Leo Beenhakker a sprawa polska
koniecznie o polskim boisku, niekoniecznie futbolowym


      Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie lektura (bardzo ciekawa swoją drogą - 130 stron wziąłem niczym dobrą wódkę - na raz) mini-książki z serii Newsweeka Pod Lupą, którą to pod choinkę podrzucił mi dobry kumpel. Tytuł owego bookletu brzmi "Leo Zawodowiec: Jak Beenhakker odmienił Polaków". Kim jest ów Holender, którego nazwiska pisowni długo nie mogłem zapamiętać - mam nadzieję nie trzeba nikomu mówić, a rozpisywać się na temat pracy jakiej wykonał ani wspominać konkretne mecze z eliminacji do Euro 2008 nie ma sensu, bo to chyba każdy może zrobić sam dla siebie, a nawet jeżeli nie - już dawno zrobił to za niego Jacek "Szczęka" Gmoch z kumplami. Ten tekst nie będzie o sporcie, będzie o tym, dlaczego "mission impossible" vel "cudów rodem z Irlandii" może dokonywać 65-letni Holender, a nie chmara młodych, średnich, starych lub martwych Polaków - i nie tylko o trenerach piłkarskich tu mowa.

Zgrupowanie kadry we Wronkach. Leo obudził się bardzo wcześnie. Za godzinę, dwie zaczną żjeżdżać pierwsi zawodnicy. Na boisku zamiast trawy śnieg. (...) Beenhakker nie ma czasu czekać aż śnieg stopnieje. Telefon do dyrektora Zakładu Karnego we Wronkach. Po południu przysyłają piętnastu osadzonych. Wytatuowani, z bliznami na nadgarstkach chwytają za łopaty i zaczynają odśnieżać. Przed zmrokiem przychodzi ich opiekun. - Zabieram chłopaków, bo za chwilę będzie ciemno. - onajmia. - A wtedy, panowie, nie wiadomo co im strzeli do głowy. Leo nic nie mówi. Nie ma czasu na gadanie. Bierze łopatę. Pomagają mu współpracownicy ze sztabu reprezentacji. (...) Następnego dnia do menedżera kadry Jana de Zeeuwa dzwoni prezes PZPN Michał Listkiewicz. - Jan, no co ty, jak mogłeś pozwolić, żeby ktoś taki jak Beenhakker sam machał łopatą? - E... wszystko w porządku Michał, wszystko w porządku, nic się nie stało, Leo już taki jest - odpowiada de Zeeuw.

      Przytoczony fragment tekstu nie udowadnia, że człowiek o którym mowa to wielki trener, że wywodzi się z holenderskiej, słynnej na cały świat szkoły, nie udowadnia nawet, że bohater ma charyzmę czy zdrowe poglądy na życie. Udowadnia tyle, że widząc problem, nie mówi o nim, nie narzeka, nie czeka na pomoc nie wiadomo skąd, jego celem jest problem zlikwidować - bez względu na wyboje na drodze - bo ma cel. Czy jest to cel wynikający z jego pasji, motywacji pięniężnej czy zachcianki żony - cel jest postawiony, misję trzeba wykonać. Jestem trenerem, a moim celem jest doprowadzenie drużyny do Euro 2008 - odśnieżanie boiska po zmroku nie należy do moich obowiązków, ale należy do moich prywatnych zadan, które sam sobie narzuciłem. Wątpię, żeby to własnie potencjalna niechęć do machania łopatą pogrążyła Wójcika, Engela, Bonka, Janasa (to że mieli oni sporo innych grzeszków autorzy mini-książki punktują w niej niejednokrotnie) - ale jest to w przenośni esencja problemów Panów, Wójtów i Plebanów naszego kraju.

      Dlaczego ideały IV RP okazały się złudne (proszę, nie odpowiadajmy na to pytanie "bo były idiotyczne" - to za proste) a, pomimo ogólnej poprawy nastrojów (konkrety to temat na osobny tekst) cud gospodarczy (o to, żebyśmy wiedzieli że pochodzi on z Irlandii już zadbano) i nie tylko gospodarczy jak na razie przybliża się ślamazarnie... i zapewne nigdy nie nadejdzie? Bo przeciętny Polak po ustawieniu się w życiu (a do tego dąży jak każda inna narodowość - żeby nie przesadzić) w taki czy inny sposób, zaczyna potem patrzeć już tylko na cyferki na koncie i liczby na tym drugim, nieoficjalnym. Próby wykazania się z dobrej strony służą chyba po to, by dziennikarze mogli napisać kilka pozytywnych słów, a kolega z partii miał szanse na reelekcję. Chęci bycia reformatorem, innowatorem grzęzną i upadają już w zarodku. Jeżeli nie upadną wtedy, to upadną przy kalkulacji zysków względem koniecznego wysiłku. Szkoda, że po słowie "zyski" w domyśle trzeba dopisać "własne". Jeżeli nie upadną nawet wtedy, to upadną kiedy zrobi rozeznanie w terenie, możliwościach, ludziach. Jeżeli nadal będą przejawiać oznaki życia, to utną je koledzy (którym nie można odmówić, bo ma u nich dług wdzięczności - lub planuje mieć) albo Wyzsi w Hierarchii Panowie. Wniosek: one muszą upaść.

