Poradnik desperata
czyli jeszcze jedna satyrka na nieudane teksty


Niniejszym ostrzega się, że Autor tego tekstu to człowiek chory na umyśle, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek hamulców moralnych i poszanowania dla bliźnich, z iście sadystycznymi skłonnościami do obrażania ich, psucia im humoru, doprowadzania do głębokich depresji i samobójstw.



A więc mamy urodzaj na samobójców. Tak by przynajmniej należało sądzić ze sporej ostatnimi czasy liczby tekstów o tej jakże dramatycznej tematyce, gdyż statystycznie nieboszczyków z wyboru nam zbyt gwałtownie nie przybywa. Spośród tych zaś, co mieli zaszczyt zostać zaliczonymi do owego szlachetnego grona, znakomita większość to przegrani czterdziestokilkulatkowie bez perspektyw i nadziei, a nie młodzież intensywnie przeżywająca radości wieku dojrzewania i z tego powodu skłonna do depresyjnych wynurzeń.

Pewnie wkrótce takich tekstów przybędzie, bo idzie wiosna. Więcej zabójczych promieni UV będzie docierało do naszej wesołej planetki, stopi się szarobura maź, z braku trafniejszego określenia nazywana śniegiem, drzewa zapuszczą listki, dziewczyny zaczną się puszczać po krzakach... No, rozmarzyłem się, zapewne będzie dużo mniej romantycznie i dziewczyny będą po prostu spacerować po parkach za rączkę ze swymi wybrankami. W każdym razie widoki tego rodzaju nie sprzyjają umęczonym serduszkom sfrustrowanych nastolatków, toteż należałoby się spodziewać, że niejeden postanowi ukatrupić się, przynajmniej literacko.

Jak pokazuje historia, większość samobójców to nieudacznicy pokroju Wertera, którzy nawet w łeb sobie strzelić porządnie nie umieją (dla nieobeznanych w niemieckiej literaturze romantycznej: wyżej wspomniany umierał w niezbyt ciekawych okolicznościach przez dwanaście godzin). Niezbyt to pomyślna okoliczność, gdyż każde nieudane samobójstwo to zaprzepaszczenie szansy na oczyszczenie społeczeństwa z osobników nieprzydatnych, rodzaj selekcji naturalnej. A że postanowiłem sobie wspierać młode talenty, przedstawiam tutaj zbiór doświadczeń i rad dotyczących wyprawiania się na lepszy świat. Życzę błyskotliwych sukcesów w korzystaniu z tej wiedzy i wykorzystywaniu jej w praktyce!

Pierwszym problemem (na szczęście także jednym z ostatnich), przed jakim stanie nasz młody buntownik, będzie wybór metody. Najważniejszym kryterium jest tu oczywiście skuteczność. Należy więc precyzyjnie określić, po co chcemy się zabijać. Jeśli zamierzamy się zabić na śmierć (jakieś 5% przypadków), najlepsza będzie metoda gwarantująca największe powodzenie. Jeśli chcemy tylko zrobić sobie dużą krzywdę dla zwrócenia uwagi otoczenia (77%)*, przydatne będą metody spektakularne, acz relatywnie bezpieczne. Jeśli w sumie nie wiemy, po co chcemy sobie zrobić kuku (pozostałe 18%), rozstrzygnąć warto rzucając kostką; albo jeszcze lepiej zagrać w rosyjską ruletkę na pomocą dubeltówki.

Inne ważne kryterium to bolesność zabiegu. Zdecydowana większość samobójców to z definicji masochiści, toteż im mniej humanitarny sposób na wędrówkę w zaświaty, tym oczywiście lepiej. To samo tyczy się długości przedstawienia.

Dość ględzenia, czas najwyższy przejść do meritum, czyli omówienia konkretnych metod działania:

1. Metody klasyczne

Wyróżniamy tu trzy podstawowe nurty:

a) Powieszenie się. Środek tani i ogólnie dostępny. Jest też skuteczny, pod warunkiem oczywiście, że wieszamy się porządnym kawałku sznura, a nie na jakimś badziewiu typu skręcone prześcieradło. Mało przyjemne i mało widowiskowe. Należy też zauważyć, że to metoda zarezerwowana raczej dla pospolitych przestępców.

b) Strzał w głowę. Coś dla zamożniejszych, broń zazwyczaj nie jest tania. Niemniej zapewnia niezapomniane wrażenia - zarówno dla świadków, jak i, że się tak wyrażę, bezpośrednich uczestników. Dla każdego coś dobrego: przeciętniaków w pełni zapokoi Desert Eagle 0.50, dla zakutych łbów odpowiedniejsza wydaje się rusznica przeciwpancerna. Jeśli zwykłe zastrzelenie się to dla ciebie za mało, dodatkowy dreszczyk emocji zapewnią ci naboje z płaszczem uranowym.

c) Utopienie się. Sposób raczej przestarzały i wychodzący już powoli z użycia, co nie znaczy zły. Dawniej trzeba było znaleźć rzekę dużą i rwącą, dziś wystarcza jakakolwiek. Będzie niewątpliwie na tyle zanieczyszczona, że kontaktu z nią nie przeżyje największy nawet twardziel. Autorytety, które miałyby wiele do powiedzenia na temat tej metody: Wanda (ta z legendy), Ofelia (z "Hamleta").

