensowny stosunek do wszystkiego, co nowe. I na tym swoją subiektywną ocenę wstrzymam, w myśl zasady mówiącej, że prawda może i jest jedna, ale mądrali wielu - a każdy tak samo głupi.


Wooward
wooward@op.pl