      Powiecie... dobrze, a wezmy takiego Beenhakkera, jego potoki słów o tym co leży w polskim systemie szkolenia piłkarzy, o tym co trzeba zmienić. Ewentualnie możemy wziąć kogoś ze świata polityki, u kogo takie chęci się pojawią - wezmiemy, i co z tego? Oni też wzięli, lub chcieli wziąć, albo apelowali, żeby wziąć się - do roboty. Tak jak multum dziennikarzy, publicystow, intelektualistów - w sprawie futbolu, w sprawie całej polityki, w sprawie infrastruktury. PO jeszcze będąc w opozycji huczało o zmianie systemu ordynacji wyborczej (po krótce zaznaczmy, że zmiana byłaby bardzo pozytywna - dla społeczenstwa, ale nie dla partii i polityków), teraz kwestia totalnie ucichła. Pomysły, apele, myśli - stwierdzono. I co z tego? Nic, wszystko pada na ostatnim szczeblu. Najważniejszy okazuje się własny interes - kumoterstwo, amatorszczyzna, kasa, kasa, kasa. Jeżeli ktoś grzmi, że coś jest zle, że potrzeba zmian - sypie się na niego gromy (jak czasem na Beenhakkera), albo się go ucisza, albo sam się wycisza, bo na wiatraki nie warto krzyczeć.

      Inną sprawą jest jeszcze to, że często cała działalność ogranicza się do tego grzmienia. Można zrozumieć, że normalni ludzie nie mają ciągot do tego żeby naprawdę wziąć sprawy we własne ręce, protestować, naciskać na polityków - bo już dawno utracili wiarę w to, że oni mogą mieć jakiś wpływ na tych, których żywią (i to wielką kupą kasy) by ci realnie reprezentowali ich interesy. Ale żeby nie było widać żadnego znaczącego ruchu wśród wszystkich tych, którzy zawsze mądrzy są w gazetach albo przed kamerą? Może oni też już stracili wiarę. Co mogłoby w ogóle przywrócić to, co w demokracji najważniejsze - realny wpływ ludzi na rządzących? Bo demokracja nie ma polegać na tym, że co 4 lata grupa ludzi skacze sobie do gardeł, a wygrywa ten, który omami największą część cyrkowej widowni. Demokracja, oprócz wartościami takimi jak równość, tolerancja służy temu, żeby każdy mógł wybrać reprezentanta swoich interesów w rządzie, a wybrawszy go powinien mieć możliwość pilnowania, czy na pewno wywiązuje się on ze swojego obowiązku - tego mechanizmu nie ma w ogóle. I mamy diabelskie koło, politycy za cel biorą sobie pieniądze i własne interesy, wyborcy coraz bardziej się od nich odwracają. Potrzebne byłyby radykalne zmiany - a na to większość ludzi w naszym kraju po prostu nie ma odwagi. Mówić o tym co jest złe, dlaczego - zawsze, w koncu Polacy narzekać bardzo lubią i nawet im to wychodzi. Tylko że narzekając, trzeba od razu myśleć w jaki sposób można rzeczywistość zmieniać - i mieć jaja, by się za to zabrać.

     Co winne? Mentalność. Polska mentalność. 45 lat PRL-u, w którym system to była grupa ludzi, pracująca na swój własny interes, trzymająca władzę i kasę, a który to system nauczył przeciętnych ludzi, że wszystko trzeba robić "na boku", że sąsiad po cukier przychodzi bo jest sukinsynem i na nas doniesie. 45 lat trwania w takim myśleniu, nowa generacja ludzi dorastająca w tym układzie - a przeciwko staje ledwo 18 lat wolności, ale też trwania układów, chorej infrastruktury, nepotyzmu, bo od tego ludzie nie odwyknęli przez taki krótki okres czasu. I oni już nie odwykną. Polacy często sprawiają wrażenie, jakby nie byli we własnym kraju, jakby to nie oni go stanowili - na tle tego można powiedzieć, że to usprawiedliwione. Powiecie - powrót lewicy do władzy to był jeden epizod, teraz większość rządzących to tuzy Solidarności - pewnie, tylko że nawet ktoś dla tego ruchu zasłużony nie jest wolny od tych 45 lat. 45 lat trwania w tym systemie, który ludziom gnie karki. Nawet symbol Solidarności - Lech Wałęsa ponoć ma na swoim koncie przejęcie jakichś gruntów przez lewe działanie przy transformacji kraju. Generalnie - nic dziwnego, że Polską wciąż rządzą układy, interesy, grupy, a demokracja to w pewnym sensie złudzenie - bo społeczenstwo jest antyobywatelskie. Władza się kompromituje, ludzie w nią nie wierzą. Odszedł Kaczor, przyszedł Donald - trochę poprawy, trochę nadziei, ale na koncu wszystko zostanie takie jak było - bo tym, którzy mogą, nie zalezy na tym by to zmienić.

