Katharsis: Żagle
Fascinating
Nie od dziś wiadomo, że sporą część samczej populacji
fascynują samochody. Sportowe w szczególności. I choć skala
poznanych przyczyn rozciąga się od tych czysto praktycznych po
takie, o których pan Freud miałby wiele do powiedzenia, większość
kobiet pojąć tego nie jest w stanie. Niedorzeczne wydają im się
te jęki zachwytu nad porywającym zarysem tyłu, czy też nad
fantastyczną złożonością wzorów bieżnika opon... skoro
przecież podczas jazdy i tak ich nie widać. A delektowanie się
słodkim zapachem palonej gumy gotowe jeszcze uznać za zboczenie
jakie.
Cóż, do płci męskiej jak najbardziej przynależę, ale nigdy
a przenigdy nie ciągnęło mnie do czterech kółek. Stąd
rytualne czczenie nadwozia, podwozia i tego pomiędzy jest mi całkiem
obce. Potrafię jednak zrozumieć praktykujących ten kult.
Mam tak samo. Tyle, że z żaglówkami.
Starczy, że mózg skataloguje widziany obiekt jako jachcik
jednomasztowy, a naraz znika otumanienie mej głowy, które
nagminnie i z powodzeniem zniekształca mi rzeczywistość. Nagle
wzrok staje się przenikliwy, a myśl przejrzysta. Każda komórka
nerwowa szuka własnego odpowiednika podgłośnienia telewizora...
Fascynujące i godne uwagi jest wszystko: odbicia fal na idealnie
okrągłych burt, łopoczące bandery i wydęte żagle,
profesjonalizm w ruchach załogi, zgrani co do sekundy, raźne
trzaski kabestanu przy zwrocie przez sztag , kształt kilwateru
pozostałego po manewrze, ilość bąbelków w kilwaterze, ich
kolor, rozmiar... Wszystko.
Źródeł mojej fascynacji nie trzeba daleko szukać. Wychowałem
się w miasteczku, co na mapie wygląda jak skrawki żelaza wtłaczane
młotem małego jeziorka w szerokie kowadło większego. Stanowi
skrzyżowanie uroczego kurortu z dziurą na głucho zabitą
dechami (to pierwsze latem, drugie przez resztę cyklu słonecznego)
Sezon: Małe jeziorko ściąga plażowiczów i nielicznych amatorów
nurkowania. Duże działa niczym magnes na tych już zadurzonych
i tych, co dopiero mają się zakochać w żeglowaniu. Wśród
nich ja, zakotwiczony tu na stałe - łódka zacumowana 100 śmiesznych
metrów od miejsca, w którym powstaje sobie ten tekst. Normalne
szczęściarstwo. Na pokładzie od dobrych kilku latek, za sterem
bodaj od czterech. Stopniowo, z roku na rok, coraz mniej
rodzicielskich ograniczeń i wskazań. Ostatnio zredukowały się
do "zadzwońcie, jakby wam czegoś brakowało". Nie dzwoniliśmy
nigdy.
Nie obyło się bez zarażenia pasją przyjaciół. Teraz
wystarczy rzucić hasło, szybki rozdział obowiązków i 24
godziny później luzujemy cumy i stawiamy żagle , by w przeciągu
paru minut zniknąć za cyplem. Na kilka długich jak lata dni.
Kolejna osoba połknie bakcyla. Kolejna wpadnie w to o szyję i
stwierdzi, że jest jej wcale dobrze. Instynkt podpowiada, że coś
musi w tym pływaniu, skoro ludziom po zaledwie jednym rejsie na
widok łódki idącej w mocnym przechyle krew zaczyna szybciej krążyć,
a właściciel krwi naraz pragnie być znów na wodzie i czuć
uderzenia szkwału na twarzy. Instynkt ma rację.
Zakochanie w żeglarstwie bardzo przypomina zakochanie się w kimś.
