7.11.2007r.
"Szaleństwo to dziwna rzecz."
- Mavra
Od tych słów wszystko się zaczęło. Moja najdłuższa podróż. Patrząc z perspektywy tych kilku lat, które minęły od napisania tych słów, ośmielę się stwierdzić, iż właśnie wtedy zaczęłam stawać się świadoma siebie. To nie było proste. Właściwie ciągle takie nie jest. To proces, który będzie trwał jeszcze wiele lat. Aż do końca.
Ponoć lepiej jest nie oglądać się za siebie, nie wracać do tego, co było. Ale ja tak nie potrafię. Dzięki przeszłości jestem taka, a nie inna. Patrzę na ten świat i nadal widzę więcej szarości niż kolorów, ale mimo to uśmiecham się. Bo ja nie chcę być szara. Bo nauczyłam się dawać coś z siebie. Bo tak trzeba. Bo tak chcę.
Przeszłość mnie ukształtowała. Tak jak garncarz kształtuje glinę, tak i mnie poddano obróbce. A później zahartowano, wypalono w wielkim piecu codziennych zmagań i problemów, wewnętrznych rozterek i sporów. I nie tylko mnie to spotyka. Każdy człowiek poddawany jest takim próbom. Wszyscy się uczymy, czy tego chcemy, czy też nie.
Świadome lub nieświadomie chłoniemy wiedzę. Niektórzy pękają jak ulepiony niewprawną ręką dzban. Innym udaje się przetrwać. I w pewnym momencie można powiedzieć: "oto ja". Z całym dobrodziejstwem i przekleństwem przeszłości. Ze strachem przed trzaskającymi drzwiami i windami. Z miłością do morza i jezior. Z tęsknotą za domem.
Co mi dały drobne chwile radości spędzone z kochanymi osobami? Co mi dały noce pełne obaw o przyszłość, o bliskich, o siebie? Kiedyś bałam się dnia, w którym stracę kogoś, na kim mi zależy. Bez kogo nie wyobrażam sobie porannych śniadań, wigilijnej kolacji lub wspólnego oglądania filmów. Teraz wiem, że ten strach niczego nie jest w stanie zmienić. Ten moment kiedyś nastąpi. I tylko ode mnie zależy, jak bardzo będę żałować wszystkich niewykorzystanych chwil i okazji, żeby być razem. A będę napewno. Kiedyś. Ale nie dziś.
Dziś mogę o sobie powiedzieć: Oto ja. Karolina Katarzyna Pietrzak. Mavra.
To właśnie dało mi życie. I dzięki mu za to.
8.11.2007r.
"Spokojnie jak na wojnie. Tu pierdolnie, tam pierdolnie i znów spokojnie."
- Zoltan Chivay
Każdy dzień można podsumować w kilku słowach. Mnie służą do tego cytaty. Z książek, wierszy, rozmów, opowieści. To proste, pożyczyć od kogoś słowa. Szczególnie wtedy, gdy sama nie potrafię czegoś wyrazić. A inni tak.
Ale właściwie nie o tym chciałam pisać. Często zastanawiam się, jak to będzie za kilka lat. Kim ja wtedy będę? Czy nadal moje nazwisko będzie brzmiało Pietrzak? I czy wciąż będę nazywała domem ten niewielki pokój w bloku na wsi? Czy będę miała marzenia? Jakie? I właściwie najważniejsze pytanie... czy nadal będę?
Śmierć jest nieunikniona. Kiedyś nastąpi taka chwila, gdy przyjdzie się nam pożegnać. Trudno się z tym pogodzić. Ale jak by na to nie patrzeć, mamy na to całe życie. Całe życie na oswojenie śmierci lub jej akceptację. Albo przynajmniej spokojną rezygnację. Łatwo o tym pisać, siedząc w bezpiecznym zaciszu własnego domu, przed komputerem. Ale nie zawsze tak jest.
Pamiętam wakacje w Pobierowie. Morze było wzburzone, fale wysokie. Ale nam to nie przeszkadzało, kąpaliśmy się. Było ciepło. I nagle wszystko zniknęło. Dno pod stopami, niebo nad głową, powietrze w płucach. Tak po prostu nagle nie było niczego stabilnego. Kotłująca się biel, zieleń i zimny strach.
Nie wiem, o co się wtedy otarłam. Bałam się. I wiedziałam, co się ze mną dzieje. Człowiek nie jest w stanie wypić całego morza. I mnie też się to nie udało. Ale wyszłam na brzeg. Jakoś. I codziennie ta sztuka mi się udaje. Tak jak wielu innym. Lecz nie wszystkim. I to im palę świeczki 1 listopada. Sobie lepiej zrobić gorącej herbaty, uśmiechnąć się i cieszyć poparzonym językiem.
14.11.2007r.
"Dlaczego ludzie potrafią lepiej umierać niż żyć? Dlatego, że żyć trzeba długo, a umrzeć można prędko."
