Autor: Leniwiec
Biegnę coraz prędzej. Uciekam przed moim rozumem. Dopóki mnie nie dogoni, to będę głupi. Będę świrnięty. Wal-nię-ty! Noga za nogą. Szybko. Z wiatrem. Skręcam w boczną uliczkę. Patrzę, a tam już stoi jeden idiota. Kompletny. Dłubie w nosie środkowym palcem. Jemu udało się uciec. Też bym tak chciał. Zazdroszczę mu. Pytam się go: Jak udało ci się zgubić rozum? Powiesz mi? Ale on mi nie powie, tylko dalej będzie gapił się na mnie głupkowatym wzrokiem, ślinił się i penetrował dziurki swojego nosa (byłby nawet zdolny do tego, aby penetrować dziurki cudzego nosa). Daję sobie spokój. Nie odzywam się już do tego kretyna. Wychylam się zza muru i wypatruję goniącego. Uff... Udało się. Rozum pobiegł dalej, wzdłuż ulicy. Co za szczęście. Tak... Najpierw poczułem się szczęśliwy, a potem poczułem się... dziwnie. Coś mnie zaswędziało, coś mnie pogilgało. Język wyszedł mi na wierzch. O nie!!! Przecież to są pierwsze objawy zidiocenia. Zaczęło się. Z minuty na minutę, stawałem się taki jak ten matoł koło mnie. Wiedziałem, że będę tak wyglądał. Wiedziałem, że będę się tak zachowywał. Ale musiałem się z tym pogodzić, bo to była cena, jaką płaci się za stracenie rozumu. Za pozbycie się rozumu. Niestety...
Stałem koło tego skończonego głupka i sam pogrążałem się w głupocie. Nie trwało to długo. Po chwili byłem już palantem. Skończyła się przemiana i zaczęło się wariactwo. Schizofreniczne wizje. Absurdalne wydarzenia. Triumf głupoty...
Poczułem się, jakbym przed chwilą obudził się ze śpiączki. Nie wiedziałem gdzie jestem. Nie wiedziałem co się dzieje. Stałem w jakiejś bocznej uliczce, koło jakiegoś faceta. Nagle zza muru wychylił się... Kubuś Puchatek. Był pomarańczowy w czerwonej koszulce, która nie zasłaniała jego intymnych miejsc (jak to Kubuś). Zaczął biegnąć w moją stronę. Jego puchate jądra obijały się o siebie, wydając przy tym odgłosy podobne do tych, jakie wygrywają murzyni na bębenkach. Był coraz bliżej. Ominął mnie i rzucił się na tamtego faceta. Zaczęli się tłuc. Liczyłem na wygraną Kubusia (bo był większy). Walczyli chwilę turlając się po ziemi, gdy nagle facet uderzył misia w brzuch tak mocno, że go wyrzuciło na orbitę okołoziemską. Zauważyli to kosmici przelatujący właśnie w pobliżu Ziemi. Chyba ich to zaciekawiło, bo postanowili wylądować. Wyszli z ufo i podeszli do faceta, który stał obok mnie. Było ich dziesiedmiu. Unieśli go ponad głowy i zabrali do latającego spodka. Polecieli. Też chciałbym polecieć z nimi i zobaczyć ich planetę. Byłoby fajowo. Pomyślałem, że mogę sobie sam wybudować ufo. Wyciągnąłem z kieszeni pudełko zapałek i wybudowałem (niczym MakGajwer). Wsiadłem do mego pojazdu. Pierdnąłem. Odpaliłem. Poleciałem. Po kilku sekundach byłem już... w łóżku. Otworzyłem oczy, zjadłem śniadanie i poszedłem spać. Śniło mi się, że stałem w jakiejś bocznej uliczce, koło jakiegoś faceta. Nagle zza muru wychylił się... mój rozum. Przyglądał mi się przez chwilę, poczym zaczął zbliżać się w moją stronę. Już myślałem, że mnie złapie, ale on złapał tamtego faceta. Uff... To nie mój rozum tylko jego. Gościu miał pecha. Współczułem mu. Zaczęli się szarpać. Było ich trzesnastu. Liczyłem na wygraną faceta (bo był mniejszy i miał puchate jądra, które kołysały się na wietrze niczym kłosy pszenicy). Sapali głośno, a facet sapał. Biedak... Rozum próbował wbić się do środka przez dupę. Prawię mu się udało, ale dupa była trochę za wąska. Przydałoby się trochę wazeliny. Nagle facet chwycił rozum za fałdy i wyrzucił go na orbitę okołoziemską. Zauważył to Kubuś Puchatek, który akurat przelatywał tamtędy. Chyba go to zaciekawiło, bo postanowił wylądować. Podszedł do tamtego faceta i rzucił się na niego. Pierdnęli. Odpalili. Polecieli. Po chwili byłem już... w jakiejś bocznej uliczce, koło jakiegoś faceta, który gapił się na mnie głupkowatym wzrokiem, ślinił się i penetrował dziurki swojego nosa (a byłby nawet zdolny do tego, aby penetrować dziurki cudzego nosa). Wybiegłem z tej uliczki...
Biegnę coraz prędzej. Uciekam przed swoją głupotą. Dopóki mnie nie dogoni, to będę mądry. Będę poważny. In-te-li-gen-tny! Noga za nogą. Szybko. Z wiatrem. Skręcam w boczną uliczkę. Patrzę, a tam już stoi jeden mądry. Jemu udało się uciec. Też bym tak chciał. Zazdroszczę mu.
PS: Kolejna butelka opróżniona.