Moja nieśmiertelność

 To miał być zwykły wyjazd. Kraków, piękne miasto, którego miał trochę dość, bo w czasie ostatnich miesięcy odrobinę za często tam gościł. Jednak perspektywa paru dni oderwania się od problemów codzienności zbytnio go kusiła, takie wyjazdy były dla niego doskonałą okazją na zapomnienie o wszystkim, odskocznią, pozwalającą na chwilę wytchnienia. Spakował się więc i ruszył, a wraz z nim grupa ludzi, których znał dość dobrze, a te kilka dni spędzonych z nimi miały być dla niego okazją na lepsze poznanie ich. Lubił, kiedy ludzie go zaskakiwali w jakikolwiek sposób, zawsze mógł się dowiedzieć czegoś nowego, dobrego czy też złego, ale nowego

Znalazł się na miejscu. Zaniósł bagaże i wraz z pozostałymi poszedł zwiedzać miasto. Oglądał zabytki i mijał ludzi… jedni byli weseli, drudzy smutni, napotykał żebraków, jednak ich problemy nie były przecież częścią jego życia. Przyjechał przecież zapomnieć, a nie zamartwiać się innymi. Uważał, że egoizm do pewnego stopnia był zdrowy. Szczególnie w takich chwilach jak ta, gdy nadarza się okazja przeżycia czegoś innego, niż zwykły, standardowy dzień. Postanowił więc nie przejmować się niczym i po prostu przemierzać obojętnie ulice miasta…

 Nastał pierwszy wieczór. Moment, kiedy należy podsumować przeżyty dzień. Zwykle w takich chwilach popadał w stan zadumy, która niejednokrotnie przeradzała się w przygnębienie, problemy rosły w oczach, czasem nawet ponad swoje realne rozmiary i przygniatały go. Chciał, aby tym razem było inaczej. Postanowił bawić się ze wszystkimi, nie rozmyślać, w ciągu tego dnia nawet cień zmartwień nie zmącił jego umysłu, więc nie było czego rozpamiętywać. Wtedy zobaczył ją: leżącą na łóżku, z dala od innych. Zainteresował się tym, gdyż mimo wszystko nie potrafił całkowicie zabić w sobie troski o innych, czy też zwykłej, ludzkiej ciekawości. Tym bardziej, jeśli był to ktoś dobrze mu znany, osoba, którą znał przez kilka lat. Położył się więc obok niej i zaczął rozmowę…

 To, co usłyszał, rzuciło światło na to, o czym do tej pory niewiele wiedział, owszem, słyszał o jej problemach, jednak wcześniej nie przejmował się nimi aż tak, one po prostu były, jednak nie sądził, aby były aż tak straszne. Może było to spowodowane pewnym jego egocentryzmem i obojętnością, może nadmiarem dotychczasowych kłopotów, jednak dopiero teraz zdał sobie sprawę z wagi jej zmartwień. Poważne problemy zdrowotne ojca, kto wie, czy ona sama też nie będzie miała podobnych. W tej chwili nie był w stanie powiedzieć niczego odkrywczego, nie lubił dawać złudnych nadziei, nienawidził, kiedy ktoś bagatelizował problemy, nie cierpiał, gdy ktoś przytaczał jakieś przykłady, nie do końca odnoszące się do powstałej sytuacji. Nie mógł zatem powiedzieć niczego, poza tym, co sam był w stanie obiecać. A wiedział, że potrafi dać: wsparcie, dobre słowo, pomoc i możliwość rozmowy w każdej chwili. To też obiecał, co odwzajemnione zostało jednym, prostym słowem: „dziękuję”, połączonym z płaczem i przytuleniem się do niego. Tylko tyle w tej chwili mógł zrobić…

 Gdy będziesz płakać otrę wszystkie twe łzy…

A po nocy nastał nowy dzień. Ten, jak i kolejne dni upływał na zwiedzaniu, połączonym z rozmowami z nią, nie mógł przecież nic zdziałać, mógł tylko wysłuchać i poradzić, wiedział bowiem, że to potrafi bardzo pomóc…

 Ostatniego dnia pobytu w Krakowie padło pytanie, czy pójdzie z nią do kościoła. Przez głowę przewinęły się tysiące myśli. Od kiedy wyrzekł się wiary wielokrotnie zwiedzał kościoły, były one dla niego tylko zabytkami, elementem kultury i niczym więcej, jednak tym razem wizyta miała polegać na modlitwie. Musiał dać błyskawiczną odpowiedź, zatem zgodził się.

Weszli do wnętrza kościoła. Uklęknął obok niej i zaczął się modlić. Zmówił kilka modlitw, a następnie zaczął swój monolog, zwany dialogiem z Bogiem. Powiedział wtedy, że on sam na nic nie zasługuje, gdyż jest niewierzący, lecz jako były chrześcijanin prosi o łaskę dla niej, jeśli wszystko dobrze się ułoży być może inaczej spojrzy na kwestię wiary. Nie miał to być szantaż wobec Boga, to miało być zwykłe stwierdzenie, tak przynajmniej wtedy na to patrzył. Zakończył modlitwę, przeżegnał się i wyszedł.