-Fiodor Dostojewski
Podoba mi się padający śnieg. I cieszę się, że nie jestem kierowcą. Wtedy moja sympatia do białego puchu mogłaby się drastycznie zmniejszyć. A tego właściwie nie chcę.
Ale nie o śniegu miało być tylko o życiu. Aczkolwiek dzisiaj zamarzyły mi się zielone lampki. Takie choinkowe. Rozwiesiłabym je w pokoju. Pięknie by było. Tak kiczowato i oklepanie, ale mimo wszystko pięknie. Przychodzą takie dni, gdy śpiewam głupie piosenki, zakładam dwie różne rękawiczki i podobają mi się tandetne ozdoby.
Bo właściwie dlaczego by nie?
O gustach się nie dyskutuje. O sposobie życia też nie. Czasami wydaje mi się, że to moje jest takie trochę 'piźnięte'. Dziwne, nielogiczne, czasami bez sensu a czasami z poczuciem arcyważnej misji. A najlepiej, żeby to wszystko lampki oświetlały. Choinkowe takie. Zielone.
19.12.2007r.
"Strzyg, wiwern, endriag i wilkołaków wkrótce nie będzie na świecie. A skurwysyny będą zawsze."
- Andrzej Sapkowski
Taki dzień powinien zostać wycięty z pamięci. Szkoda, że nie mogę tego zrobić, użyć jakiegoś myślowego korektora i poprawić paru rzeczy. Ludzie bywają tacy podli, tacy bezmyślnie okrutni. Bo żeby w tym był jakiś cel, jakiś zamiar... łatwiej by mi było to zrozumieć. Ale zła i okrucieństwa czynionego ot tak, dla jakiejś chorej zasady, dla chaosu i tak zupełnie niepotrzebnie...
Nie potrafię. Te krzywe spojrzenia, gdy bezdomny idzie przez tłum. Ta fałszywa uprzejmość, gdy niepełnosprawny załatwia coś przy okienku. Ta niechęć do okazania odrobiny cierpliwości dla starości. I ten ciągły strach. Że to ja będę tym "Innym". Że to na mnie będą patrzeć z politowaniem, niechęcią, współczuciem. Czy to stąd wypływa to całe skurwysyństwo? Ze strachu czy z głupoty? Z braku wrażliwości?
Ideałów nie ma, temu nie da się zaprzeczyć. To świetna wymówka. W końcu każdy ma chwile słabości, gdy nie musi być w porządku wobec innych. A mnie mimo wszystko coś dusi gdzieś tam w środku. Gdy dziecko prosi, żeby kupić mu bułkę. Gdy staruszka prosi, żeby pokazać jej sklep z zegarkami. Gdy ciężarna kobieta nie radzi sobie z koszykiem pełnym zakupów.
Gdzie wtedy jest to nasze szumnie ogłaszane człowieczeństwo? Gdzie to dobro, które rzekomo tkwi w każdym z nas? Gdzie ci bohaterowie szarej codzienności?
Tak się skupiamy na sobie, że nic więcej nie jesteśmy w stanie zobaczyć? Jeśli tak jest, to ja dziękuję, wysiadam. Zrzekam się człowieczeństwa. I niech się dzieje co chce. Uśmiechnę się i tak.
9.01.2007r.
"Przywrzeszczę cię do domu."
- Stephen King
Głupie to wszystko jest. Głupi ten świat, bo układa się w nie takie wzory jakbym chciała. Głupie to życie, bo jest i z uporem trwa. Głupia ja, że ciągle szukam odpowiedzi na te różniste pytania.
Czasami chciałabym być drzewem, co to sobie rośnie, pączki wypuszcza, promienie słoneczne łapie i pnie się wzwyż. Nie pyta po co, dlaczego, jak, gdzie i kiedy. Po prostu jest. Takie proste i pięknie, że aż żal bierze i za pewien dosyć istotny organ chwyta.
Ot, życie. Widzisz Tuxedo, znowu zaczęłam pisać. Nie do końca jestem pewna, czy do Ciebie czy do siebie bardziej, ale pojawiło się to dziwaczne parcie na umysł. Na to coś, co ponoć mam w głowie. Rozpaliłeś iskierkę. Z jakimś takim dziwnym uporem, chyba raczej nieświadomie, ale jednak. I co ja mam z tym zrobić?
Przeczekać. Albo grafomanić w dalszym ciągu. W zasadzie podoba mi się to, co teraz robię. I może z czasem nauczę się przekazywać to, co akurat mam w głowie.
Bo oprócz chimer i potworności tam naprawdę coś jest. Może nawet jakiś człowiek, malutki taki, zwyczajny, ale jest i chce to i owo powiedzieć. Mnie w szczególności.
Bo tu jest jakieś drugie dno. Jest takie miejsce, do którego chcę w końcu trafić i zapamiętać ścieżkę. Pokazać, że można. Uwierzyć, że mogę tego dokonać i po prostu być, tak jak dzień i noc. Po prostu akceptować to, czego nie potrafię zmienić. Tak zwyczajnie.
Tak po ludzku.
Ciąg dalszy prawdopodobnie nastąpi.
Mavra.