Życioryt
Nigdy nie chciałam mu tego mówić. Zawsze wydawało mi się, że słowo wypowiedziane nieopatrznie, raz jeden, może sprawić mu o wiele większą krzywdę niż tysiące gestów, których nigdy nie doświadczył. Byłam przy nim. To okazało się za mało. Nie, nie mam sobie nic do zarzucenia. Zrobiłam o wiele więcej niż reszta. Czy to naprawdę ma jakieś znaczenie, teraz? Wobec tego ja skończyłam. On też? Tak, on też.
Śmierć w łóżku. Najprostsza z możliwych, najbardziej oczywista, najmniej dająca ludziom do myślenia. Bardzo naturalne. Nie ma sensu zastanawiać się nad czymś, co nie budzi wątpliwości. To nic, że miał tylko dwadzieścia parę lat. Umarł we własnym pokoju, jak każdy porządny człowiek. Nikomu nie sprawił kłopotu, nikogo nie zaabsorbował własną niemocą. Na pomniku napiszą mu Żył jak umiał, umarł trochę lepiej. Tyle.
Zawsze zastanawiało mnie, co on sobie o mnie myśli. Kiedyś mi powiedział, że bardzo dużo „dopisuje”. To dopisywanie miało polegać na tym, że dorabiał sobie najprzeróżniejsze historie do najzwyklejszego mojego gestu, uśmiechu. Wiedział, że jest fantastą, ale nie potrafił inaczej. Kiedy leciutki uścisk na pożegnanie mógł przenieść na wiele następnych godzin, zasypiał spokojniej. Twierdził, że był to sen szczęśliwy.
Śmierć w tłumie. Najmniej oczywista, za to najczęstsza. Ech, trupie, stałeś się przyczynkiem do rozmyślań dla niepotrzebnie dużej liczby żałobników. Bardzo niefajnie z twojej strony. Byłeś, trupie, egoistą za życia, zostałeś nim również pośmiertnie. Nie warto robić przedstawienia ze schyłku choćby i młodego życia. Ich, teraz opłakujących, to nie interesuje. Skupieni są raczej na tym, żeby twoją, trupie, śmierć okupić jak najmniejszą ilością wyrzeczeń. Żeby nikt do nich nie podszedł i nie spytał, co czują, czy domyślają się powodów. A już broń Boże ktoś z prasy. W mediach pracują tylko hieny.
Pokazał mi kiedyś małą szafkę w swoim pokoju. Było w niej kilka paczek ze zdjęciami, na niektórych on, na większości jakieś dziewczyny. Nie, to nie były żadne piękności o urodzie modelek. W każdej było coś słowiańsko-romantycznego, taki szczególny rodzaj sympatii, jaki wzbudza na przykład bawiące się piłką dziecko. Miał tych zdjęć setki. Jak sam mówił, lubił mieć co przeglądać wieczorami, ale przede wszystkim chciał mieć co włożyć w ramkę, którą kupił przed którymś Bożym Narodzeniem. Nigdy nie robił prezentów, co działało w obie strony. Myślę, że on wtedy poczuł jednocześnie jak to jest dawać i zostawać obdarowanym. Pan w zakładzie fotograficznym, w którym znalazł tę ramkę, też pewnie myślał, że sprzedaje przyszły podarunek. No bo jak inaczej - wybierać odcień drewna pod kolor czyichś włosów...
Śmierć na zakręcie. Fakt, może i mogliśmy mu pomóc, ale było z nim naprawdę źle. Każdy, w mniejszym lub większym stopniu, wiedział, że zgon być musi. Ot, przygotowywaliśmy się sumiennie. Tu mu powiedzieliśmy żeby się trzymał, tam poklepaliśmy po plecach. Potem każdy w swoją stronę, my też mamy swoje zakręty. To nic nie znaczy, że prujemy po nich dziewięćdziesiątką na liczniku.
Wiem, że marzył o normalności. Kiedy ja snułam plany o wyjeździe do Norwegii, może trochę o zawodzie psychologa, jego nie pasjonowały inne kultury. Nie wiem, czy w ogóle było coś takiego, co przyprawiałoby go o gęsią skórkę i wytaczało na policzki autentyczne rumieńce. Jego cele były tak zwyczajne, kiedy pierwszy raz mi powiedział, że jego największym obecnie marzeniem jest mnie po prostu przytulić, roześmiałam się. Ale to nie był żart, on wziął mnie w ramiona, potrzymał chwilę, po czym stwierdził, że nigdy nie czuł się szczęśliwszy. Nie uwierzyłam. Trudno było mi wyobrazić sobie, że taki miły facet nie był nigdy w związku, że jego kontakty z płcią przeciwną ograniczały się do zakupów w spożywczaku, który prowadziły miłe panie po sześćdziesiątce. I zawsze, ale to zawsze tak pięknie się do niego uśmiechały.
Śmierć w łazienkowej żarówce. Są tam dwie lampy: jedna na suficie, ale dająca stosunkowo słabe światło. Druga, punktowa, wycelowana dokładnie w lustro. Zawsze lepiej wygląda się w półcieniu, ale czasami trzeba się było ogolić. Niestety, nie miał maszynki elektrycznej. Hej, trupie, myliłeś się - twoi rodzice nie wygrają procesu z producentem żyletek. One mają również wiele innych zastosowań.
Mówił, że raz to miał nawet ochotę przed tymi starszymi paniami zagrać - kupić kaszkę dla dziecka albo przynajmniej jakieś owoce. Lub też, dobierając w ostatniej chwili żółty ser napomknąć, że przecież Ania (Zosia, Kasia czy Helenka) nie je mięsa. Ależ by się te panie zaczęły rozpływać w zachwytach, zawsze powtarzały, że taki grzeczny, ułożony no i przystojny. Ha, tego ostatniego nawet wolał, żeby nie dodawały. Był kochankiem jedynie tych, które już kochanków mieć nie mogły. Być może miał przedwojenny typ urody. A może właśnie - wojenny? Większość mężczyzn była wtedy w armii, to i panie nie mogły się napatrzeć...
Śmierć konsekwentna. Codziennie, krok po kroku. Od jednego wybuchu samonienawiści do drugiego. Śmierć urojona, ale trup prawdziwy. Co na to psychologowie? Milczą, spoglądają tylko niepewnie na wątpliwe efekty swojej pracy. Ale przecież żaden z nich nie jest rozliczany z rezultatów, jakie osiąga. Psychologia nie jest od osiągania. Jest od rozumienia.
Życie jest piękne. Przyroda, ludzie, budynki. Śmiech, nawet i przez łzy, zawsze pozostanie śmiechem. Uczucia. Własnej wartości, powołania, potrzeby. Życie... Życie staje się nie do zniesienia, kiedy śmiech słychać wszędzie. Ludzie, których nawet nie znasz, przechodzą i się śmieją, czasem u-śmiechną półgębkiem. Albo stoją, bo lubią być mijani. Lubią swoim śmiechem wyprowadzać z równowagi takich, jak ty.
Kiedy spacerujesz w samotności, śmiech bywa przekleństwem.