Przytułek megalomanów
Ktoś wpadł na pewien pomysł. Idea. Pomyślał o
realizacji. Włożył w nią dużo pracy, chęci i niezliczoną ilość wolnego czasu.
Starał się, nie spał, dawał z siebie wszystko. Nikt do końca nie wie, czy
kochał to, co robił. Powoli przestawał być obiektywny, zaczynał natomiast
patrzeć na świat poprzez pryzmat swego dzieła. Potem, pełen niepokoju stawiał
pierwsze kroki w rzeczywistości przez siebie stworzonej. Jak ją oceniał? Z
należytym subiektywizmem. Był sam, zupełnie. Wiedza i umiejętności, które nabył
musiały wystarczyć. Przekazywane myśli miały być dojrzałe i odpowiednie, wszelkie
możliwe normy zachowane. Zgodne z przyswojonymi kanonami ogółu. Bał się reakcji
odbiorców. To od niej zależał byt dzieła w przestrzeni i czasie. Mądry twórca
nie uzależnia go od pomocy innych, pracuje sam. Błąd zależności, tak często
popełniany. To aberracja, a można ją nazwać pasożytnictwem. Gdzieś utracono
koncepcję symbiotycznej, mającej powstać z jednego założenia konstrukcji.
Wyrzeźbiono gówno z porcelany, do ozdoby salonu dla gości, których nic nie
obchodzi. Coś wypaliło, pomysł się przyjął, sukces. Autor szybko zapomniał
liczbę nieprzespanych nocy, ilości wypitej kawy, spalonych papierosów. Wynosząc
suchy tytoń w popielniczce, puste szklanki po drinkach, czyścił swoje brudne
ego. Był dumny, dzieło kwitło, nastała złota era. Znalazł przyjaciół. W pewnych
chwilach, tracąc wiarę w siebie zwracał się do nich. Czy słuchali? Po co
słuchać, skoro obie strony oszukują się nawzajem. Oparł się odczuciom, przecież
znalazł swoje miejsce, musiał być twardy. I ta cholerna duma rozpierająca go,
gdy stał z medalem na piersi. Taki silny, mocny, mądry. To on był przyszłością,
laską, na której opierałyby się zmartwione dusze. To jemu przyświecać miał cel
budowy rzeczy wielkich, o których de
facto nic nie wiedział. Najwspanialsza realizacja, czyli zatracenie pomysłu
ku chwale kolektywu.
Minęło trochę czasu, wszystko zaczęło dojrzewać.
Nabrało kolorów, kształtów. Możliwości, jakie z sobą niosło, stale rosły.
Przyszedł przełom. Piękne stroje, uczty, muzyka i splendor największych z
ludzi. Zadziwienie własną erudycją, lub szczypta boskości na ziemi. Zmieniono
idee, ewolucja odstawiła swoje piętno. Ono natomiast zmieniło dzieło i samego
autora. Miał się dużo lepiej. Przynajmniej tak sądził. Czuł jednak, że coś się
zmienia, tylko nie wiedział czy to on czy dzieło. Tworzył dalej, pracował
adekwatnie do talentu danego mu przez naturę, wiedział również, że do pewnych
spraw nie da się wrócić. Wykorzystał to. Dlatego, że było tak dobrze nie czuł
potrzeby pamiętania o czymkolwiek, przestawał wyciągać wnioski z popełnionych
czynów. Pojawiło się stopniowe samouwielbienie. Straszliwa powierzchowność
zachowań, wymyślność znakomitych form, biadolenie o trudzie, plecy wyprostowane
pod publiczkę, sztywny kark z płynnym szpikiem. Oczywiście srebrny tron z
kwiatami u stóp. I ciche brzdęknięcie łańcucha…
Era brązu, pospólstwa, które wdarło się do życia i
zaczynało wskazywać mu swoje racje, wytykać nieścisłości. Ambicje zostały
zniszczone, uniosły się wraz z poranną mgłą. Wróciły do matki, do natury. I tam
pozostaną do końca. A Ona zbuduje im grób, na którym gnić będą kolejne kwiaty.
I to one straciły najwięcej, pomysły, plany i wizje. Autor nawet nie uklęknie,
nie wytrze obsranego pomnika, ponieważ będzie myślał nad zmianami, które
przyniosą krótkotrwały, ale pożądany efekt. Niezwiastujący oczekiwanego rozwoju,
okazujący się próbą podniesienia z kolan człowieka niemającego nawet nóg.
Po tym pamiętne piwo. To ostatnie, najbardziej
gorzkie i smutne. Uroni łzę, a ta spadnie na jeden ze złotych liści. Nie będzie
rekwiem, tylko ostatnia myśl.
Czy warto dążyć do doskonałości?
I padnie na kolana. Będzie to moment wyboru.
Większość skurwysynów się nie podniesie. Proch, smród spalonej tkanki
wielowarstwowej. I kolejny jebany grób oszukanego człowieka. Niejeden wstanie,
by w końcu upaść. Niewielu wstanie, by stać do końca. Takiego końca, gdy
następny odetnie im głowę. Upadną bez niej. Obsrany marmur czy inne lastryko,
obok reszty takich samych…
Ostatni wstanie inaczej. Nie opatrzy kolan, same
się zagoją. Obejrzy ręce, zakrzepłą krew, grube żyły, silne mięśnie. I
zrozumie, że był sam, przez cały czas. Znajdzie w końcu ludzi takich samych,
będą tworzyć dalej. Tym razem bez niczyjej pomocy. Nie będzie zwracał uwagi na
normy, kanony... Zrobi po prostu to, co uzna za stosowne. Popchnie ten świat do
przodu wbrew wszelkim racjom. To nie on straci, a natura doda do pomnika
ludzkości jedną okruszynkę materiału. To będzie piękny pomnik.
Długo…
Pyskowice;
październik 2004 – kwiecień 2006.