Na osobie postronnej nie zrobią wrażenia opowieści o zgubionej
kotwicy czy o nabytych od ciągania lin odciskach. Tak jak i nie
przekonają jej zachwyty nad kolorem piegów i krzywymi uszami
wybranki serca. W obu jednak przypadkach ta cała masa równie
nieistotnych, co zachwycających szczegółów stanowi zaledwie
fasadę dla czegoś głębszego. Miedzy wierszami skrywa się
uczucie, jakie wielbiony obiekt w nas rozbudza. W przypadku
bliskiej osoby sprawa jest jasna. A cóż ludzi tak kręci w żeglowaniu?
To katharsis. Zawarty między sportem, a przygodą, między szkołą
przetrwania, a filozofią życia.
To dla niego pływamy i o nim chciałbym nieco napisać.
Z czym to się je? (i dlaczego na surowo? ;)
Wyjdę z założenia, iż większość czytelników zamieszkuje
tereny o niskim współczynniku zajeziorzenia na mieszkańca.
Ergo: o sterowaniu łódką nie wie nic, czy też wie dużo
mniej, niż myśli, że wie. To tak samo, jak każdy z nas sądzi,
że zna się na helikopterach. Znaczy, wie, że latają i ze używają
do tego śmigła... tylko... mmm.. kurcze, jak tu u diabła skręcić
w prawo? Już pewnie rozumiecie...
Ale, wracając do naszych żagli... Żaglówka to nie samochód,
co jeździ po wodzie. Wydaje się to teoretycznie oczywiste, ale
w praktyce wiele problemów sprawia początkującym ta
fundamentalna prawda. No, nie mogą uwierzyć cudaki... A przecież:
tym, co odróżnia jacht od samochodu jest a) brak własnego napędu
i b) wynikająca z powyższego wysoka podatność na warunki zewnętrzne.
Ujmijmy to tak: samochodem, takim dżipem terenowym, wszędzie
dojedziesz, w każdy kąt dotrzesz, parkowanie można powoli i
bez ceregieli doprowadzić do skutku i żadna burza, żadne
gradobicie nie stanie ci na drodze. Jak miło. Na łódce jest
inaczej. Niestety lub stety. Fajnie jest obserwować beginnerów,
jak odruchowo poszukują czegoś w rodzaju wstecznego albo
przynajmniej hamulca. Niechby lepiej poszukali życia na Marsie
- ono przynajmniej jest. Statek, czy motorówka to mogą
jeszcze w razie czego dać całą wstecz i zapanować nad sytuacją.
Na żaglowcu zostaje jeno manewrowanie. I nie ma zmiłuj. Zakres
kierunków możliwych do obrania bywa bardzo, bardzo ograniczony.
Czasem (a w zasadzie to prawie zawsze ;) wiatr sprzyja tylko płynięciu
w kierunku przeciwnym od zaplanowanego. To chyba jakieś
kosmiczne prawo. Natura potrafi być w tej kwestii tak
upierdliwa, że utrzymać kurs znaczy gimnastykować się jak
cyrkowiec. Z początku ludziska strasznie psioczą, by szybko
przywyknąć a nawet zakochać się.
Istnieje też możliwość pływania na silniku, ale ja traktuję
ją jak wypicie paru głębszych dla dobrej zabawy. Faktycznie
szybciej i łatwiej, ale pewniakiem omija cię moc wrażeń dostępnych
tylko bez wspomagaczy. Ech... gdyby ci wszyscy entuzjaści spalin
i hałasu znali to uczucie, gdy przy dochodzeniu do kei trzeba
umiejętnie wytracić prędkość - czytaj: utrafić ze
zrzuceniem żagli precyzyjnie w jedną jedyną sekundę, bo
okazja się nie powtórzy, a minimalna obsuwa gwarantuje wbicie
się z wdziękiem i gracją w kępę trzcin, mułu i wodorostów...
zaraz powyłączaliby te machiny. Tyle adrenaliny im umyka...
Wspomnieć trzeba też o innym niezwykle ważnym aspekcie podatności
na warunki. O sytuacji, gdy warunki stają się wyjątkowo
niesprzyjające. Nie ma mowy o przezwyciężeniu burzy czy
huraganowego wiatru. Kiedy błysk na granatowym tle mówi "Precz!",
sternik nie zgrywa gieroja, a kładzie uszy po sobie i wieje w
krzaczory. Ten, kto ucieszy się na bliższy kontakt z żywiołem,
jest zwykłym idiotą. Łódka przy burzowych podmuchach trzyma
pion równie łatwo, co pasażer hamującego w miejscu metra.
