Zagubione marzenia...

     Młody człowiek, lat prawie 18. Idzie ulicą, wzrok zamyślony, niebieskie dżinsy i biała bluza z napisem "Action Mag". Papierek od gumy do żucia wrzuca do kosza. Kluczy pomiędzy starymi kamienicami, ludzie o smutnych twarzach ciekawie się mu przyglądają zza swoich brudnych szyb. Co on tu robi? Pewnie tylko skraca sobie drogę... Nie. Skręca w stronę jednej z wielu odrapanych bram. Wchodzi do środka, nie ogląda się, widocznie już tu był. W jego nozdrza uderza znajomy smród wymieszanych wymiocin, moczu i Bóg jeden wie, czego jeszcze. Co on tu robi? Może zabłądził? Nie. Idzie starymi, spróchniałymi schodami na górę. Napisy krzyczą do niego ze ścian: "HWDP!", "Zalegalizować marichuanę", "MKS POGON PANY!", błądzi po nich wzrokiem. Jest już na 2 piętrze. Może idzie do Moniki spod 17? Nie. Kieruję się w stronę dziewiętnastki. To niemożliwe. Nie może iść pod dziewiętnastkę! A jednak staje przed drzwiami z tym numerem. Puka. 2 razy krótko, 3 razy długo. Po chwili nerwowego oczekiwania i odgłosów krzątania się z drugiej strony, drzwi się uchylają i pada krótkie "Wejdź!". Drzwi się zamykają. Chłopak w czarnej bluzie z czerwonym napisem "Fuck the system!" podaję mu dłoń. Znają się.

         - Poszanowanko Gordon1!
         - Siema Darek2, jest już Cichy?
         - Jest. Spawa w kiblu.

     Rozglądam się po mieszkaniu Dariusza. Nic się od wczoraj nie zmieniło. Obok mnie z hukiem o ścianę otwierają sie drzwi od łazienki. Wychodzi Cichy.

         - Kurwa, strułem się czymś do cholery!
         - Spokojnie kurwa, zaraz pójdziemy po coś, co poprawi ci humor! - pociesza go Darek i wyciąga ze skarbobnki na półce dyszkę.
         - Noo, zrzuta chłopaki!

     Wyciągam pomięty banknot 10 złotowy, Cichy dorzuca dwie piątki.

         - No jak ładnie, już mamy na sztukę! - mówi wyraźnie ucieszony Darek.
         - A białko? - pytam się.
         - Weźmiemy w konto. - odzywa się Cichy
         - Znowu? - jęczę - U Marka jezcze wisimy przecież...
         - Kurwa, nie marudź, będzie dobrze, zawsze jest...

     Wychodzimy. Dariusz zamyka drzwi. Cichy bezmyślnie zapala i gasi co chwilę zapalniczkę. Po chwili jesteśmy już na dole i idziemy brudnymi ulicami do Kangura. Siadamy na ławce przed blokiem, Cichy idzie kupić bak. Gadam z Darkiem o jakiś głupotach. Mijają nas wiecznie gdzieś spieszący się przechodnie. Po chwili wraca Cichy.

         - Kurwa, nie ma! - Krzyczy do nas.
         - Spokój pojebie, nie drzyj mordy! - ustawia go Darek.
         - Spierdalaj, nie mów mi co mam robić! Miał resztkę paszy, wziąłem w konto.
         - U Kangura kurwa? Jebło cię? Kiedy masz oddać? Pojeb z ciebie, wiesz? - denerwuję się Darek
         - Jasne. Oddamy. A teraz po zioło.
         - Więc do Teresy - stwierdzam
         - Kurwa, ona ma słabe palenie... - nudzi Dariusz, ale już i tak idziemy.

