DASZ PALEC, A WEZMĄ CAŁĄ DUPĘ (i każą posprzątać), czyli o tym, że długi tytuł niekoniecznie oznacza zakompleksienie autora


Znakiem dzisiejszych czasów może być np. gigantyczna reklama Pepsi na dachu wysokiego budynku, wygląd "młodych dorosłych", którzy coraz częściej zamiast łopatki i wiaderka noszą pod pachą neseser i laptop (lub bejzbolowy kijaszek), czy też coraz większy podział społeczeństwa na subkultury i subkulturki. Jest jednak coś jeszcze nowszego - pewien "syndrom nowodziejów*", który pojawił się naprawdę niedawno (lub ja, ciemniak, prostak i niedołek, w życiu o nim nie słyszałem), a który jest jeszcze bardziej niepokojący niż nachalny "adwertajsment" lub "zdreszenie młodzieży". Mowa o - iście modnie brzmiącym - "sponsoringu".

Zjawisko to polega na ogłaszaniu przez młode kobiety (zwykle studentki) chęci pozyskania, jak nazwa wskazuje, "sponsora". Sponsorem owym zostaje zazwyczaj dziany pan w wieku co najmniej średnim, najwyraźniej niezmiernie znudzony życiem, czy też nim rozczarowany. Ów człek oferuje studentce opłatę czesnego (tudzież inne korzyści materialne), w zamian oczekując... "jedynie" regularnego seksu, może dodatkowo uprzątnięcia panującego w mieszkaniu burdelu (wyjątkowo odpowiedni do sytuacji synonim "nieporządku"). Słowem - oczekuje pokojówki oddanej mu w każdym aspekcie. I - o, zgrozo - na takie warunki "pracy" zgadza się coraz więcej młodych kobiet...

Szczerze wątpię, czy którakolwiek ze sponsorowanych dziewczyn pozwoliłaby się nazwać prostytutką. Przecież ona się nie puszcza! Ona tylko... oddaje się regularnie za pieniądze. A to różnica. Taka, jak między ziemniakiem a kartoflem, lecz puśćmy to mimo uszu. Co gorsza - społeczeństwo nie jest oburzone, a przynajmniej nie jest zauważalnie oburzone coraz liczniej pojawiającymi się ogłoszeniami o poszukiwaniu sponsora. Mamy więc do czynienia nie tyle z powszechną akceptacją prostytucji, co z zupełną w stosunku doń obojętnością. W stosunku, rozumiecie...?

Sponsoring pojawił się niedawno i z miejsca stał się czymś nie wartym uwagi - a to, że młode dziewczyny za kilka banknotów oddają się obleśnym, pozbawionym moralności dziadom, jest "tylko i wyłącznie ich wolnym wyborem". Ani słowem nie wspomina się już o godności. Człowiek stał się człowiekowi obojętny i zapanowało powszechne przekonanie, iż wszystko, co ten drugi robi, jest dobre, jeśli tylko nie godzi w nasze (MOJE!) interesy. Ewentualnie - jest dobre, jeśli nie zostanie nagłośnione przez prasę (nie byłoby wielkiego halo z powodu molestowania dzieci przez Andrzeja S., gdyby notka o tym pojawiła się dopiero na środkowych stronach gazet). O dziwo - o sponsoringu pisze mało kto, a jeszcze mniej ludzi o nim czyta. Jeśli ktoś o zjawisku nie słyszał, to prawdopodobnie już nie usłyszy, przynajmniej nie z mediów (temat raz nie chwycił, nie ma po co do niego wracać). Jeśli ktoś natomiast słyszał... Nie zareagował w żaden sposób. Powstało ciche przyzwolenie dla skurwienia się młodych kobiet.

Politycy (tacy dwaj, co ukradli Jacek i Placek) starają się ukrócić działalność domów publicznych, a przynajmniej nieco ją utrudnić. Jednak wystarczy wpisać "szukam sponsora" w dowolnej wyszukiwarce internetowej, a już wkrótce - jeśli nas na to stać - będziemy mieć "pełny serwis z dostawą do domu". A po wykonanej robocie, dziewczyna - jak gdyby nigdy nic - wróci do opłacanego przez nas akademika, żeby uczyć się na nadchodzący egzamin, posprzątać tym razem u siebie, spotkać się z chłopakiem... Aby żyć, jak gdyby nic nadzwyczajnego nie robiła. Prostytucja staje się zatem równie normalnym sposobem na dorobienie paru groszy, jak udział w promocjach w supermarketach. Problem zdaje się nie istnieć w świadomości narodu, choć na dzisiejszy dzień bardzo popularne są publiczne dyskusje na kontrowersyjne tematy. Do programów typu talk-show są zapraszane już nie gwiazdy, a ludzie "ciekawi". Homoseksualiści, przestępcy, dewianci (przy czym nie stawiam znaku równości między pierwszą grupą a następnymi). O sponsorach jednak - co wydaje się osobliwe - cicho. Nie są dostatecznie "niezwykli"? Czyżby społeczeństwo uodporniło się na pomniejsze dewiacje (choć sponsoring małym problemem nie jest, wręcz przeciwnie) i oczekuje teraz sensacji na miarę pokazywania przez młodą zbuntowaną genitaliów w nadawanym na żywo programie telewizyjnym? Jeśli odpowiedź brzmi "tak", to znaczyłoby, że rozwój cywilizacji pociąga za sobą jej degradację i degenerację. Pozwólcie więc przytoczyć słowa świętej pamięci Jana Himilsbacha - "tyle dróg, (cenzura), pobudowano, a nie ma dokąd pójść". Bo na końcu każdej, mimo, że pięknie wybrukowana, i tak znajdziemy albo mur, albo burdel, albo przetrąci nas pędzący autobus.

Słowo od autora: czas to zmienić. A przynajmniej zareagować.

military
militarypolice@wp.pl

* - Orwell wymyślił nowomowę, to ja gorszy nie będę.