Złoty Strzał
By
Seth
Otwieram oczy. Boże,
dlaczego tu jest tak cholernie jasno? Moja głowa za
chwile eksploduje. Nie zniosę tego bólu. Gdzie ja jestem? Podłoga jest tak
chłodna a ściana, obok której leżę ma taki niezwykły niebieski kolor, błyszczy
w barwach tęczy. Światło odbija się od niej tworząc magiczne wzory, których
nawet Lovecraft
nie byłby w stanie opisać. Gdzieś w oddali widzę lampę przyczepioną do białego
sufitu, jest tak niewiarygodnie wysoko. Promienie światła tak niesamowicie
spływają z niej, każda kropla w innym kierunku i obraz zanika, gubi się w
deszczu barw… Unoszę rękę. Jest cała ścieżka i obolała, taka biała i zamazana
na tle tego jaskrawego światła. To takie piękne.
Wstaje, pragnę dowiedzieć
się więcej o tym pięknym świecie, pragnę go poznać. Ale gdy wstaję jedyne,
czego doświadczam to moje odbicie zaklęte w lustrze wiszącym na jednej z
jasnoniebieskich ścian. Mam taką zniszczoną twarz. Cała blada a w niektórych
miejscach wydaje się płonąć czerwienią krwi, która próbuje uciec z mego ciała
przez każdy najdrobniejszy otwór w mojej skórze. Cały trzęsę się z zimna i
wszystko tak strasznie mnie boli. Odkąd pamiętam bolała mnie głowa, ale nigdy
nie tak bardzo. Poza tym zawsze miałem przy sobie na to lekarstwo. Przeszukałem
swoje kieszenie, ale nie znalazłem w nich towaru. Nie rozumiem dlaczego
nie mogłem go znaleźć, przecież miałem go tyle, że mogłem całe osiedle wysłać
na orbitę.
A tak, już sobie
przypominam. Miałem to przekazać Arkowi. Prosił o tą dostawę na imprezę i obiecał, że
będę mógł zostać, aby za darmo ochlać się i sobie poużywać. Mam nadzieje, że dotrzyma obietnicy, bo musiałem nieźle pokłócić się z
szefem o tak wielką ilość towaru. Nienawidzę tych głupich zasad Szefa. Pracuje
w takim szczytnym interesie i nadal próbuje stosować się do zasad, podczas gdy
sprzedaje gówno,
które nie zna granic. Odlot, który nie pozwala nadal uważać się za człowieka.
Zażyjesz raz i już jesteś Bogiem.
Ponownie patrzę w swoje
odbicie i niestety nie widzę twarzy Boga. Widzę za to zniszczenie i zmęczenie.
Mam nadzieje, że było warto. Szkoda, że nie pamiętam ostatniej nocy, ale nie
muszę, zakładam, że była niezła impreza. Mam nadzieje, że byłą impreza, bo
prawdę mówiąc nie wiem jak inaczej wyjaśnić moją obecność w tym nieznanym
miejscu.
Kiedy próbuje przywołać
swoje ostatnie wspomnienie widzę jedynie Arka i tłum uśmiechniętych ludzi. Gdzieś
w tle widzę także uśmiech pewnej niezłej laski. Jedwabne blond włosy, jasna
cera i wspaniałe niebieskie oczy. Chyba zawsze w głębi swego samotnego [i
nawiasem mówiąc już od dawna zbyt szybko bijącego] serduszka jestem
romantykiem. Chyba właśnie dlatego zawsze pociągały mnie dziewczyny nie tylko
piękne, ale także w jakiś sposób delikatne. Ona właśnie miała w sobie tą
delikatność. To dostrzegało się w tym uroczym uśmiechu, jaki kiedyś należał do
mnie, ale teraz złośliwy Bóg podarował go jej abym był szczęśliwy tylko w jej
obecności. To dostrzegało się w tych wspaniałych teraz już pustych oczach,
które niegdyś wypatrywały prawdy i pragnęły chłonąć świat takim, jakim jest
naprawdę…
Teraz, kiedy już sobie
uporządkowałem w głowie swoją rzeczywistość w, którą będę
musiał uwierzyć tak jakby była prawdą, postanowiłem że wyjdę z tego
niebieskiego kibla i poszukam swojej bogini żeby spytać się czy byłem Dobry.
