Kisiel wieńczy dzieło. Nie ma nic tak przyjemnego pod koniec dobrej imprezy, jak garnek gorącego kisielu. Zwłaszcza, jeśli za oknem robi się jasno, część uczestników zabawy już śpi, a jedynie najwytrwalsi są w stanie zebrać się z kilkoma łyżeczkami wokół parującego wywaru i, chichocząc co chwilę, zajadać się czerwoną mazią. Mniam. Spytajcie Uli i Maćka.
Sympatycznie jest też w studencki czwartek odwiedzić Od zmierzchu do świtu, pożartować z koleżankami i z koleżanek, wypić piwko lub dwa, powygłupiać się, przez chwilę poudawać przedstawiciela elektoratu Samoobrony, potańczyć - a przynajmniej spróbować - do muzyki wykonywanej przez zespół, którego wokaliście wydaje się, że jest kowbojem. Miło potem odprowadzić Kasię i Magdę na przystanek, pośmiać się z nimi jeszcze trochę, czekając, aż zabierze je nocny autobus, wrócić do mieszkania i zrobić sobie kolację, choć już po trzeciej. Dużo mniejszą frajdę sprawia wstawanie po pięciu godzinach snu na zajęcia, ale i to ma swój urok jako część osławionego studenckiego życia.
A może by tak pójść na wykład i wrócić dopiero po jakichś 24 godzinach, bo Grotowski, bo czerwone wino, bo się odrobinę zasiedziało u koleżanki, a po co wracać po nocach? Współlokatorzy co prawda będą z niedowierzaniem się uśmiechać, gdy powie im się o spaniu obok Karoliny, a nie z nią, ale jak nie chcą, niech nie wierzą, Tomasze jedne.
Polska gościnność nie zna granic. Więc dlaczego by nie wpaść z marszu na urodziny do kolegi kolegi, znaleźć na podłodze kawałek miejsca, zamienić parę zdań z ludźmi, których się widzi pierwszy i ostatni raz w życiu, tymczasem wychylając kilka kieliszków dobrze zmrożonej wódki z wręcz legendarnej butelki z pompką? A potem - na lekkim dopingu - można by się posprzeczać o socjalizm i Łysiaka.
Innym razem można wyskoczyć do Rury i przy jazzie wypić kilka piwek, pogadać ze znajomymi, na przykład z siostrą Agnieszki, Justyną, która studiuje germanistykę i której wypite w jednej z wrocławskich bram wino przemieszane z dwoma browarkami wlanymi w siebie w barze uderzyło do głowy na tyle, żeby wyciągnąć z torebki nożyczki (die Schere po niemiecku), nieopatrznie dać je mnie i zgodzić się, abym uciął jej pukiel włosów. Podobno mocno mnie przeklinała po wytrzeźwieniu.
Wesołe jest życie studenta. Pomijając koszmar sesji, a czasem też jakieś kolokwia z akcentów proparoksytonicznych, cała reszta jest bardzo przyjemna. Imprezy, z których najfajniejsze są te w pełni spontaniczne, poznawanie piekielnie inteligentnych ludzi, zawiązywanie nowych przyjaźni, ale też - dla tych, co to lubią - wiele okazji na przygodny seks, który przecież nie jest niczym złym, jeśli obie strony się na niego całkiem świadomie zgadzają (taka mała rewolucja światopoglądowa w ciągu ostatnich paru lat - ten nawias jest dla tych, którzy czytali Pomyłkę Stwórcy). Ale najwspanialsze jest to poczucie pełnej wolności, niezależności i możliwości decydowania o samym sobie. Mieszkasz z dala od rodziców, dostajesz od nich pewną sumę pieniędzy i sam musisz wybrać, na co je wydasz: jedzenie czy papierosy, alkohol czy książki, normalne dylematy studenta. Nie czujesz ograniczeń, na zajęcia możesz pójść lub nie, rodzice nie będą robić ci wyrzutów. Do mieszkania czy akademika na noc wracać również nie masz obowiązku. Jeśli się spijesz i zarzygasz cały kibel, to wstyd odczuwać możesz tylko przed sobą, nie musisz patrzyć w zawiedzione oczy któregoś ze staruszków. Odpowiedzialność - tak, ale odpowiedzialność tylko za siebie i tylko przed sobą. Piękna rzecz. I po co tu, cholera, zakładać rodzinę?
Phnom Penh
phnom@go2.pl