| Kolejny chory tekst (c) by Pewien Gość | Reklamacji nie uwzględniamy |
Jestem. To jedno nie ulega wątpliwości, pomimo iż
przeróżnej maści krętacze z podziwu godnym uporem starają się zaciemnić tę
prawdę i przekonać do własnych, chorych wizji. Cóż z tego, że rozłożony na
osobowości jak liczba na czynniki pierwsze - istnieję. To rozproszenie bywa
kłopotliwe, ale nie na tyle, bym nie potrafił się z nim pogodzić.
Poranek na uczelni. Dowcipno-wyluzowane ja wygodnie siedzi na tyłku i kontempluje tę chwilę, jedną z miliona zwykłych, nudnych chwil spędzonych na auli wykładowej. Dwoje kolegów siedzących obok usiłuje jednocześnie coś mi przekazać. Udaję, że słucham. Nie ma tu miejsca na ja-prawdziwe, ja-refleksyjne, nawet na ja-zamyślone. Kto za dużo myśli, ten ma mało przyjaciół. Profesor coś tam sobie ględzi pod nosem, wpatrzony w bliżej nieokreślony punkt na sali. On też chyba nie oczekuje, że na wykład przybędzie jakiekolwiek ja-prawdziwe. To nie indywidualny dialog, profesorowi płacą za występ przed audytorium. Nie może się przypadkiem okazać, że ktoś z tego audytorium jest bystrzejszy niż wykładowca.
Popołudnie, środek miejskiego transportu. Wrogo-anonimowe ja wciśnięte w kąt z całym spokojem ignoruje współpasażerów. Nie znam ich, obce mi są ich bóle i radości, problemy i sukcesy. Na diabła mają wiedzieć, że jadą z actionmagowym autorem, być może nawet ich ulubionym. Gdyby mogli wyczytać coś z moich myśli, może zaczęliby w panice wyskakiwać oknami? A może, co gorsze, każdy chciałby mnie poznać osobiście, uścisnąć mi dłoń, wziąć autograf? Nie potrzebuję takiej sławy. Jeśli już wsiadam do autobusów, to tylko i wyłącznie by przemieścić się z jednego końca mojego kochanego zadupia na drugi.
Wieczór. Wokół szaro od dymu papierosowego, trzeszczące głośniki starają się sprawić wrażenie, że gra muzyka, nad stolikami gwar i śmiechy. Przy piwie wychodzą na jaw te części mojej osobowości, o istnieniu których niewielu wie. Kumple, z którymi tu przyszedłem nie chcą teraz znosić tego ponurego i zamkniętego w sobie ja, które mają na codzień w szkole. Myślę, że dziewczyna z sąsiedniego stolika, która uśmiecha się teraz do mnie, również wolałaby z takim ja nie mieć do czynienia.
Siedzę sam w pokoju późną nocą. Teraz nareszcie mogę być sobą, nie muszę przed nikim udawać. Czy aby? A może sam wobec siebie przejawiam najwięcej hipokryzji? Tak czy inaczej, nie mając nic lepszego do roboty przyglądam się tym wszystkim maskom, jakimi na codzień mydlę oczy bliźnim. Lubię je. Lubię nawet te, od wdziewania których robi mi się niedobrze. Te maski to prawdziwy arsenał. To jedyna broń, jaką tak naprawdę biedny, samotny człowieczek posiada w tym wielkim i niebezpiecznym świecie. Nieprawda, że wobec mnogości ich i złudności prawdziwa osobowość człowieka się rozpływa. Bez nich dopiero byłbym nikim.
Prawie wszyscy mają mnie za ponuraka, nieudacznika i ogólnie nudnego typa. Ani myślę wyprowadzać ich z błędu. Wystarczy mi, że ona wie, że taki nie jestem. Oni też o tym wiedzą. I oni. Na tej grupie mi zależy. Wszyscy pozostali mogą sobie myśleć, co chcą.
Pozostali ludzie. Można chyba powiedzieć, że uruchomiłem dla nich masową produkcję. Rozmaite gęby, lepiej lub gorzej dostosowane do konkretnych potrzeb, schodzą z taśmy produkcyjnej niemal codziennie. Wiem, że trochę siebie oszukuję. Tak naprawdę nie kontroluję tej produkcji; nie mógłbym jej zatrzymać, gdybym kiedyś miał taki kaprys. Ale też nie miewam kaprysów. Kaprysy bardzo utrudniają życie, a mnie zależy na szczęściu, nawet jeśli połowę z niego miałbym sobie po prostu wmówić.