Nasza łajba wywraca i idzie na dno, a załogę czeka kontakt z
innym żywiołem, w którym się tonie lub umiera z wychłodzenia.
Nie streszczam tu filmu grozy, a piszę jak jest naprawdę - co
roku są ofiary.
Cofka w czasie.
Powyższym akapitem nie chcę nikogo od żeglowania odstraszyć,
a jedynie przestrzec. Chcę też unaocznić pewną istotną różnicę
między bujaniem na falach, a staniem mocno na ziemi. Otóż...
jest dokładnie na odwrót: To szczurek lądowy buja gdzieś w obłokach.
Cywilizacja go wychowuje. Cywilizacja go psuje. Cywilizacja go ogłupia.
Utrzymuje w nim złudne poczucie bezpieczeństwa i leniwego
komfortu. Spełnia jego zwyrodniałe zachcianki, wmawiając mu
przy tym, że jest panem świata, świata który obraca się wokół
niego. I generalnie celuje w tym, by człowiek przestał sam myśleć.
Na wodzie jest inaczej.
Tu wystarczy wiaterek w kierunku ciut innym niż zachciance się
zachciało, by zrozpaczone dziecko cywilizacji odkryło, że nic
z tego, nic od razu - trzeba się wysilić. Zupełnie
niewiadomo skąd człowieczkowi przychodziło głowy, że nie,
wcale nie jest panem tego świata. Jest tylko pyłem, małym
nieistotnym trybikiem w machinie kosmosu, łupinką w morzu
rzeczywistości. A dla rzeczywistości to, czy tenże człowieczek
płynie na fali czy fala go zakrywa, to wsio ryba, jeden grzyb,
żadne wielkie halo. I wreszcie nasz przygodny żeglarz zauważa,
że przeciwko kłębiącym się wokół siłom, których nie
rozumie, dysponuje tak zaawansowanym orężem jak ster, dwie
sztuki białego płótna, parę przetartych lin, pagaje, tudzież
załoga gotowa na (prawie) wszystko. No i własne skromne umiejętności.
Nabiera wtedy pokory. Ale nabiera też i odwagi.
A czasem nawet zaczyna samodzielnie myśleć.
A myśleć jest o czym. Oto bowiem odebrano nam taki wytwór
cywilizacyjny jak twardy i ciepły dach nad głową. Rejs polega
wszak na przemieszczaniu się, a wiąże się to nierozerwalnie z
szukaniem miejsca na nocleg. Kto myśli, że to bułka z masłem
niech pomyśli dwa razy. Bo i nie każdy wie, że wiatr na
Mazurach ma dziwną właściwość - kończy się o siódmej
wieczorem. Potem cisza. Jeśli nie wymyśliłeś jeszcze, gdzie
dziś śpisz, masz pecha. A jeśli ekipa jest tak liczna, jak u
mnie i spanie wymaga rozbicia namiotu, najlepiej zacznij rozglądać
za ładną równą polanką już od śniadania.
A jeszcze lepiej, jak weźmiesz mapę i zaplanujesz trasę na
najbliższe parę dni drogi.
I tak schyleni nad mapą płynnie zmierzamy ku spostrzeżeniu, że
to przed nastaniem zepsutej cywilizacji czasoprzestrzeń mierzyło
się dniami drogi. Cofnęliśmy się niejako w czasie do epoki,
gdy na wyciągnięcie ręki nie było setek błyskawicznych połączeń
z każdym miejscem globu, ale i człowiek nie był od nich uzależniony.
Jesteśmy samowystarczalni. Nie rządzi nami żaden System i jest
nam nienajgorzej, a nawet komfortowo.
Jescze trochę cofki...