2. Metody neoklasyczne.

a) Odkręcony gaz. Metoda ze wszech miar do kitu. Mało skuteczna (trzeba mieć szczelne okna!), czasochłonna i dość nieprzyjemna, wreszcie ryzykowna. Ryzykujesz mianowicie eksplozją całego bloku (a ofiar postronnych nie chcemy), wysokimi rachunkami, którymi obarczysz rodzinę, a przy wyjątkowo nieszczęśliwym zbiegu okoliczności - samospaleniem. A to ostatnie to z pewnością żadna radocha. Autorytety: dziewczyna z piosenki "Autobiografia" (odkręciła gaz, nie zapukał nikt na czas).

b) Podcięcie żył. Ulubiona metoda zbuntowanych nastolatków - trzeba mieć szczególnego pecha, żeby się w ten sposób zabić. No, chyba że załatwimy sprawę fachowo, co jednak w przypadku samobójców-amatorów normą nie jest. Za to o bardziej ekspresywną metodę raczej trudno. Wzorzec do naśladowania (chociaż bardziej klasyczny niż neoklasyczny) - Petroniusz z "Quo vadis".

c) Tabletki. Robimy wielkiego tabletkowego mixa, pieczołowicie dobierając te specyfiki, które mają najwięcej przeciwwskazań. Biorąc pod uwagę różnorodność dostępnych leków, efekty są raczej nieprzewidywalne. Przy odrobinie szczęścia może cię szlag trafić na miejscu, ale nie zdziw się, jeśli po prostu dostaniesz sraczki.

d) Skok. Wchodzimy na najwyższy wieżowiec w okolicy i w zależności od tego, czy bardziej zależy nam na zabiciu się czy na zwróceniu na siebie uwagi - skaczemy lub nie. Więcej wskazówek chyba nie trzeba.

3. Metody ekscentryczno-wyczynowe

a) Skok z wysokiego mostu z pętlą na szyi do rwącej, zanieczyszczonej toksycznymi odpadami rzeki pełnej piranii, przy jednoczesnym podpaleniu się, strzale w głowę z ręcznego moździerza i połknięciu trucizny. Konia z rzędem temu, komu się to wszystko uda. Praktyka dowodzi, że wymienione środki nie tylko nie muszą się uzupełniać, ale wręcz mogą wykluczać się nawzajem. Dlatego skok taki najlepiej wykonywać zimą, bo w razie gdyby wszystkie środki naraz zawiodły, istnieje jeszcze duża szansa na śmierć z powodu wychłodzenia organizmu.

b) Samorozjechanie się samochodem. Prawdę mówiąc, nie bardzo wyobrażam sobie, jak takie coś miałoby wyglądać, i właśnie dlatego ta metoda zaliczona została do wyczynowych :-).

c) Harakiri. Dalekowschodnia - a co za tym idzie najbardziej masochistyczna - przepustka do nieba. Wierni tradycji muszą użyć specjalnie w tym celu wykutej, oryginalnej katany (taki japoński przerośnięty scyzoryk) oraz postępować dokładnie według wskazówek, stworzonych przez pewnego legendarnego mistrza samurajskiego (niestety, wskazówek tych nikt nie zna, gdyż ich twórca przed przystąpieniem do uwiecznienia ich na papierze z niejasnych przyczyn powiesił się). Pozostali biorą dowolny kawał żelastwa dłuższy niż, powiedzmy, pół metra, umieszczają go w swoich bebechach, po czym wykonują nim kilka zdecydowanych ruchów we wszystkie strony. Dla wielbicieli niepowtarzalnych doznań: harakiri przy pomocy topora dwusiecznego.

Odchodzić z tego świata, czy to na stałe, czy też tymczasowo, można rozmaicie. Każdy jednak sposób wyda się pospolity, jeśli nie wykażesz się przy tym własną kreatywnością. Weźmy taką na przykład "Pieśń o Rolandzie". Dzielny rycerz Roland, nim wreszcie wyzionął ducha, zdążył jeszcze cały teatr odstawić. Gdyby przypadkiem nie był ino postacią literacką, to urządzanie przedstawień byłoby zapewne ostatnią rzeczą, na jaką miałby ochotę w sytuacji śmiertelnie rannego na polu bitwy, ale samobójcy mają akurat ten luksus, że zanim zadadzą sobie owe śmiertelne rany, są zdrowi jak rybcie i pełni najlepszych chęci do niecodziennych zachowań.

