Pustka

 

W ten gorący letni dzień szłam ulicami zatłoczonego miasta z przyjemnością oglądając swoje odbicie w sklepowych witrynach. Podziwiałam usta wygięte w podkówkę zupełnie jak u małego dziecka, które zaraz się rozpłacze, zachwycałam się włosami w kolorze starego złota, z lubieżnym zadowoleniem zerkałam na bujną pierś, która jakby chciała wyzwolić się z opinającego ją materiału. Obserwowałam spojrzenia mężczyzn i wydawało mi, że jestem Centrum.

Zmęczona gwarem i tłokiem skręciłam w bramę, pustą i zimną. Usiadłam na betonowym murku, zapaliłam papierosa. Z jakąś rytualną perwersją wciągałam w siebie drażniący dym i suchymi wargami ściskałam cienki owal. Cała przyroda pokryta była cementem, ale gdzieniegdzie walczyła jeszcze o życie. Ja już się poddałam. Z pulsująca kobiecością chłonęłam powietrze, Nieświeże i duszące.

 

Wróciłam do chłodnego domu, znikł czar bachicznego narcyzmu. W lustrze widziałam teraz tylko zbyt obfite biodra i zadarty nos. Włosy nie mieniły się już złotem, przesiąknięte były mysią szarością. Piersi nie były ponętne, a wulgarne.

 

Zastanawiałam się, które Ja jest prawdziwe? Czym jest kobiecość? Czy jest zmaterializowana czy raczej tkwi w świadomości?

Spojrzałam na swoje dłonie. Duże, wręcz męskie, na palce z powiększonymi stawami… Czym jest piękno? Czy istnieje piękno uniwersalne? Czy człowiek może istnieć w odłączeniu od przyrody?

 

Poczułam ogarniającą mnie senność. Położyłam się na leżaku stojącym w zacienionym kącie tarasu. Chyba zasnęłam. Śniła mi się jakaś wielka woda, rozkładające się ludzkie ciała, śmierć i szatan. Był jakby wycięty z papieru, zupełnie płaski z dziurkami na oczy i wykrzywione w szyderczym uśmiechu usta, przez które buchały ogniste płomienie, otaczające mojego diabełka zewsząd. Szybko obudziłam się z mojej leniwej drzemki. Wokół latały lśniące, obrzydliwe muchy, a słońce paliło ogród, który cicho błagał o wodę. Byłam jednak niewzruszona.

Przyglądałam się swojej nodze. Wydawała mi się niezgrabna i ciężka. Grube kostki i szerokie stopy sprawiały, że w delikatnych sandałkach noga wyglądała topornie.

Dłonią bawiłam się włosami, które wydawały mi się suche jak dojrzałe, spieczone słońcem dzikie żyto.

 

Późnym popołudniem spotkałam się z nim. Spacerowaliśmy po namokniętej deszczem alejce. On opowiadał o czymś z ożywieniem, a ja milczałam zirytowana jego niewinnością. Patrzył na mnie rozanielonymi oczyma, a ja powstrzymywałam się by nie wybuchnąć szyderczym śmiechem, ośmieszając nim jego tkliwość i naiwność. Byłam od niego młodsza, a czułam się jak matka, która z pobłażliwością słucha swojego synka opowiadającego o ważnych dlań sprawach. Usiedliśmy na ławce, mokrej od deszczu, przysypanej liśćmi zerwanymi przez wiatr. On pytał dlaczego milczę. Jego bliskość wzbudziła we mnie pożądanie, pocałunkiem zamknęłam mu usta. Po krótkiej chwili namiętności znowu zapanowało milczenie. Zastanawiałam się, co łączy mnie z tym człowiekiem, poczciwym, uczynnym, który patrzy na mnie wzrokiem wiernego kundla. Wiedziałam, że go nie kocham, bo przecież nigdy nikogo nie kochałam. Chłonęłam tylko jego fascynację światem, życiowe soki, bo swoje wysączyłam za szybko. Myślałam, że jego niewinność obudzi we mnie dawne życie, zagłuszone cynizmem, który był dla mnie najlepszą obroną przed światem. Tak dawno straciłam wszystko to, co sprawiało ból, ale i nasiąknięte było emocjami. Teraz oduczyłam się czuć. Wtuliłam się w niego, a on pogłaskał mnie po włosach. Nie stać mnie już nawet na łzy.

 

Kiedy trafiliśmy w końcu do mojego domu, widziałam u niego rumieńce podniecenia. Kiedy dotykał moich piersi, twarz jego wyrażała jakby zawstydzenie, że odważa się ucieleśnić Marzenie. Spod przymkniętych powiek patrzyłam na jego usta, spierzchnięte pożądaniem.

Nie miałam już siły dalej udawać, przegoniłam ukrytą w nim niewinność. Zostałam sama.

 

Butelka ginu stała się już codziennym rytuałem. Sączyłam powoli truciznę pozwalającą zapomnieć. Przy jakichś lirycznych dźwiękach, skulona na wielkim fotelu z czerwonym obiciem zasnęłam, snem nie-ludzkim, a zwierzęcym, mocnym, ale niedającym odpoczynku.

 

Nie spałam jednak długo, obudziła mnie chyba matka Luna. Wyszłam przed dom i pierwszy raz od dawna zapłakałam. Wyłam wręcz z bólu. Byłam sama, zupełnie sama i wiedziałam, że nikt nie zapełni pustki, która trawi mnie od wewnątrz.

 

 

Lilith

 

ducinaltum@tenbit.pl