Radzenie sobie bez supermarketu przy osiedlu również sprzyja
tego typu wnioskom. Bo gdy dzielni żeglarze zgłodnieją, raczej
nikt na wodzie nie dostarczy im pizzy pepperoni w 20min. Życie
jest brutalne - na urwistym brzegu w sercu Puszczy Piskiej nie
ma nic na wyciągnięcie ręki. Może prócz poziomek. Smacznego
życzę ;) Z doświadczenia wiem, że nawyk myślenia o stanie
zapasów na widok mijanej miejscowości wyrabia się dopiero po
rejsie, na którym tego, jakże rozsądnego odruchu dotkliwie
zabrakło. A jest tylko jedna rzecz, której brak na rejsie
doskwiera bardziej od braku jedzenia. Picie :) . Odwodniony organizm
to w warunkach lipcowych na bank organizm z udarem słonecznym...
Trzeba myśleć o wszystkim. Z czasem okazuje się to myślenie
całkiem przyjemne.
Prawie jak wolność, czy co...
Heh, rozbawiła mnie raz para, przedstawiciele tak zwanej
warszawki między którymi w trakcie oglądania żaglówki wywiązał
się taki dialog:
- Ty, Hela! Tu nie ma prysznica!
- Prysznica?! Tutaj nie ma nawet telewizji!!!
Rzeczywiście, obecności sprzętu RTV na swej łajbie nie
stwierdziłem. Co najwyżej śladowe ilości AGD. Pająki mają w
czym mieszkać ;)
Zostawić na brzegu cywilizację, oznacza zostawić 88 edycję
Big Brothera, doniesienia o decyzjach podjętych na zjeździe międzynarodowych
polityków i reklamy nowej Dosi Kolor, zostawić swoją kolekcję
płyt, Gadu-Gadu, DivXa, zdalnie sterowane samochody i
bezprzewodowe czajniki... Nawet komórki tracą zasięg w
bardziej odludnych stronach. Nie wychwytują już sygnałów z
Zewnątrz. Ludzie też nie.
I wśród kołysania fal przychodzi taki moment, a przychodzi
bardzo szybko, gdy zaczynasz się zastanawiać, co porabiali
ludzie, gdy nie było ani Big Brothera, ni Gadu-Gadu, ni DivXa,
ani nawet zdalnego końca świata.
Spieszę z odpowiedzią...
Zajmowali się oni Rozmową. To taki standard komunikacji szeroko
rozpowszechniony zanim pojawiły się esemesy. Każdy z nas
zachował wbudowany w konstrukcję szczątkowy interfejs służący
tym celom. A należy tu wszystkich otwarcie ostrzec, że lwią część
rejsu stanowi stłoczenie paru osób na niehumanitarnie ciasnym
kawałku w kształcie łezki. Grozi ono licznym kontaktom bezpośrednim,
podczas których niechybnie może dojść do użycia owego
przestarzałego standardu komunikacji...
Rozmawia się godzinami. O rzeczach tak błahych, jak sens życia
i tak istotnych, jak "co dziś na kolację?". Również przy
ognisku z dobrym piwem w garści. Po przeleceniu się po
codziennych i aktualnych tematach zaczyna się właściwe
poznawanie drugiej osoby, co skończyć się może jeden Bóg wie
czym. Zwykle przyjaźnią.
Dobry kontakt między członkami załogi to podstawa udanego
rejsu. A rozmowa stanowi wszak katharsis sam w sobie.
Miejsce dla każdego (i każdy na swoim miejscu :)
Dotknęliśmy przed momentem sprawy załogi i przychodzi chwila,
gdy rozczaruję co niektórych. Czyli te osoby, którym żeglowanie
kojarzy się z wylegiwaniem na dziobie, niczym DiCabrio uczepiony
kadłuba Titanica, tyle że w stroju pozwalającym na publiczne
prezentowanie gładkiej i opalonej na mahoń skóry... Z żeglarstwem
ma to niewiele wspólnego. Katharsisu tak nie osiągniemy.
Żaglówka to nie perpetum mobile. Nie przemieszcza się sama,
lecz zawdzięcza to współdziałaniu całej załogi. Stwarza to
tak rzadko już wśród ludzkości spotykane poczucie, że "jedziemy
na tym samym wózku". Aby tego poczucia zaznać, nie należy na
dźwięk słowa "pomoc", udawać atak epilepsji, a raczej spróbować
przydać się na coś na którymś z dostępnych stanowisk.