Często zastanawiam się (każdy powinien), dlaczego właściwie innych ludzi miałoby obchodzić moje prawdziwe ja. Czy wydałoby się im lepsze, atrakcyjniejsze, bardziej godne ich uwagi? To kwestia ich gustu, ostatniej rzeczy we wszechświecie, na której można polegać. Jest tylko jedna osoba, której może NAPRAWDĘ zależeć na prawdziwym poznaniu mnie - ja sam. Wszystkie inne osoby są zbyt zajęte poznawaniem swoich własnych ja, żeby mieć czas na dogłębną eksplorację obcych terytoriów. I to jest zapewne ten właściwy rozwój wydarzeń. Tak ma być i kto na takie reguły nie przystaje, ten już nawet nie walczy z wiatrakami, on próbuje udowodnić, że dwa plus dwa to nie cztery.
Szczęście - rozmaicie o nim mówią, ale czymże ono jest, jeśli nie brakiem czasu na głębsze rozmyślania o egzystencji? Bez wątpienia najwięcej satysfakcji z życia mają ci, którzy ciągle idą do przodu, zamiast sycić się żałosnymi namiastkami, snuć cyniczne wywody o maleńkości i słabości człowieka, ulotności życia i efemeryczności szczęścia. Najmniej zaś ci, co bez żadnych wyraźnych powodów zatrzymują się wpół drogi, by samych siebie torturować jakimś tam gębami.
Gombrowicz i jemu podobni, co by nie mówić o ich literackich talentach, ewidentnie zostali obdarzeni zbyt dużą ilością wolnego czasu. To jedyne, co tłumaczy ich masochistyczne skłonności do demonizowania świata i oskarżanie Boga o świata tegoż stworzenie. Słusznie ktoś śpiewał, że w życiu piękne są tylko chwile; tym niemniej twierdzić, że człowiek został rzucony na Ziemię po to, by tu pokutować za niepopełnione grzechy, jest to dla mnie objaw bardzo poważnej choroby. Choroby z urojenia.
Czasem oczywiście trafi się taka gęba, do której ni w cholerę nie możesz się przyzwyczaić, ba, której zupełnie nie potrafisz zaakceptować, którą chciałbyś cisnąć w najgłębszą przepaść świata, zlikwidować, zapomnieć. Porzuć kłamliwe nadzieje. O ile nie zdarzy się jakiś cud, znienawidzona gęba zostanie z tobą po kres twych dni. Masz więc tylko dwa wyjścia: nauczyć się z nią jakoś żyć lub uparcie buntować się, ponosząc porażkę zanim jeszcze pomyślisz o tym buncie.
Świat jest w sumie całkiem niegłupio urządzony. Konia z rzędem (albo i dwa) temu, kto by to wszystko poukładał lepiej. Nie jest niczym specjalnie trudnym zaprezentowanie wzniosłej a błyskotliwej mowy oskarżycielskiej przeciw Opatrzności, że taki a nie inny świat nam zmajstrowała; bo wojny i zarazy, ibn Laden i Liga Polskich Rodzin, powodzie i ataki hackerów, bo wszystko przemija i szczęście nie może trwać wiecznie, wreszcie: bo człowiek nie jest postrzegany takim, jakim "naprawdę" jest. To są wszystko banały i powtarzam - żadne to osiągnięcie mówić, że jest jak jest. A biorąc pod uwagę potencjał literacki co niektórych autorów, jest to po prostu pójście na łatwiznę. Trudno mi taką postawę pochwalać...
Człowiek to taka upierdliwa bestia. Wszędzie nos wetknie, wszystkiego ciekawa, wszystko by chciała wiedzieć. Dokądkolwiek zaprowadzi nas rozbijanie atomów, dłubanie w genach, podglądanie komet, konstruowanie robotów i łażenie po dnach oceanów, nadmiar dumania nad sensem tego wszystkiego może się skończyć tylko w domu wariatów. Myślę, więc jestem świrem - tak bym to sobie wesoło podsumował.
Są takie chwile, gdy człowiek potrafi zaszczuć się własnymi myślami. Najbardziej nierealne zagrożenia ucieleśniają się na jego oczach i straszą... Za każdym rogiem czai się zło, każdy cień jest jak postać z twoich najgorszych koszmarów i każdy dźwięk jest alarmem w twojej duszy. Ale, jak znów ktoś słusznie śpiewał, po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój. Z tą myślą leżąc na łóżku obserwuję niebo roświetlone przez pierwsze promienie słońca i widzę, że świat nie może być aż taki zły. To tylko filozofowie jak zwykle kluczą ślepymi uliczkami... A ja muszę wstać wcześnie rano.
Muszę wstać rano i pozałatwiać wszystkie niedokończone sprawy. Sprawdzić wyniki kolokwium - nic mi po wysokich ocenach, ale jak to podbudowuje psychicznie, widzieć ten szczery podziw w oczach kolegów! Zajrzeć do koleżanki, żeby jej się wydawało, że jest dla mnie ważna. Kupić nowe buty, żeby nie przylgnęło do mnie miano szmaciarza. I przede wszystkim złożyć wizytę fryzjerowi, wszak wizualna sfera gęby jest jej najważniejszym składnikiem.
Pewien Gość
mailto:pg@actionmag.pl?subject=Gupie
insynuacje
1.07.2004