Wstał.
Nie.
Nie obudził się.
Wiekszość historii zaczyna się od przebudzeń.
Dlaczego?
Może przebudzenie kojarzy nam się z początkiem czegoś nowego?
Nowej historii. Nowej przygody.
Nie wiem.
Możliwe.
Nie obudził się , ponieważ w ogóle nie zasnął.
Wstał i rozejrzał się po zaciemnionym pomieszczeniu.
Wciagnął głęboko powietrze , jakby chciał poczuć samą esencję pokoju.
Nie esencję ścian czy sufitu, bo pokoju nie określa jego kształt , bądź rozmiar.
Raczej to , jakie uczucia się w nim gromadzą.
Odetchnął jeszcze raz .
Jednak od razu , bez wdychania krystalizującej się wokół atmosfery , można było poczuć panujący w tym miejscu strach , żal i niespełnienie.
Poszedł powoli do okna.
Bardzo ostrożnie rozszczelnił żaluzje , jakby bojąc się tego co może za nimi zobaczyć.
Ciemnopomarańczowy blask , powoli niczym gęsty syrop , zalał cały pokój.
Gdzieniegdzie pozostały tylko nieliczne kałuże cienia.
Nie był to blask słońca.
I wcale nie było to rano.
Było to przyćmione światło latarni , skromnie zalewające ulice.
Ulice pełne strachu.
Miał umrzeć.
Tak jak i cała jego rodzina.
I przyjaciele.
Ludzie, których nie znał, też mieli umrzeć.
Dowiedział się o tym przed dwoma dniami.
Bał się.
Poświęcił mnóstwo wysiłku , żeby wmówić sobie że jest przygotowany na Śmierć.
Drugie tyle poświęcił na przekonanie siebie , że mu się udało.
Poszedł do łazienki.
Nie spojrzał w lustro , ponieważ zbił je dawno temu.
Nie mógł patrzeć sobie w oczy.
Nigdy nie lubił patrzeć na ludzkie cierpienie.
Ochlapał twarz chłodną wodą.
Po co?
I tak nie mógł być już bardziej rozbudzony.
Pewnie dlatego , że robił tak codziennie.
Od początku.
...do końca.
Wszedł do przedpokoju i założył kurtkę.
Podniósł czarny pokrowiec z podłogi i zarzucił sobie na ramię.
Otworzył drzwi.
Nie zamknął ich.
Już więcej tam nie wróci.
Nigdy.
Zszedł powoli po schodach.
Nie musiał się spieszyć. Znał godzinę.
W drzwiach minęło go dwóch dresiarzy uzbrojonych w kije bejsbolowe.
Gdy wyszedł na ulicę , odłamki szyby przesłoniły mu świat.
Dwa z nich wbiły mu się w rękę.
Odskoczył na bok.
W ostatniej chwili , bo tuż po tym na ulicę wyleciało jego łóżko.
Spojrzał w górę i zobaczył usmiechnięte twarze dresów.
Rozumiał ich.
W ostatnią noc chcieli się zabawić.
Teraz rozejrzał się po ulicy.
Niemal z każdego mieszkania dochodziły odgłosy hucznych zabaw bądź orgii.
Wiele by dał, żeby też tak się zabawić...
Szybko odgonił tę myśl ze swojego umysłu.
Nie mógł zrobić tak jak inni.
Ponieważ wiedział.
Znał godzinę i wiedział jak.
Jak umrzeć.
Nie był nikim wyjątkowym.
On , jak i wielu innych, dowiedzał się o tym sam.
Albo od innych.
Innych , którzy wiedzieli.
Oczywiście część z nich nie uwierzyła , bądź się załamała.
Nie dbał o to.
Teraz spojrzał pod nogi
Cała ulica była pokryta masą różnego śmiecia.
Porozrzucane papiery cicho przesuwały się na łagodnym wietrze, jaki chłodził policzki tej rozpalonej twarzy zwanej miastem.
Zaczął iść w stronę centrum przy akompaniamencie odgłosów z mieszkań , chrzęszczenia śmieci pod nogami i własnego oddechu.
Szedł tempem, w jakim oddychał.
Czyli bardzo wolno.
Gdyby można było chodzić z namaszczeniem , to tak właśnie by chodził.
Delektował się każdym wdechem i wydechem.
W końcu przestanie.
Na długo.
Na bardzo długo.
Jeszcze raz spojrzał pod nogi.
Coś mu nie pasowało...
zdjął buty.
O tak...nie pamiętał już kiedy ostatni raz chodził bez butów.
Nareszcie jego stopy mogły poczuć cały świat , po jakim zmierzały.
Ten świat , niestety, ograniczał się na razie do wilgotnej i chłodnej powierzchni ulicy.
To mu wystarczyło.
Szedł dalej.
Niedaleko centrum zobaczył pierwsze ogniska.
