Bulwar zniszczonych marzeń
Dla cichutkiej K.
Za to jak pięknie, acz rzadko patrzyła w moją stronę.
Zacząłem ostrożnie podnosić głowę obawiając się o ból karku. Neurony dały znać o sobie, kiedy po paru sukcesywnych ruchach spojrzałem na barmana. Poczułem jak każdy z ponad czterdziestu kręgów poruszył się w inną stronę Na mojej twarzy pojawił się sławetny grymas źle przespanej nocy. W ręku nadal trzymałem pusty kufel. Piana, która powinna ściekać po bokach naczynia, dawno leżała na dnie. Puszczając ucho rozprostowałem palce. Przecierając oczy obserwowałem, jak otoczenie nabiera kolorów. Wszystko stawało się klarowniejsze. Koleś zza baru sięgnął po szkło, a na jego miejscu postawił ciemnoniebieski kubek.
- Na koszt firmy. Wypij szybko, zaraz zamykamy.
- Dzięki – Mruknąłem później.
Nie zareagował. Zajęty był ustawianiem szklanek na kontuarze. Spróbowałem, była to zimna, płynna czekolada, o lekko ostrym smaku. Działała kojąco na swędzące po wypalonych papierosach, kubki smakowe języka. Pijąc zaczynałem powoli dochodzić do siebie. Przeczesałem ręką włosy, poprawiłem kołnierz koszuli i usadowiłem się wygodnie na wysokim krześle. Lokal musiał dawno opustoszeć, z kolumn pod sufitem wydobywała się melancholijna swingowa melodia. Na dobicie myśli – skonstatowałem. Puste sofy ponuro stały wokół szklanych ław. A na nich z kolei, następne szklanki i kufle. Dalej błyszczały świeżo wytarte blaty stołów. Brud na podłogowych panelach wyglądał na stary relikt przeszłości. Pierwsze promienie jesiennego słońca zaczęły pojawiać się pomiędzy zasłoniętymi okiennicami, by już po chwili odbić się od wypolerowanej, stylowej boazerii. Oparcia krzeseł odpoczywały po całonocnej pracy. Przede mną wisiały krystalicznie czyste lampki, niestety bez wina. I jedna, pełna, śmierdząca popielniczka stojąca nieopodal na barze. Przystawiłem ją do siebie.
Sięgnąłem do kieszeni. Otworzyłem paczkę Lucky Srike’ów, wyjąłem jednego i zapaliłem. Powoli zaciągałem się myśląc o dniu wczorajszym. Rozkoszowałem się smakiem zaliczonej gleby. Można powiedzieć, że odfajkowałem następny moralny wpierdol na liście. Szkoda, że nie znałem ilości pozycji. W każdym razie nie była ostatnia. Kochałem te momenty i ich sakramencką samotność. Wieczorem pełno ludzi. Wszystkie krzesła zajęte. Teraz większość pleców leży obok innych, w wielkich łóżkach. Ja siedzę sam. Melodia się zmieniła. Sterany wokalista rozpoczął poranne Wielkie Dzieło.
„Świat się wokół nas wciąż mniejszy staje(…)
Człowiek też maleje szybko razem z nim.
Przerażony swą niewielką skalą.
Coraz bardziej samotnieje w tłumie tym.
Stąd ucieczki nieprzytomne pustą drogą.
Jakby gdzieś, coś za zakrętem było tam…
I te wiersze, napisane dla nikogo…
I te płótna, pełne nostalgicznych plam…”
I tak właśnie skończyła się przygoda. Ta łza, co powinna zostać urojona zaperliła się w oku, ale nie spadła. Jeszcze nie czas. Skrzypce powoli dodawały otuchy. Żar w kominku dogasał. Wielu mówiło, że walczę na darmo. Nie można dojść do doskonałości. A te samoloty? Nie pamiętają, jedynie latają. Co za zakrętem? Dojdę i się nie odwrócę.
Kończąc kubek, lekko uderzyłem denkiem w blat i wstałem.
- Jak moje konto w tym lokalu? – Spytałem sarkastycznie.
- Za ostatnie piwo sześć złotych…
Otworzyłem portfel, jedna setka i dwadzieścia. Bolesław Chrobry powędrował na blat obok kubka.
- Na razie…
- Ee, reszta!
- Dolicz kakao.
- Chyba czekoladę?
- Jasne.
Wyszedłem na zewnątrz, poprawiłem następny kołnierz, zapiąłem płaszcz. W uszach miałem skrzypce. Obok przejeżdżały samochody. Wszechogarniająca szarość i samouwielbienie. Przepiękny egocentryzm, który pcha świat do przodu. Altruizm niszczący wszystko. Łza spadła, wszyscy o mnie zapomnieli. Koniec historii.
Ruszyłem bulwarem zniszczonych marzeń. Wstawał nowy dzień.
Długo…
Grudzień 2005 – Grudzień 2006.
Marek Światłoń