     Powracając na chwilę z powrotem do futbolu - PZPN. Przez wielu uważany za siedzibę zła wszelkiego, korupcyjna machina której nie da się rozmontować bez radykalizmu - jak na ironię, UEFA zabrania ingerencji sił politycznych do związków piłkarskich. Inna ironia jest taka, że pan Lipiec który wypowiedział wojnę układowi w PZPN, sam okazał się członkiem jakiegoś układu i odziany w biały (kolor niewinności - trzeba dbać o PR) podkoszulek i gacie wszedł w bardzo ścisły układ swoich nadgarstków z kajdankami. Listkiewicz władający związkiem od (chyba) 7 lat był sędzią, ale o korupcji wśród sędziów nie wiedział. Wójcik kiedy prowadził kadrę, piłkarzy motywował krzycząc, przeklinając, mówiąc o forsie, którą musimy - kurwa - podjąć, bo leży na ziemi. Ale dośc o tym. Chciałem, żeby ten tekst miał wydzwięk choć odrobinę abstrakcyjny.

      Pewnie i tak wszystko sprowadza się do pieniędzy. Ale żeby polski złoty był tak atrakcyjny, żeby budować takie struktury i krzewić taką mentalność? W noworocznym Newsweeku w wywiadzie wypowiadał się Ryszard Legutko (zgadnijcie, czemu tak sformułowałem zdanie:p) - następca Romana G. w rządzie PiSu, jeżeli ktoś nie pamięta. Pomimo iż gościa nie kocham, to powiedział coś, co chodzi mi głowie od dawna. Rockefeller wybudował uniwersytet w Chicago pod koniec XIX wieku, bo jego celem było wybudowanie znakomitego uniwersytetu. Niechże Kulczyk czy Krauze wybudują uniwersytet, a nie fabrykę pieniędzy, niech powiedzą: ja chcę przejść do historii jako ten, który wybudował, a moje imię będzie na wieki wieków chwalone. Ale nie chcą. Ktoś, kto się w Polsce dorobił grubej forsy, najczęściej nie wie (chyba że wie, ale w takim wypadku to już jest konkretnym sukinsynem) że swoją potęgę finansową zbudował kosztem zwykłych obywateli (bo najczęściej tak właśnie jest). Nawet jeśli na większość zapracował sam swoim ciężkim wysiłkiem, to i tak ktoś zapewnił mu wykształcenie, możliwości. Czy to nie zobowiązuje? Wszędzie zobowiązuje. Tylko nie u nas w kraju. Ale może to dlatego, że po prostu nasi możni mają usprawiedliwiony wstręt do lewicy. Bo niektórzy "po prostu tacy są", inni już niestety nie.

      I to właściwie byłoby na tyle. Mam nadzieję, że nie ująłem miejscami sprawy zbyt ostro - zresztą, co ja się przejmuję. Na górze nikt się nie przejmuje, i mają się lepiej ode mnie. Ale na razie, jeszcze kiedyś im pokażę - razem z Tobą, razem z tymi, którzy za trochę lat lat mogą decydowac o kształcie naszego kraju. Pytanie, czy do tego czasu nie uznamy, że dla własnego zdrowia, rodziny, godnego życia nie warto jednak olać tego kraju. Ale z tego, co piszę jednoznacznie wynika - że nie powinniśmy. Jak na razie to nasi politycy wytrwale dbają o to, żebyśmy stali się hipokrytami. A działacze futbolowi o to, żeby Klose, Podolski, Trochowski czy Szetela śpiewali inne hymny narodowe. Trzeba przyznać, że Polak potrafi.

Opinie, komentarze, wyzwiska, propozycje matrymonialne, propozycje stanowisk w zarządach sportowych - śmiało, chętnie poczytam - ghost68(at)o2.pl.

Kultywując archaiczny zwyczaj... słuchałem Jagga Jazzist ("I have a ghost, now what?") i She Wants Revenge. Trzy dni temu był Sylwester (pralki podłączonej razem z biurkiem do samochodu kumpeli nie zapomnę) - wszystkiego dobrego, bracia i siostry.

Cytaty ze wspomnianej na początku książki. Książkę polecam wszystkim tym, którzy łapali się za głowę, kiedy Smolarek strzelał bramki Belgom w listopadzie. O wielkich ludziach warto czytać nie mniej niż o podłych.

PS. Dobrze, że chociaż ojciec Tadeusz Rydzyk postanowił zainwestować w szkołę wyższą :)


© ghost
last.fm/user/ghost_7