 Kilka dni później, już po powrocie do domu, musiał jechać do niej. Kolejna błyskawiczna decyzja, wystarczyły przeczytane na Gadu-Gadu słowa: „Łukasz, ja już tak dalej nie mogę”. Napisał, że zaraz u niej będzie, zarzucił na siebie kurtkę i wybiegł na przystanek. Jechał po to, by po raz kolejny wesprzeć, porozmawiać, dać siłę na przeżycie najgorszego. Spędził z nią parę godzin, w czasie których spacerowali po okolicy i siedzieli w jej domu, mogła wreszcie z kimś szczerze porozmawiać, kiedy wracał do siebie wiedział, że poczuła się dużo lepiej.

 Gdy będziesz krzyczeć pokonam wszystkie twe lęki…

 Po kilku dniach od tej rozmowy dowiedział się, że z jej ojcem jest coraz lepiej. Przez głowę przebiegła mu jego modlitwa w kościele, a zaraz później myśl o niej i jej zdrowiu. Był pełen nadziei, jednak wciąż pozostawała w nim niepewność. Aż do dnia, kiedy dowiedział się, że była na badaniach i wszystko wskazuje na to, że jest zdrowa. Ucieszył się z tego faktu, wtedy też usłyszał słowa: „Jesteś człowiekiem o pięknym sercu i pięknej duszy. Jestem ci wdzięczna za dobre słowo i za pomoc”. Słowa te dały mu nadzieję na lepszą przyszłość, czuł się potrzebny i lubił to uczucie. Dzięki niemu wiedział, że gdyby teraz odszedł świat stałby się gorszy, jeśli nie dla wszystkich, to przynajmniej dla niektórych. Tego samego dnia otworzył szufladę i z jej dna wyciągnął mały obrazek, swoją pamiątkę Pierwszej Komunii Świętej. Popatrzył na nią przez chwilę, po czym zawiesił ją na dotychczas pustym gwoździu wbitym w ścianę. Następnie uklęknął i po raz drugi od dłuższego czasu zaczął się modlić. Tym razem zmówił modlitwę, na którą nie potrafił się zdobyć będąc w kościele: „Wierzę w Boga”.

 Errata

Powyżej opowiedziana historia zdarzyła się naprawdę, wszystkie opisane wydarzenia są prawdziwe i dotyczą mnie.

Horacy – „Pomnik”

 

Wzniosłem pomnik trwalszy niż spiż

i wyższy niż królewska pleśń piramid.

Ani żarłoczne ulewy, ani szalony akwilon

nie zdołają go zburzyć, ani nawet łańcuch

 

nieprzeliczonych lat i ucieczka czasu.

Nie cały umrę, lecz większa część mnie

uniknie Libitiny. Będę młody

wciąż rosnącą sławą, póki na Kapitol

 

będzie wchodził kapłan z milczącą dziewicą.

Będą mnie sławić – tam gdzie hałasuje gwałtowny Aufidus

i tam gdzie ubogi w wodę Daunus rządził

prostym ludem. Z małych – mający władzę,

 

pierwszy ułożyłem eolską pieśń

do italskich miar. Wzbij się w kupioną

zasługami dumę i delfickim

laurem otocz mi łaskawie, Melpomeno, włosy.

 

Horacy uważał swoją twórczość za pomnik, który postawił sobie za życia i który sprawi, że po śmierci nie zostanie on zapomniany. Możecie nazwać mnie w tym momencie megalomanem, ale ja również stawiam sobie pomnik. Ale nie przez swoją twórczość. Ja staram się pomagać ludziom, wiem, że wielu czyni podobnie jak ja, wiem, że wielu zdziałało więcej niż ja, a nie pisali oni o tym, tylko po prostu robili swoje. Więc jeżeli nazwiecie mnie megalomanem – nie zaprzeczę. W każdym z nas jest odrobina megalomanii. Być może we mnie jest jej więcej, niż w przeciętnym człowieku. Wiele problemów wciąż pozostaje bez rozwiązania. Ale ja pomogłem się uporać z jednym z nich. Nie po raz pierwszy, zapewne i nie po raz ostatni. Pomagam innym. A oni o tym pamiętają. Co prawda nie wszyscy, ale niektórzy pamiętają. I to jest mój pomnik. To jest „moja nieśmiertelność”.

Luke

 Wiem, że powyższy tekst jest nieco chaotyczny i nie podaje żadnych konkretów, ale z powodów, które chciałbym pozostawić dla siebie napisałem tylko tyle, mam nadzieję, że to uszanujecie.

W tekście wykorzystano wiersz Horacego: „Pomnik” oraz odrobinę zmieniony i przetłumaczony ma język polski fragment piosenki Evanescence – „My immortal”.