Mistrz paleciaka ucieka
- No kurwa, znowu mi się karton spierdolił z tej jebanej palety - mówi z u�miechem sympatyczna kobiecina w �rednim wieku.
Tak, w tej pracy człowiek uczy się kląć.
- Szykujcie się, zapierdalają nowe ostrza.
Godzina 18:05. Stoimy pod budką kierownika, czekając na przydział.
Założyli�my już okulary ochronne oraz osłony na buty, zwane
krotochwilnie "noskami". Jeste�my w nich bezpieczni, Zakład dba o nas.
My też dbamy o Zakład.
Dzi� robota przy ta�mie. Siadam na obrotowym krze�le.
Naprzeciw mnie dwóch czarnoskórych konwersuje w jakim� afrykańskim
narzeczu. Denerwuje mnie to - nigdy nie wiadomo, o czym i o kim mówią.
Maszyna jednak rusza i nie ma już czasu na gadanie. Materials przynosi
treje ze składaków, a my wyjmujemy ostrza z trejek i umieszczamy je w
wydmuszkach, sunących po ta�mie Farmoresa. Nie rozumiecie? Ja też nie
rozumiałem. Ale nie za rozumienie mi płacą. Mam nakładać, więc
nakładam. Nakładam. Nakładam. Nie ma sekundy na my�lenie, nawet
po�piewać się nie da - ta�ma idzie za szybko. Nakładam. Nakładam. Po
jakich� pięciu godzinach spoglądam na zegar, by odkryć, że jest 19:15.
Kto� cofnął wskazówki, gdy nie patrzyłem. Albo zegar siadł. Nie mogę
sprawdzić dokładniej, bo nakładam. O 20:00 jestem w transie i nakładam.
Zapuszczam korzenie. Maszyny dookoła szumią, tłuką, jęczą i sapią.
Kamera obserwuje moje mechaniczne ruchy i materialsa, nadciągającego z
nową treją. Staram się pu�cić sobie w głowie jaką� płytę, jedną z tych,
które znam na pamięć. Kiedy powoli zaczynam sobie przypominać, kim
jestem i jakiej muzyki słucham, przychodzi kto� z listą obecno�ci. Na
chwilę odzyskuję swoje nazwisko, które wpisuję w wyznaczonej rubryce.
Tak. To ja. Nakładam.
22:00. Pierwsza przerwa. Jeszcze osiem godzin. Przed wyj�ciem
na stołówkę jeste�my kontrolowani przez zaspanych ochroniarzy,
wyposażonych w wykrywacze metali na wypadek, gdyby kto� usiłował
wynie�ć za pazuchą wózek widłowy albo lutownicę. Kolejka. Wyjmujemy
grzecznie z kieszeni telefony, zegarki, klucze i broń. Oraz bilon.
Mnóstwo bilonu.
Stołówka przesiąknięta jest zapachem, wydobywającym się z
niewymienianych od nowo�ci automatów z kawą. Aromat ten unosi się w
powietrzu, spływa po szybach, przykleja do ubrań. Czuć go w powrotnym
autobusie, czuć go przez sen. Napój bogów. Jest wiele odmian darmowej
kawy - espresso, cappuccino, "zwykła" - i wszystkie smakują tak samo.
Metalem i pianą. Krążą legendy o mleku kawowym, które da się wypić,
lecz mleko kończy się szybko. Je�li za� jest mleko, to nie ma
kubeczków. Je�li są kubeczki, to nie ma kawy. Je�li jest kawa, to nie
ma mleka i dostajemy kawę z wodą. Obok stoi automat z batonami i
kanapkami, który lubi zatrzymywać sobie pieniądze, nie wydając
jedzenia. Gruby Murzyn po stracie dwuzłotówki napieprza pię�cią w
automat, który jednak nie daje się zastraszyć. Koledzy Murzyna �mieją
sie z niego. Ja też się �mieję i zalewam sobie kawą białą, roboczą
koszulkę. Koledzy Murzyna �mieją się ze mnie. Idę się przebrać.
Chyba wszyscy Afrykańczycy i Azjaci z całej Łodzi pracują w
Zakładzie. Są sympatyczni, puszczają reggae z telefonów, �piewają w
swoich językach i opierdalają się, jak tylko można. Po polsku znają
jedynie kilka słów: "Boże", "kolega", "kurwa", "przerwa". Wystarczy.
Oni siedzą. Ja jestem materialsem. Biegam i donoszę im pudełka, które
wczoraj zapakowali�my, a oni je dzi� rozpakowują. Nie pytajcie, po co.
Czasem mnie wołają. Mam na imię Kolega. Słyszę to imię, patrzę, widzę
kilka gestów i już wiem, że trzeba donie�ć pudełko, torbę na �mieci lub
ta�mę klejącą. Donoszę więc. Materials - donosiciel. Już nie nakładam,
tylko dokładam. Maszyny jęczą, ja bluzgam pod nosem, Murzyni �piewają.
Operator gdzie� zniknął, więc razem z trzema kolegami idziemy do
palarni. Tylko jeden z nas pali, ale siedzimy tam 20 minut. Gasimy
�wiatło i zamykamy drzwi. �mierdzą tanie papierosy, �mierdzi pot. W
noskach strasznie pocą się stopy. Pocą i bolą. Podnosimy nogi wysoko w
górę, czucie wraca. Gdy wychodzimy, dowiadujemy się, że jakiego�
Hindusa wywalili z roboty, bo przespał się w kącie, my�ląc, że go nie
widać. Zdarza się.
Powietrze jest suche do tego stopnia, że na chusteczce
znajduję �lady krwi. Ale dokładam. Murzyni �piewają. Kierownik gra w
pasjansa, widzę przez szybę. Przełącza szybko na Excela, kiedy kto�
wchodzi. Azjaci się opieprzają - i dobrze, nie muszę dokładać.
