Siedem cudów farby
Kiedy stoję przed obrazem - a ostatnimi czasy zdarza mi się to częściej niż
kiedyś - to niemal zawsze patrzę na dzieło jakby było skończone i to skończone
od zawsze. Jest dla mnie czymś, jak to się mówi mądrze, zastanym; czymś co
już było przedtem, ale ja to dopiero spotkałem. Patrzę więc na te wszystkie
przedwieczne kropki i linie, na te prastare bohomazy i pradawne abstrakcje i
widzę w tym - błędnie rzecz jasna - graficzne objawienie, rodzaj malarskiego
zwiastowania. A przecież obraz to wynik długiej ewolucji, setek zmian i
poprawek; obraz też się rodzi i dorasta na płótnie.
Obserwowanie tego dorastania może być interesujące; poświęcono mu wiele programów popularnonaukowych. Współczesna technika daje nam bowiem nowe możliwości i dzięki niej możemy dowiedzieć się jakich zmian dokonywał artysta; możemy - zauważmy metaforycznie - wejrzeć pod wierzchnie warstwy farby, zajrzeć obrazom pod spódniczki. Mamy możliwość dowiedzieć się jak zmieniała się malarska wizja; gdy mamy dość sprzętu i cierpliwości, to jesteśmy wstanie prześledzić te przemiany kropka po kropce i impast po impaście.
A
że sprzęt jest coraz lepszy, to i coraz starsze warstwy możemy odkrywać.
Niedawne badania - w których, jest mi to miło oznajmić, miałem przyjemność
uczestniczyć - dały zaskakujące rezultaty: okazuje się, że największe
arcydzieła naszej kultury były w swej pierwotnej wersji inne niż myśleliśmy
do tej pory. Inne to jednak niewłaściwe słowo: pierwotne wersje były po
prostu lepsze. Dlatego też - z okazji setnego numeru AM - postanowiłem siedem
z nich zaprezentować; niech świat zobaczy, co mu zamalowano!
Michał "UnionJack" Krotoszyński