|
01.27.08 Łyżeczki do wszystkiego
W wypijaniu gorącej kawy nie ma miejsca na szukanie przyczyn. �ciskając w dłoniach kubek ożywczego płynu, zapominamy o tym, że niemądre gesty potrafią pomie�cić całą historię życia w kilkusekundowym zdaniu. Ograniczając swój �wiat jedynie do najbliższej przestrzeni, skracamy potężne tyrady do postaci beznamiętnych westchnień- w ciągło�ć, która traci swoje znaczenie z każdym małym łykiem. Po kolei, dokładnie i niesłyszalnie... Większo�ć ludzi uważa, że ostatni chorzy umarli ponad sto lat temu. Chciałbym w to naprawdę uwierzyć. Znudzony sennym majaczeniem mojej żony, Anamine, jestem zdolny ufać wszystkim słowom klientów naszej kawiarni. Bo wtedy, gdy promienie wschodzącego słońca zalewają całą pustą jeszcze salę, mam ochotę wstać z łóżka. Mam ochotę wstać, chowając stopy w ciepłe kapcie. Doktor Anawil powiedział, że wstawanie jest niewskazane... Dwadzie�cia lat temu tak mówił- wtedy, kiedy istniał jeszcze ostatni szpital. Teraz cały czas powtarza, że już dawno powinni�my nie żyć, że z chorobami nie należy walczyć, bo w końcu i tak zwyciężą. Podobnie wła�ciciel kawiarni- jeszcze, jak Anamine i ja mogli�my się poruszyć, byli�my dużą atrakcją kawiarni, po pewnym czasie stali�my się czym� w rodzaju zaniedbanego akwarium- obecnie wła�ciciel wita nas pogardliwymi spojrzeniami.
Gdyby tylko mówił trochę gło�niej... Zapewne usłyszałbym wtedy, że ludzie, którzy są nieodporni na choroby, są również bezwarto�ciowi. Przypuszczam, że on po prostu chce wstawić kilka dodatkowych stolików. Najbardziej irytujący jest fakt, że nie istnieje miejsce, w którym mogliby�my ukryć się przed smakiem, kolorem i wonią kawy- niebo straciło swoją przejrzysto�ć, zlewając się z rozmokłą ziemią; gorycz przenika każdego człowieka, jednocze�nie wywołując poczucie błogiego spokoju, a tlące się zgliszcza starych domów roznoszą zapach pobudzającej spalenizny. Także nocą... W roz�wietlonej przez mleczne snopy �wiatła nocy nie można znale�ć nic ze �wiata, w którym kiedy� żyli�my. Kiedy na początku wynaleziono lekarstwo na �mierć, ludzie uznali, że nie potrzebują już żadnych zasad. Niektórzy zaczęli budować wieże sięgające chmur, inni zajęli się obalaniem powstałych wcze�niej systemów. Ponieważ ludzkie ciało stało się kuloodporne, wojny straciły swój sens. W chwili, gdy atomowe błyski skurczyły się do postaci fotograficznego flesza, fale uderzeniowe zmieniły się w lekki wiatr, a odór padliny przestał wydobywać się ze zniszczonych ciał, wtedy już nikt nie potrzebował pomocy- wtedy ludzko�ć spostrzegła, że ratunku można wypatrywać jedynie w doskonaleniu własnych umiejętno�ci. Jednak nikt nie przewidział, że potomkowie niezniszczalnych ludzi mogą potrzebować granic zawartych w starych opowie�ciach. Uznano, że każdy, kto nie posiada nie�miertelno�ci jest jednocze�nie na tyle kruchy, że nie może opuszczać swojego mieszkania.
Znaleziono w końcu jaki� cel- była nim ochrona osób, które mogą umrzeć. Wielu jednak uznało, że może być to niebezpieczne dla całego �wiata- niezniszczalno�ć była przecież bardziej rozsądna niż bezustanne zapętlanie krótkiego istnienia. Dlatego w końcu zabroniono chorym wychodzenia z łóżek. W pewnym momencie niebo było tak zanieczyszczone, że promienie słoneczne nie dochodziły do ziemi. Uznano, że słońce w zasadzie nie jest potrzebne człowiekowi. Wtedy ostatni �miertelny po�więcił swoje życie, żeby oczy�cić niebo. Owego człowieka uznano pó�niej za wielkiego bohatera, gdy społeczeństwo u�wiadomiło sobie, że �wiatło potrzebne jest do uprawy narkotycznych ro�lin. To, co kiedy� interpretowano słowem �szczę�cie�, zmieniło się w szum sardonicznego �miechu. Osoby pozostawione w łóżkach, pozostawione w ciepłych fotelach, pozostawione z książką w ręku przestały już wszystkich interesować.
Nikt
nie przejmował się tym, że fila vitae tonie w lepkim odmęcie obojętno�ci.
W końcu brązowy pył ponownie zaczął zakrywać niebo. Uznając
ulotno�ć za co� niestosownego, odpowiedzieli�my sobie na pytanie, co
jest dla nas bezsensowne, kiczowate, zbyt gorące lub za zimne. Jednak
niektóre rzeczy towarzyszą nam na każdym etapie rozwoju, w każdym
roku, czy epoce. Kiedykolwiek, kiedy�, potem, zawsze, nigdy... Mamy taką
swobodę, że codziennie patrząc przez okno, możemy wyczekiwać
ratunku. Nawet wtedy, gdy jest zupełnie zbędny, nieporęczny w swojej
nachalno�ci... czy nawet najbardziej potrzebny- my zawsze potrafimy skupić
się na rozgrzanej płomieniem monotonii filiżance.
|