Przysiadam na palecie. Przychodzi kierownik i ochrzania Polaków, bo nie
umie po angielsku (po wietnamsku i chińsku tym bardziej). Murzyni się z
niego �mieją. Przez chwilę jest wesoło, czas szybciej płynie i już po
jakich� piętnastu godzinach nadchodzi 2:00. Mamy kolejną przerwę.
Naciskamy lepkie przyciski automatów i siadamy po�ród smrodu
syntetycznej kawy. Za oknem miasto, w którym normalni ludzie już od
dawna �pią. Kolega ma doła, bo kto� mu podpieprzył Red Bulla. Obok miłe
panie w wieku �rednim rzucają słowami, których nie powstydziłby się
żaden dresiarz. Idę do kibla, w którym pisuar jak zwykle jest zapchany,
a na drzwiach kto� z nieznanych mi powodów wypisał całą dyskografię
Toola razem z datami wydań. Nawet tu �mierdzi kawą.
Sterylne �wiatło jarzeniówek nadaje naszej skórze dziwny,
trupi odcień. Tym razem pracujemy przy foliarce. Ta�mą nadjeżdżają
kartony, a my układamy je na palecie, co daje tyle frajdy, co zabawa
klockami Lego. Paletę następnie stawia się przy maszynie, która owija
ją folią. Przez noc zużywamy tyle folii, ile wystarczyłoby zapewne na
owinięcie Pałacu Kultury, co - jak podejrzewam - ucieszy wszelkiej
ma�ci ekologów (na marginesie: kilka dni temu zwolniono dwóch go�ci,
którzy foliowali się wzajemnie). Fajna robota, blisko kibla i
dystrybutora mineralnej. A także blisko tablicy z zaleceniami BHP, z
której możemy się dowiedzieć, że lepiej nie wpadać pod wózki widłowe, a
próbowanie nieznanych cieczy z podłogi jest ze wszech miar niewskazane.
Nie powinni�my też chodzić po kałużach, je�li w pobliżu znajduje się
otwarte �ródło prądu i woda jest pod napięciem. Odkrywamy z
zaskoczeniem, że tablica zaleca również, żeby nie dopuszczać do
kontaktu oczu z ciekłym klejem i nie upuszczać sobie ciężkich rzeczy na
stopy. Kto by pomy�lał? Cóż, człowiek uczy się przez całe życie.
Foliujemy dalej. Zegar kłamie, że jest dopiero 4:00, choć czuję w
ko�ciach i w głowie, że wróciłem z przerwy jakie� sze�ć godzin temu.
Tymczasem przejeżdża koło nas wózkowy i drze mordę do innego: "Ale dzi�
czas zapierdala, nie?". Mówi to bez ironii, więc mam ochotę �ciągnąć go
z tego wózka, zatłuc, ofoliować i upchnąć w kontenerze. Niestety, wtedy
wła�nie konczy się folia. Nie umiem jej wymienić, więc wołam fachowca.
Ten wkłada nową rolkę i idzie zapalić. Folia jest słaba i się rwie,
więc wołam go znowu. Facet wymienia ją jeszcze raz, a ona jeszcze raz
się rwie. Przez pół godziny żonglujemy kolejnymi rolkami, jednak bez
efektu. Palet do ofoliowania przybywa i wszyscy patrzą na mnie z
niepokojem. "Kurwa" - mówi fachowiec i ja się z nim zgadzam w tej
kwestii. Nic się nie da zrobić, więc wywożę wszystko na inną foliarkę,
a przez 40 minut, które pozostały do fajrantu,, chodzę po hali z pustym
paleciakiem, symulując, że czego� szukam. Wyrywam się z transu, co do
którego żywiłem obawy, że nigdy się nie skończy i że po 6:00 zostanę
tam z rozdziawionymi ustami i w hipnozie nadal będę
nakładałdonosiłfoliował. Czuję się uratowany, choć po głowie chodzi mi
"Hooked on a Feeling" w wersji Davida Hasselhoffa i zabija szare
komórki. Dlaczego najgorsze utwory przyczepiają się do człowieka
najczę�ciej? I czemu psychologia jeszcze się tym nie zajęła?
Szatnia też �mierdzi kawą. Zdejmujemy noski oraz okulary i
przekazujemy je następnej zmianie. Murzyni, którzy w pracy nie znają
polskiego, po robocie swobodnie konwersują w naszym języku. Schodzę po
schodach do wolno�ci i do ciepłego łóżka. Koledzy skrobią lód z szyb
swoich samochodów, ja zachwycam się bezwstydną urodą nieba, umalowanego
różową szminką przed�witu. "Ale wykurwiste kolory" - zauważa znajomy z
romantycznym wyrazem twarzy. Jeste�my za bramą. Wolni. Nadjeżdża piękna
karoca linii 99 i wiezie nas do miękko�ci naszych po�cieli, do luksusu
naszych ła�ni, do mydła i prawdziwego jedzenia. Bolące nogi trzymamy w
górze. Mistrzowie paleciaków, wirtuozi foliarek i czarodziejki ta�m
jadą do domów. Jutro wrócą. Niektórzy będą tu wracać aż do emerytury.
Doorshlaq prosto z ta�my <doorshlaq@poczta.onet.pl>
PS.
Bolesną sprawą dla studenta polonistyki jest to, że wszyscy bez wyjątku
mówią do niego: "daj noża do rozcinania kartonów". Jakiego noża?! Daje
się nóż, a nie "noża". Biedny student miewa czasem ochotę pociąć się
rzeczonym przedmiotem albo wbić go komu� w tyłek.
` |