Zabiłam mi żółwia

Laura - moja dziewczyna, współlokatorka i główny karmiciel - to istota o poczciwej naturze i przyjemnej aparycji. W jej rodzinie od zawsze panowało słuszne przekonanie, że Laura ma twarz plastyczną i jasną; charakter zaś raptowny - ale i dobrotliwy. To wszystko, mówiło się, sprawia, że uśmiecha się ona całą sobą, całą sobą jest też radosna i ciepła. Ten ekstrawertyzm, ta jawność w uczuciach powoduje zaś, że odkąd świat światem do Laury garną się istoty żywe: od dzieci i mężczyzn zaczynając, na zwierzętach zaś kończąc. I choć mężczyznom - w tym mnie - było z tym zawsze przyjemnie, to zwierzęta spotykał los odmienny. Te były przez Laurę karmione i hołubione, dopieszczane i myte; żyły sobie czas jakiś czyste, schludne, w poczuciu sytości i kochania. A potem, dziwnym trafem, umierały.

Zaczęło się jak u Hitchcocka: trzęsieniem ziemi. Gdy Laurka była jeszcze bardzo mała (czyli w podstawówce), dostała od siostry żółwia. Żółw chował się dobrze, pił wodę, jadł co tam żółwie jedzą, słowem: doświadczał high-life'u. Kłopot w tym, że na sposób właściwy wszystkim żółwiom zasypiał twardo i na dni kilka; to, co naukowcy nazywają "sztuczną śmiercią", wydało się Laurce śmiercią stałą i nieodwracalną. Stwierdziła więc smutno: "Zabiłam mi żółwia!" i przystąpiła do obrządków żałobnych. Opłakała zmarłego, a później, chcąc godnie pożegnać przyjaciela, włożyła go do pudełka, zakleiła szczelnie taśmą i położyła - tymczasowo - na ciepłym piecu.  Możemy  sobie  wyobrazić jak obudzony ciepłem żółwik drapie w wieczko i czeka aż go wypuszczą; możemy, ale lepiej sobie nie wyobrażać. Kiedy po dwóch dniach wreszcie go pochowano, nie był już żółwiem pierwszej świeżości; zwyczaje gadów przerabia się w szkołach o klasę za późno.

Maurycy, chomik, trafił do Laury jakiś czas potem. Laurka dostała go od jednego ze swoich kolegów, tym chętniej więc dbała o gryzonia i umilała mu żywot. Maurycy chyba jednak przeczuwał swój los, bo pewnej nocy uciekł z klatki i schronił się za szafą. Dobra Laurka zaakceptowała jego nowe mieszkanie: zamiast wymieść go miotłą zza mebla, podsuwała mu pod szafę miseczkę z pokarmem. Chomik, głupie zwierzę, nie sygnalizował, by czegoś mu brakowało; po pewnym czasie jednak jedzenia przestało ubywać. Laurka ruszyła na ratunek, było jednak za późno: Maurycy odnalazł się za szafą, żywy lecz umierający. I choć zmarł w poczuciu bliskości i opieki, to niedrożność jelit wywołana totalnym odwodnieniem nie była najlepszą ze śmierci. Zmarł głupio: z braku wody, o trzy metry od łazienki.

Potem był kot, Sally, przepiękny i mądry półpers. Kot przeżył u boku Laury długie lata, zanim (jak to kot) wyszedł i nie wrócił. Czy jako jedyny uciekł od fatum, czy też kolejno wykorzystywał każde z dziewięciu żyć - nie wiadomo; pewnym jest jednak, że i on nie zdołał na trwałe zdjąć klątwy - co najwyżej chwilowo ją uśpił. Kiedy bowiem - jakiś czas później, gdy już byłem z Laurą - w pokoju mojej dziewczyny pojawiła się mysz, mysz chrobocząca, szeleszcząca i denerwująca, to wraz z gryzoniem powróciły też stare porządki. Laura nie miała rzecz jasna morderczych intencji: chciała myszkę przestraszyć, odgonić, słowem: przesiedlić. Ale bucik, rzucony na oślep i w ciemność, trafił mysz prosto w czaszkę; zmarła jak stała, w połowie chrupnięcia. Śmierć gryzonia była szybka i mało bolesna; chciałoby się rzec "humanitarna". Jesteśmy z Laurą pewni, że w mysim niebie siedzi sobie teraz na cheddarze i wachluje się goudą.

Gorsza śmierć - śmierć zabójcza i na zimno planowana - spotkała mrówki. Mrówki wprowadziły się tego lata do ganku Laury i nie można powiedzieć, by trafiły pod dobry adres. W tej hekatombie, w tym mrówkobójstwie, w tym okropnym endlösung uczestniczyłem i ja - i na mnie spoczywa więc brzemię odpowiedzialności. Z początku stosowaliśmy akcje ostrzegawcze przy użyciu klapek, lecz niestety, konieczne okazało się rozwiązanie kompleksowe. Jako nieludzkie odrzuciliśmy polewanie mrówek wrzątkiem - wierzyliśmy, że proszek na owady zapewni im śmierć szybką i bezbolesną, że zasną spokojnie w sen wieczny i mrówczy. Ale stało się inaczej: posypane, owady zaczęły wić się i skręcać, my zaś patrzyliśmy na nie wzrokiem bezbronnym i przestraszonym. I właśnie wtedy, kiedy nie wiadomo było co powiedzieć, kiedy ciała mrówek kurczyły się w oczach, kiedy patrzyliśmy po sobie niepewni (część z nich jeszcze drga, ale to już koniec), kiedy szukaliśmy rozwiązań (dobijmy, niech nie cierpią!), wtedy to właśnie z ust Laury padło najlepsze podsumowanie tej i wszystkich innych takich sytuacji: kochane, ciepłe i dobre "Ojej!". 

Są pewnie tacy, którzy gotowi byliby widzieć w tym wszystkim winę Laury; ci jednak są głupi i się nimi nie będziemy zajmować. Ja lubię widzieć Laurę jako część większego zjawiska: nożyczki Parek, ostrze losu, świadome i światłe narzędzie ewolucji. Mądrze jest ją postrzegać w kategorii doboru naturalnego: jest to jednak dobór delikatny i troskliwy. Szczerze wierzę, że taka śmierć jest śmiercią najlepszą z możliwych; chciałoby się powiedzieć: jest warta życia. "Jeśli zginąć mam, to na jej krzyżu." - krzyż to bowiem miękki, łagodny i czuły.

Michał "UnionJack" Krotoszyński