Palenie zabija
A jednak można. Porządny, katolicki dom. Porządna, katolicka rodzina. W Polsce nietrudno taką być. Wszyscy płyniemy z prądem, a jeśli nie płyniemy, to tylko dlatego, że nam się nie udało kupić biletów na ostatni prom. Co ja mówię: ostatni. Jasne, że będzie tych promów jeszcze wiele. Tyle że z każdym kolejnym spływem tracimy coś, co chyba dla nas najważniejsze. Czas. Nie miał go zbyt wiele chłopak podpalający właśnie miejscowy kościół. Czy ja coś wspominałem o porządnej, katolickiej rodzinie? No cóż, kłamałem. Albo napiszę bardziej poprawnie politycznie – mijałem się z prawdą. Mijałem się z nią wielokrotnie, ale były to kłamstewka tak niewielkie, że aż niewarte zauważenia. W stanie wyższej konieczności, w dobrej wierze. Koloryzować swoje opowieści? Nie. Kłamać, żeby w ogóle coś powiedzieć? Błysnąć, rozśmieszyć, bo tylko to mi już pozostało? Zdecydowanie tak. Rzeczony kościół również rozbłysł – i to na całkiem długo. Żal było patrzeć, jak strumienie ze strażackich sikawek nie dosięgały nawet do połowy wysokości budynku. Zawsze lubiłem styl gotycki. Teraz już wiem, dlaczego. Zatem kościół płonął. Gawiedź stała nieopodal, nieźle już rozochocona widowiskiem. Ktoś rzucił pomysł, żeby pobiec po wiadra, widać chcieli wziąć udział w performansie. Niestety wiader nie było, tłumek chwilowo zajął się więc jedynie kontemplacją zjawiska. Przynajmniej do momentu, w którym pan w szarym ubraniu wysunął się przed szereg, pchając przed sobą synka w podobnym odzieniu. Na oko kilkuletni szkrab nie sprawiał bynajmniej wrażenia zafascynowanego pożogą (słownik poddaje mi tu „czerwonego kura” jako synonim, ha ha ha). Musiał się jednak zmierzyć ze swoim brakiem fascynacji bardzo szybko, oto bowiem jego skromny z wyglądu ojczulek pochwycił go w ramiona, podbiegł do płonącej kupy drewna i wrzucił go w sam środek płomieni. (Może niezupełnie w środek, ale smażyć się w bliższym czy dalszym towarzystwie ukrzyżowanego Jezusa – doprawdy mało ważne) Gawiedź oszalała. Oklaskom i okrzykom radości nie było końca. Tłum wiwatował, szary mężczyzna stał nieco onieśmielony tym wybuchem radości. Prawdopodobnie myślał, że reakcją będzie konsternacja przeradzająca się w niedowierzanie, złość, a być może nawet jakiś rodzaj linczu. Tymczasem plebs po raz kolejny udowodnił, że potrafi sobie obierać na bohaterów ludzi iście niebanalnych, pionierskich niemal. Strażaków już w tym momencie nie było. Wszyscy – jak jeden mąż – rzucili się w płomienie ratować chłopca. Oczywiście im się nie udało, ale kto miał się przejąć ich losem? Zwęglony od jakiegoś czasu dzieciak, czy może Jezus, który właśnie zleciał razem z krzyżem na to, co zostało z posadzki?
Prawda nie wyzwala. Nawet, gdybym teraz odkrył karty i powiedział, że zmyśliłem historię chłopczyka i jego ojca, gdybym cofnął wszystkie świństwa, które nawypisywałem – co by to właściwie dało? Poczulibyście się lepiej wiedząc, że wszystko w porządku, że kościół sobie wprawdzie płonie, ale płonie spokojnie, bez żadnych ofiar? Ależ ja wam mogę to dorzucić zaraz jakąś ofiarę, nawet dwie. Ot, choćby wikariusz uprawiający w zakrystii dziki seks z gospodynią. Nieuważny ruch nogą i bęc – piecyk gazowy przechyla się prosto na kupkę komż. Dalszego ciągu już się można domyśleć, czytelnik jest inteligentny i wie, o co chodzi. Żadnego seksu nie było – ona mu tylko wyrywała zębami odstającą nitkę. Nie jej wina, że nitka wystawała akurat z okolic rozporka. Trudno, co poradzisz, nitka nie będzie pytała, czy może wyłazić akurat stąd, tylko bez zbędnych formalności wyjdzie – i nieszczęście gotowe.
Oburzony czytelnik spyta: jak dwudziestoletni z górą (z Góry?) prawiczek może w ogóle pisać o czymś takim? W dodatku to jest już nie katolik, a nie wiadomo, czy nie ateista. Chociaż nie, bo jakiegoś boga chyba ma, skoro ojciec nazywał go Żydem, gdy ten nie chciał w niedzielę podążać w stronę Domu Bożego. No więc jak taki ktoś może w ogóle poruszać tematy, o które porządny chrześcijanin bałby się choćby zahaczyć?
A ja myślę, że owszem, może. Że taka historia mogłaby mieć miejsce. Ba, swoje miejsce miała – dokładnie czternaście lat temu. Pana w szarym ubraniu nie pozbawiono praw rodzicielskich (chłopaka odratowali). Podobno działał w dużym stresie. No tak, to musiał być naprawdę duży stres – w końcu o mało nie umarło mu dziecko.
Spytacie – gdzie są takie kościoły, gdzie są ludzie, dla których życie nie ma większej wartości? Odpowiadam: wszędzie i nigdzie. Może tylko w mojej głowie, a może na ulicy, gdzie Murzyn nie może przejść ulicą, by nie usłyszeć obelg w hurtowych ilościach. I co z tego, że płonący dzieciak był czarny? W jednej sekundzie mogę go zrobić Chińczykiem albo Ukraińcem. To naprawdę niewiele zmienia, chociaż zdaję sobie sprawę, że fałszuje nieco obraz.
Dobrze więc: był biały. Jak bardzo biały? Na wskroś. Tym dzieciakiem byłem ja. Chociaż nikt mnie w płomienie nie wrzucił, bardzo tego chciałem. Chciałem, zmieniając ojca w everymana, dożywotniego więzienia dla wszystkich skurwieli tego świata. Nie udało mi się, dlatego teraz spalam się sam.
W złości, nienawiści, zazdrości.
Z oczami wpatrzonymi w szczyt kościelnej wieży. Nienaruszonej.