Jasne, że drobna kruszyna nie sprawdzi się we wiosłowaniu, a
koleś o paluchach jak serdelki nie zaszyje nimi dziurawego żagla.
Jednak do spraw takich jak przyrządzanie posiłku, przetarcie
pokładu, wypatrywanie wystających z wody kamulców czy zaciśnięcie
łap na linie i trzymanie jej "aż powiem" to naprawdę nie
jest wielka filozofia.
A w zamian za odrobinkę wysiłku otrzymujemy bardzo budujące
uczucie bycia komuś potrzebnym. Plus skłonność do stwierdzeń
w stylu "robiąc coś dla innych, robisz coś dla siebie" czy
(raz jeszcze) "jedziemy wszyscy na tym samym wózku".
Czasem myślę, że naszym politykom dobrze zrobiłoby kilka
takich rejsów...
Za sterami życia swego
Sterowanie to też nie jest wielka filozofia. Praktycznie zawiera
się w krótkim stwierdzeniu Latającego Holendra"
"Świat choć niewątpliwie dość złożony opiera się na
prostym szkielecie. Wszystko to rzeczy które można zmienić i
to, co pozostaje na zawsze niezmienne.
Dlatego do życia potrzeba ci:
- pogody ducha - aby godzić się z tym czego nie możesz
zmienić
- odwagi - byś zmieniał to, co zmienić potrafisz
- i szczęścia - co by ci się jedno z drugim nie pochrzaniło
:)
Postaraj się zmienić jak najwięcej. Ho ho ho i butelka rumu!."
Latający Holender
Tak to wygląda na wodzie: Masz cel do którego zmierzasz, sporo
dobrej chęci oraz całą masę dzikich wiatrów, co wieją
zgodnie z twą chęcią, bądź jej na przekór. Zwykle są
bardzo zmienne. A kierunek wiatru to nie jest coś, co możesz
zmienić. Gdy na miejscu lekko popychającej cię bryzy pojawią
się złośliwie odrzucające w innym kierunku szkwały, miast złorzeczyć
w rozpaczy, mówisz sobie "bywa i tak" ...
I nie dajesz za wygraną.
Bo są jeszcze rzeczy na które masz w wpływ, a one z kolei mają
wpływ na ruch łódki. Załoga zaciska zęby i zaciska też
palce na sznurach wybierając żagle do granic możliwości. Kurs
ustawisz ostro pod napierający wiatr, grzejąc w nieustannym
przechyle by przy wlewających się na pokład falach wyrywać żywiołowi
minuta za minutą, hals za halsem, zwrot za zwrotem, coraz to więcej
przestrzeni odgradzającej nas od celu. Czujnie wypatrujesz
niezależnych podmuchów by choć na chwilę złapać je w żagle
i przybliżyć się jeszcze trochę...
Generalnie uczysz się, by liczyć na najlepsze, a spodziewać się
najgorszego. A ze swojej strony być w porządku w obu
sytuacjach, za każdym razem robiąc wszystko, co tylko było do
zrobienia. Po X dniach pływania nie masz już tego w głowie.
Masz to we krwi. Schodzisz na ląd i czujesz jak gdzieś w żyłach
ci to krąży. Stykasz się na powrót z codziennymi problemami i
widzisz je z perspektywy Latającego Holendra. Rzeczy zmienialne
i niezmienne. A pośród nich ty z gotową strategią rozróżniania
i reagowania. Wszystko stało się przejrzyste i klarowne. Bo tam
na wodzie prócz ucieczki od cywilizacji i ponownego odkrycia
rozmowy znalazłeś tez katharsis.
Zawsze po rejsie prócz zmęczenia towarzyszy mi poczucie takiej
błogości. Ulgi, bo to co przedtem stanowiło problem, w nowym świetle
katharsiu nie jest już tak strasznie zawikłane.
Takiej ulgi potrzeba każdemu z was. Stąd ... każdego z was
niniejszym zapraszam na Mazury. Katharsis już na was czeka :)
Rainman
marzec 2oo4
raindrop@pf.pl
[gościnnie:
Latający Holender - kapitan popularnego statku widmo ;) ]
|