     Bez większego problemu bierzemu u Tereski ganję. Ona nigdy w konto nie daje, trzeba płacić. Idziemy do Cichego do domu. Nikogo nie ma, dobrze. Cichy wyciąga spod łóżkę szklaną butlę, bonio domowej produkcji. Mieszamy maryśkę z połówką papierosa i ładujemy do kosza. Wybucha spór o paszę, czy ją też dorzucamy, czy później ją wciągamy samą. W końcu, po paru minutach zażartej walki słownej, decydujemy się zostawić ją na później. Podpalam Darkowi zioło, zaczyna bo jest najstarszy. Dwie chwile i butla trafia do mnie. Zaciągam się magicznym dymem. Świat po chwili staję się lepszy... Dziś będzie świetnie, już to wiem. A przecież mamy jeszcze na dwie butle i trochę białego! ...

     To nie ma sensu.

     Amfetamina we krwi utrzymuje się do 35 lat. THC obecne w trawie tylko miesiąc. Na początku tylko paliłem, aż w końcu skusiłem się aby zobaczyć jak to jest "po paszy". Kumple mnie namawiali, że wtedy jest tak bardzo zajebiście, w pięc minut mogę się nauczyć tego co normalnie kułbym przez cały miesiąc, że każde uczucie i przeżycie jest pełniejsze i lepsze, spotęgowane stukrotnie... I było tak, ale tylko na początku. Czułem się taki szczęśliwy i spełniony... Przestałem się smucić, wyszedłem z głębszego dołka psychicznego, wydawało mi się że potrafię rozwiązać każdy problem, rozprostować każdy zakręt mojego życia, ale nie wiedziałem że właśnie jestem na zakręcie... Narkotyki pomogły mi zapomnieć o bólu, moich problemach i wspomnieniach, czułem się akceptowany i przystosowany do życia... Świetnie się bawiłem. Nie myślałem już o samobójstwie, o moim spapranym życiu. Wiedziałem że teraz mogę mu stawić czoła. Ale nie od razu... Może jutro, dziś czuję się tak zajebiście... Pojutrze. Za tydzień... Jednak wcale nie rozwiązałem gnębiących mnie spraw. Po prostu ciągle je przekładałem na potem, aby wreszcie o nich zapomnieć i wymazać z pamięci. Liczył się tylko dzień obecny, nie planowalem niczego, no może oprócz kolejnych melanży z kolesiami. Nie uważałem się za uzależnionego. Ot, cały czas wydawało mi się że mam nad tym całkowitą kontrolę i że wystarczy że powiem "Stop!" i już koniec tego. Tyle że to "Stop!" nigdy nie miało nastapić... Cichy jest na białku już od trzeci rok. Praktycznie nic nie pamięta z tego okresu. Ma problemy sobie z przypomnieniem co robił wczoraj, nie mówiąć już o tak odległych datach. Praktycznie potrafi rozmawiać normalnie już tylko na białym. Zryło go całkowicie, ma różne dziwne odpały. Widziałem co z nim zrobiła amfetamina i palenie, ale wmawiałem sobie że ze mna będzie inaczej. Że ja przecież zaraz to rzucę. Że tylko od czasu do czasu ściągnę fetę aby "nauczyć" się na sprawdzian, a potem przypalę aby się odstresować i pośmiać... Tyle że "od czasu do czasu" niepozornie przemieniło się w "codziennie", sam nie wiem kiedy. Oceny w szkole poprawiły się ale tylko na krótką chwilę, żeby znowu zlecieć w dół. Przestaliśmy chodzić do budy, zamiast do szkoły szliśmy palić. W końcu po podpisaniu kontraktu II stopnia za godziny nieusprawiedliwione (których, nawiasem pisząć, było z 3 razy więcej) zacząłem chodzić do szkoły. Cichy też zaczął chodzić. Paliliśmy i wciągaliśmy białko przed lekcjami i na przerwach, a potem poważne dyskusje po paszy z nauczycielami, ostre brechy na historii... Ale zaczynało być coraz gorzej....