Ludzie palili na nich książki , innych ludzi i wykonywali inne rytuały mające oddalić ich od niechybnej zagłady.
Oprócz tego teatru cierpienia i bezsilności , działo się drugie przedstawienie życia.
O ile pierwsze było wystawiane na metaforycznej scenie i przy blasku reflektorów,
O tyle to drugie było spektaklem , na który nikt nie zwracał uwagi.
Była to sztuka pod tytułem Niespełnienie.
Przeszedł kilka kroków między ogniskami i po chwili zobaczył pierwszego aktora.
Był to jakiś kloszard wbiegający do banku.
Po chwili dało się słyszeć mocowanie zmęczonych alkoholem ramion z sejfem.
Chciał być bogaty.
Ten pierwszy i ostatni raz.
Nieopodal siedział jakiś muzyk.
Bodajże skrzypek.
Próbował napisać symfonię.
Miał na to całe życie , ale pisał ją dopiero teraz.
Przeszedł dalej, do ogrodów zniszczonej restauracji.
Już tam siedziała.
Przy jednym ze stolików.
Czytała menu.
Podszedł do niej i zdjął pokrowiec z pleców.
- Można? - zapytał, odsuwając krzesło.
- Jasne , nie krępuj się - odpowiedziała, podnosząc głowę znad menu.
- Czemu to czytałaś?
Wzruszyła ramionami
- Nudziłam się - przerwała na chwilę , jakby nagle sobie coś przypomniała -a ty po co wziałeś gitarę? - wskazała na czarny pokrowiec.
- Nudziłem się - powiedział i pozwolił sobie na uśmiech.
Otworzył suwak pokrowca.
Wyjął gitarę i zaczął kaleczyć Nothing else metters.
- Chyba nie będziesz...
- Nie...przecież nikomu nie robię krzywdy. Po prostu gram. Zresztą zawsze chciałem się nauczyć.
- Boże, przecież ty wiesz...
- Wiem , ale...
- Wyrzuć ją - powiedziała. Sama przestraszyła się własnego tonu - proszę - dodała po chwili.
Popatrzył na gitarę
Nie robił nic złego.
Po prostu...
...żałował
to go dobiło.
Przez cały czas starał się nie żałować.
Ponieważ był tym , który wie.
Tym , który wie , że Armageddon nie rozgrywa się na sklepieniu niebieskim , czy nawet w sensie materialnym.
Armageddon , czyli ostateczna walka dobra ze złem , rozgrywa w ludzkich duszach...
Nie mógł żałować , nie mógł żałowac swojego życia.
To by było złe.
To by oznaczało , że nie uczynił swojego życia wystarczająco dobrym , żeby móc czuć się spełnionym
Wstał i szybkim ruchem odrzucił gitarę w stronę najbliższego stosu.
- Dziękuję - powiedział patrząc na instrument umierający w płomieniach.
Nic nie odpowiedziała.
Patrzyła się tylko w jego oczy.
Przez pewien czas zastanawiał się , jak to jest się złamać.
Teraz to zrozumiał.
Cały jego ból , cierpienie i niewykrzyczane nikomu pretensje , zostały stopione przez to jedno spojrzenie.
- Wiesz , masz piękne ...
- Proszę przestań , już mi to kiedyś mówiłaś.
Dlaczego?
- Ale powtórzę jeszcze raz. - uśmiechnęła się- Masz piękne oczy.
- Po co to mówisz? Przecież... - ukleknął. Poczuł, że po jego policzkach spływają łzy.
- Wiem , ale...myślałam , że chcesz to usłyszeć...w końcu po to tu przyszedłeś , prawda?
- Nie wiem , po co tu przyszedłem...mogłem cię tu nie ściągać...po co tu przyjechałaś? Mogłaś zostać. Nie odpisać na ten cholerny list. Mogłem umrzeć, nie pamietając...nie żałując...
- Ale czego... - uklękła przy nim.
- Ciebie...że cię stracę...to znaczy...straciłem cię już dawno temu...ale...teraz...nie wiem po co tu jestem...
Popatrzył na swoje ręce.
Zaczął żałować.
W głębi duszy miał nadzieję , że coś się zmieni przez ten czas..
Wiedział, że nic się zmieniło.
Przecież to nie działa tak.
Żałował , żałował tego już dawno.
Dzisiaj miał postawić wszystko na jedną kartę.
Wszystko miało się wyjaśnić.
Ale poznał po tym, jak się usmiechnęła , jak na niego spojrzała...
- Boże - przytuliła go - o czym ty mówisz?
Ci ludzie, których spotkał , żałowali różnych rzeczy.
Że nie stali się bogaci , nie napisali symfonii , mimo że mieli na to pół swojego życia.
On żałował , że jej nie powiedział. Nie powiedział
- Kocham cię
Przytuliła go mocniej
Mógł tak klęczeć do końca.
Aż po samą wieczność.

mc.owiec