Już i tak nie chce mi się patrzeć na swoją mordę w tym pieprzonym lustrze.
Popatrzę jak wydobrzeję.
Arkadiusz ma durzy dom.
Musi byś chyba bogaty. A nawet na pewno, skro miał forsę na tyle
towaru. Tylko gdzie są wszyscy? A racja, schody. Może na dole kogoś spotkam...
I miałem racje. Spotkałem.
Wszystkich swoich przyjaciół, kumpli i nieznajomych. Nadal
orbitowali. Nadal płynęli. Nie chciałem wskazywać im drogi do domu, bo
wiedziałem doskonale, że tam gdzie teraz są, będą bardziej szczęśliwi niż w
rzeczywistości.
Już chciałem wyjść, kiedy
zauważyłem moją piękną, moją boginie. Leżała na podłodze na różowym dywaniku
obok kominka. Ręce miała rozłożone a głowę odwróconą w kierunku tlących się
chłodną czerwienią płomieni. Podszedłem chwiejnym krokiem w jej kierunku i
ucałowałem ją na pożegnanie w policzek. Nie zareagowała na mój dotyk. Musiała
być w bardzo dobrym humorze – pomyślałem na chwilę zanim spostrzegłem, że z jej
lewego ucha wylewa się cieniutka stróżka krwi.
Nie wiedziałem, co robić. W
mojej głowie zapanował chaos. Niemalże czułem jak strach wydobywa się przez
wszystkie pory mojej skóry, każdy otwór mego ciała, każdą drobną ranę po igle i
wypełnia całą przestrzeń niegdyś tak zabawnego Statku Kosmicznego Ziemia. Zacząłem
krzyczeć i uciekłem stamtąd cały we łzach.
Możecie mi nie wierzyć, ale
jeśli jest ktoś na tej ziemi, kto naprawdę zna strach, to tą osobą jestem
właśnie ja. Świat widziany oczyma narkomana ma w sobie wiele więcej zagrożeń
niż mogłoby się wam wydawać. Kiedy tylko pomyśle ile nocy straciłem trzęsąc się
na łóżku i mażąc o tym, aby te wszystkie stwory z mojej wyobraźni nie przyszły
do mnie i nie zaatakowały mnie w rzeczywistość, to aż ciarki pojawiają się na
mojej bladej skórze.
Świat to naprawdę brzydkie miejsce. Każdy narkoman to wie.
To właśnie, dlatego stale dajemy sobie w żyłę. Kiedyś tym, co było najbardziej
przerażające w życiu było to, czego nie mogliśmy doświadczyć, była nasza
wyobraźnia; wszystkie te stwory, wiedzmy a z czasem obcy, których spotykamy na
kartach tanich opowiadań i nieco droższych, lecz niekoniecznie mądrzejszych
filmów. Teraz to, co jest najgorsze jest wszędzie wokół nas - to rzeczywistość.
Problem w tym, że kiedy bierzesz narkotyki to z czasem rzeczywistość zaczyna
mieszać się z fikcją i to, co niegdyś było w twoim umyśle staje na przeciwko
ciebie, aby zaatakować i zabić...
Pamiętam nawet jak kiedyś
miałem taki sen. Śniło mi się, że zabiłem człowieka. Przez tydzień miałem zły
humor. Aż w końcu sen stał się prawdą... I już nigdy nie odzyskam równowagi.
Następnego dnia
dowiedziałem się z wiadomości w telewizji, że grupa nastolatków przedawkowała,
z czego trzy osoby nadal są w szpitalu a jedna młoda dziewczyna, której imienia
nie podam padła ofiarą tego nałogu. Miała szesnaście lat.