     Zacząłem brać w konto u ludzi u których się nie bierze. Ale trzeba było oddawać, a procenty rosły. Przepuściłem dość dużo kasy na różne opłaty i rzeczy... Przyjaciele i znajomi się odemnie odwracali kiedy tylko się dowiadywali że biorę. Cały czas kręciłem się w tym samym, "złym" towarzystwie... Codziennie szliśmy palić, Cichy zawsze kołował więcej kasy, sprzedawał w sklepie u swojej starszej i czasem podprowadził troszkę kasy. Nie było już tak wesoło jak na początku. Teraz musiałem ciągle "być wysoko", aby się nie martwić zaistniałą sytuacją. A później... Impreza u kumpla. Rozmawiałem całkiem spokojnie i treźwo z kolesiem, po czym nagle ocknąłem się na krześle, cała bluza zakrwawiona, krew leci z rozbitego nosa. Szok, nie wiem co się stało kompletnie, okropne uczucie niepokoju i paniki. Kolesie mówią że nagle zasłabłem i poleciałem twarzą prosto na podłogę...

     Wtedy dopiero uświadomiłem sobie że jest ze mną źle. Ale to naprawdę kurwa źle. I że należy przestać. Bo przestać już miałem baaardzo dawno temu. Wszystko wydawało się być w porządku... DOŚĆ!!! Dość oszukiwania samego siebie. Dość niszczenia sobie życia. Dość niespania po nocach i nie jedzenia przez dmuchanie! Dość ciągle rozwalonego nosa (Skurwysyny dodają do paszy zmielone szkło - aby przy wciąganiu przez nos poraniło wnętrze i żeby szybciej narkotyk trafił do krwi), ciągle trzęsących się dłoni... Dość tego zjebanego uczucia na drugi dzień... Doszło już do tego że paliłem po paszy tylko po to aby się najeść i móc zasnąć. Nie wiecie jakie to okropne uczucie kiedy próbujecie zasnąć, a oczy same się otwierają. Czwartą noc pod rząd! Gdy cały tydzień tylko o kawie, słodyczach i paru kromakach chleba z masłem i solą się żyje! Gdy idzie paczka papierosów za paczką, fajka wypalona pare razy pod rząd, a poźniej w mordzie kapeć jeden wielki...

     Bardzo chciałbym aby był "Happy End", ale film jeszcze się nie skończył. Jak to śpiewa Myslowitz "Gdy dotkniesz dna, odbijaj się...". Lecz muł na dnie jest gęsty i grząski, nie jest łatwo. Ale kto mówił że będzie łatwo? Staram się wypłynąć na powierzchnię ze wszystkich sił. Sam dobrowolnie wpadłem w to gówno, mimo iż wiedziałem, jakie będą konsekwencje tego i sam muszę teraz z tego wyjść. Mogę tylko się cieszyć, że niezbyt głeboko wpadłem. Inaczej nawet nie mógbym myśleć o ratunku... Mam nadzieję że za 35 lat moja krew będzie na powrót czysta, a ja już nigdy nie sięgnę po amfę, czy jakieś inne gówno....

     Nie szukam rozgrzeszenia, nie szukam litości. Nie ważne jakie to życiowe problemy pchnęły mnie w objęcia białej śmierci. Mam nadzieję że moja historia będzie wystarczającą przestrogą dla innych. Nie myśl "Mnie to nie dotyczy, nie jestem ćpunem...". Też tak myślałem, że "Tylko troszkę paszy, na egzamin", "Przypalę maryśkę od czasu do czasu i koniec"... Ale okazało się że mam zbyt słabą psychikę... A jak już wdepniesz, to staraj się chociaż wyczyścić swój but z gówna...




     Dopisek, 28 Listopad 2004: Już prawie dwa tygodnie bez niczego. Nie jest łatwo, ale nie mam zamiaru do końca sobie już życia zniszczyć. Czy mogę napisać: "Zero zrobiło to czego zero dokonać nie potrafiłoby - uratowało się." ? Nie, jeszcze nie teraz. Jestem na dobrej drodze i wiem że z niej nie zboczę jeżeli tylko nie będe chciał. Nie chcę zbaczać.



Gordon Freeman          

Gordon_Freeman@actionmag.pl   
Gordon_Freeman@actionmag.info   

Moja samotnia, 19 listopad 2004, 2:11   

1 - Wołają na mnie inaczej, ale to nieważne jest...
2 - Imiona i ksywki oczywiście zostały zmienione.