Efekt motyla
|
Jak każdy względnie uczciwy człowiek gotowy jestem przyznać, że większość naprawdę ważnych rzeczy zdarzyła mi się w życiu przypadkiem. To ponoć cecha wszystkich udanych rewolucji: nie są planowane, po prostu ziarno trafia na podatny grunt. Myślę, że kilka lat temu, w okolicach roku 2001, byłem podatny jak nigdy: leżąc w kąpieli czekałem, aż jakiś sufler mi powie "Eureka". Takim suflerem był Adam (Phnom Penh), który w pierwszym mailu, jaki otrzymałem od AM napisał, że tekst jest "dość fajny" i że "pisz dalej". Napisał zresztą dużo więcej i dużo krytyczniej; ale tak po prawdziwie, to tylko na powyższe zwróciłem uwagę. Początek był niepozorny: ot, płyta w napędzie i przycisk "Rozpakuj". To jednak, powiadam, typowe dla wszystkich początków i dlatego właśnie tylko najmądrzejsi są w stanie poznać rzeczy istotne i trwałe. Ja taki mądry nie byłem: trzeba było roku lub dwóch bym naprawdę zrozumiał, że Action Mag to nie jest jakiś epizod czy kontynuacja. To nie odskocznia ani przerywnik: tu naprawdę coś się zaczęło. |
|
Na starcie wyglądało to trochę jak program SETI: niby coś się nadawało, niby coś się odbierało, ale ciężko było uwierzyć, że ktoś jest po drugiej stronie. To była rzeczywistość binarna, w której nie do końca chyba umiałem widzieć ludzi. Dopiero zloty pokazały mi osoby z krwi i kości, ludzi, którym nie tylko chce się pisać - ale i robić rzeczy młodzieńcze. Mimo spotkań, wciąż jednak była to tylko jedna z szufladek, "życie dwa", które nie mieszało się z codziennością. Życia te miały się jednak w przyszłości wymieszać niechybnie; dziś lubię sobie wyobrażać jak łączą się ich splątki. Wreszcie (i to był moment przełomowy) Grzesiek zszedł się z Kasią; urodził im się Marcel, zostałem jego chrzestnym - a przez nich pojawiła się Laura. To w tym punkcie stało się jasne, że te dwie ścieżki się zbiegły i że AM - a raczej to wszystko, co z nim związane - trzeba uznać za rzecz stałą. I nawet gdy już nie będzie samego magazynu (a taki moment kiedyś musi nadejść), to - patrząc na to, co z niego przetrwa - pamiętać będę o jednym: AM dał nam wszystkim rzeczy tak nienamacalne jak przyjaźń i ludzi tak namacalnych jak Marcel : )
A wszystko to przecież wcale się stać nie musiało; mogliśmy wszyscy przejść obok. Skoro jednak tu jesteśmy, to dbajmy o ten nasz magazyn, o tego naszego małego łącznika. Nigdy przecież nie wiadomo jaką siłę rażenia będzie miał następny nasz tekst; nawet ruch skrzydeł motyla może ponoć spowodować tsunami. Na setne urodziny AMu życzę magazynowi (i piszącym do niego) takich właśnie efektów: niech on kończy wojny, chroni ozon i ratuje zagrożone gatunki. A jeśli to troszkę za wiele, to niech przynajmniej zmienia ludziom życie.
Z moim mu się udało.
Michał "UnionJack" Krotoszyński