Zabiłem szesnastolatkę i
żyje z tym już od trzech tygodni. Codziennie biorę, coraz więcej, ale to nie
pomaga.
Pamiętam jak pewnego dnia,
to było chyba tydzień temu [nie jestem pewien, ostatnio wielu rzeczy nie jestem
pewien], bawiłem się z kumplami w odkrywanie nowych
mieszanek. Nie mamy patentu na tą grę, ale i tak nie polecam jej każdemu.
Polega ona na mieszaniu wszystkiego, co tylko daje odlot, łącznie z alkoholem,
w stosunkowo niewielkich ilościach, tak, aby doświadczyć czegoś nowego. Jeśli
ktoś wam mówił, że narkotyki pozwalają doświadczyć świat takim, jakim jest
naprawdę, to ten ktoś was okłamał. Narkotyki jedynie zmieniają sposób patrzenia
na pewne rzeczy, zmieniają dystans, tak, że możesz o pewnych problemach
zapomnieć. Ale robią to zawsze w taki sam sposób, albo otępiając kompletnie,
albo kompletnie oduczając myślenia. Dlatego po zażyciu albo zachowujesz się jak
warzywo, albo jak skończony pojeb. Celem tej, gry jest odnalezienie centrum
tego złotego stanu spokoju, tak, aby zachować i dobry humor i spokój. Pamiętam,
że tego dnia nie byłem zdolny odnaleźć ukojenia w równowadze. Chyba tak
naprawdę nie szukałem spokoju, ale zapomnienia. Zamiast tego znalazłem jedynie
kolejny atak paniki. Znowu przedobrzyłem. Podobno przez pół godziny leżałem na
podłodze jedynie krztusząc się własnym oddechem, zanim straciłem przytomność.
Nie pamiętam tego, pamiętam jedynie, że to właśnie wtedy zrozumiałem, że nie
chcę już więcej żyć.
Pewnie zastanawiacie się
jak można nauczyć się czegoś z lekcji, której się nie pamięta? Kiedy jesteś
narkomanem to jedyne lekcje, jakie dostajesz są tymi, których nie pamiętasz. Tak
jak wtedy, kiedy obudziłem się w kałuży własnych wymiocin i szczochów.
Wszyscy stali wokół i naśmiewali się a ja już to wiedziałem. Wiedziałem, że to
życie nie prowadzi do nikąd. I już nic nie zagłuszy bólu.
Dlatego uznałem, że jedyne,
co mi pozostaje to zaliczyć złoty strzał, na który zresztą nie zasługuję. To by
była nagroda a nie kara. Problem w tym, że za bardzo boje się bólu i śmierci,
aby to zrobić w inny sposób. Dlatego pozwolę waszym sumieniom mnie ukarać.
Teraz pisze te słowa i mam nadzieje, że, kiedy następnym razem oglądając
telewizje usłyszycie o narkomanie, który zaliczył zgon, zdacie sobie sprawę z
tego, że on zasługiwał na to. Że taki musiał być jego koniec. Wcześniej
sądziłem, że nie mam wyboru, wmawiałem sobie, że urodziłem się po to, aby być
tym, czym jestem – kolejnym wyrzutkiem społeczeństwa. Ale są pewne kłamstwa, w
które nawet ja nie uwierzę. Mogę wierzyć w to, że taki miał być mój los, ale nigdy
nie uwierzę, że taki miał być Jej koniec...
Jeśli jestem waszym
przyjacielem to mówię prawdę, jeśli nie to kłamię, jeśli kocham samego siebie
to nie odejdę, jeśli nienawidzicie mnie to nie mam, po co tu zostawać...
Myśli ponownie zaczynają
zlewać się w jedność... Muszę już iść...
Seth
PS.
Nie zamierzam wdawać się w opisywanie co jest prawdą
a co nie, gdyż w pisaniu chodzi o zatarcie granic między tymi dwoma światami.
Mam tylko nadzieje że osoby do jakich były kierowane
te słowa, zrozumieją ich sens…