Sprawą najwyższej wagi jest oczywiście wdzianie na siebie odpowiednich ciuszków. Nie muszą być koniecznie czarne, ale w każdym razie powinne uwydatniać ten dość istotny moment twojego życia, prawda? Pozostałe elementy scenografii również zależą li i jedynie od twojej własnej fantazji, tak czy siak musi się ona wyraźnie odróżniać od scenografii dnia powszedniego. Rozumiesz, coś tam trzeba w pokoju poprzestawiać, coś wyrzucić, coś nowego przynieść... Jeśli za życia byłeś bałaganiarzem, to przed popełnieniem samobójstwa powinieneś wzorowo posprzątać, jeśli uważano cię za pedanta to przed śmiercią robisz w pokoju burdel na kółkach. Niezłe wrażenie robią napisy na ścianach, najlepiej z "Hamleta" (byleby tylko nie to ograne "Być albo nie być"). Jeśli popełniasz samobójstwo z miłości, to oczywiście nie godzi się tego czynić bez zdjęcia twojej ukochanej, zacisniętego kurczowo w twojej martwej, zimnej dłoni. Zwróć uwagę na miejsce, gdzie będą leżały (wisiały?) twoje zwłoki. Możesz się po prostu rozwalić na środku dywanu, ale o ileż bardziej widowiskowo wygląda nieboszczyk leżący na łóżku z rękami skrzyżowanymi na piersi! A co byś powiedział na pozycję siedzącą, na swoim ulubionym fotelu, z cygarem w ustach i otwartymi oczami? Możliwości jest multum, a wyobrażanie sobie min nieszczęśników, którzy pierwsi zastaną cię nieżywym, przysparza niemal więcej radości, niż samo planowanie unicestwienia się.

Teraz to, co frustraci i nadwrażliwcy lubią najbardziej - pełny goryczy list pożegnalny. To dopiero pole do popisu. Szczegóły dotyczące formy i treści radosnego tego komunikatu zależą oczywiście od inwencji autora, aczkolwiek mogę służyć kilkoma drobnymi sugestiami. Może być zwięźle i szczerze, np. "Bo zupa była za słona" lub "Bo Elka mnie nie chciała". Może być długo, zawile i enigmatycznie. Dobrze wrzucić parę patetycznych cytatów z jakiejś przygnębiającej piosenki albo wiersza. Warto zdać sobie sprawę z tego, czego oczekują twoi bliscy po takim liście. A oczekują przede wszystkim wyjaśnienia twej makabrycznej decyzji. Dlatego też należy wszystko uczynić, aby to odkrycie motywów maksymalnie utrudnić. Napisz, że wszystkich kochałeś, że byłeś zadowolony z siebie i z optymizmem patrzyłeś w przyszłość. Niech zachodzą w głowę, o co też do ciężkiej cholery mogło ci chodzić.

Jako osoba charakteryzująca się niespotykanym doprawdy współczynnikiem tolerancji dla literackich wypocin bliźnich, a także anielską cierpliwością - jestem w stanie zrozumieć pewne rzeczy. Rozumiem okres dojrzewania - pryszcze na nosie, pierwsze miesiączki, manię obrażania się na wszystko, co się da. Rozumiem, że ten i ów ma od czasu do czasu wewnętrzną potrzebę duszy do zadziwiania, przejmowania oraz szokowania losowo wybranych ludzi. Wewnętrzna potrzeba duszy do nadmiernego eksponowania swojej skromnej osoby też jest mi, wierzcie, nieobca. Co jednak w moim poczuciu estetyki nie usprawiedliwia uciekania się do chwytów ogranych jak "Takie tango" mojej ukochanej Budki Suflera.

Czyżby do tej pory nikt nie powiedział AM-owym debiutantom, że są tematy, które przez to swoje ogranie tracą na ekspresji? No więc ja to mówię. Nieliczni są, którzy potrafią równie samobójczy temat jak samobójstwo wyeksploatować w taki sposób, żeby powstał tekst wybitny (Phnom, oczywiście). Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak tylko życzyć potencjalnym samobójcom powodzenia (cokolwiek by oni przez to mogli zrozumieć).


Pewien Gość
mailto:zlosliwiec@pf.pl?subject=Gupie insynuacje



* dane wyssane z palca
(link nazad)

PS. Jest taka fajna piosenka zespołu Łzy: "Strzel sobie w głowę i rozwal na połowę, lalalala, Zabij się zabij się, nikt nie lubi tutaj cię, lalalala". Nie słuchałem jej przy pisaniu, ale zawsze przypomina mi się pod wpływem nieudolnych tekstów z pretensjami do całego świata ;-).

2.04.2004