Ześwintuszenie



Tekst powstał wspólnymi siłami forumowiczów. Jego pierwotną (i to w tym wypadku najtrafniejsze określenie) wersję możecie podziwiać na www.forum.actionmag.pl

Tam również przekonacie się, kto jaką cegiełkę dorzucił do wspólnego chlewiku. A dorzucili: Donald, Doorshlaq, Gloggy, Hazardius, Jędrzej IV Śniady, Kaemic, LCD, łysa owieczka, Martika, Niare D’Shay, Publo, Sarius, Solar, Sypee, sZakOOu, Trocinka, Tuxedo, Winix, Vith, ZoltaR
Wsparciem duchowym oraz iskrą kreatywności służył: Dziadek Mróz
Żal wyraził: indianer



einezsutniwśeZ



Różnie toczą się losy istot ziemskich. Jedni rodzą się w latach sześćdziesiątych i rozbijają po świecie autobusem z wiecznie naćpanym kierowcą. Grunt, że mają w swoich szeregach człowieka, który pisze jedną z najlepiej sprzedających się powieści. Fajnie mieli też współcześni owych kolesi, kupując "Lot nad kukułczym gniazdem" mogli wesprzeć bandę narkotyzujących się beatników.
Klawo, nie?

Jest też druga strona medalu - można się urodzić świnką. Ale to nie koniec. Można urodzić się świnką sklonowaną, której geny zmieniono tak, aby owa świnka świeciła zielonym, fluorescencyjnym światłem. Świnki klonuje się po to, aby w przyszłości wykorzystywać ich organy do przeszczepów. Świecące serce? Proszę bardzo. Tylko raczej nie jako brelok do komórki, bo może łatwo się urwać.

Ale dość tych świńskich historyjek. Aby jednak pozostać w temacie szeroko pojętej zoologii, powiemy sobie teraz o parówkach, które - jak wszyscy pewnie wiedzą - robione są z krówek. Wg wszechwiedzącej i nieomylnej (sic) Wikipedii jest parówka jest to "wędlina drobno mielona, nietrwała". Sporo kontrowersji rozbudzają w nas sposoby i składniki używane do ich produkcji. Wersja optymis... eee…. Wg Wiki, parówka składa się z: "mięsa wołowego - 30%, tłuszcz drobny - 30%, woda(lód) - 30%". Jednak wielu z nas wątpi w te dane. Dowiedzieliśmy się już, iż są to krowie wymiona, lub wszystko to, czego się nie powinno jeść. Gdzie leży prawda? Poszukajmy jej niedaleko...

Według bliżej nieokreślonego dobrego znajomego, którego rodzony brat syna wujka jego cioci pracuje w masarni, jest to mięso, oczy, mózgi, uszy i co tam jeszcze wpadnie z tych biednych krówek przemielone bardzo dokładnie. Cicho wspominał coś też o zamiataniu śmieci do mięsa przez zirytowanych sprzątaczy, ale to zapewne tylko plotki. ;) Chcąc - nie chcąc, usłyszeliśmy dodatkowo od kumpla coś podobnego o mleczku, które sam sprzedaje do zlewni (czy jak to się nazywa) i widzi na własne oczy, co się z nim tam robi. Nie chcąc was zniesmaczyć, pominiemy tą historię. Może kiedyś o niej napiszemy coś więcej. W końcu mleczko powoduje, że każdy staje się wielki (Prawie jak reklama Viagry!).

Było coś o świnkach, było też i o bydle. Wróćmy jednak do świnek, takich, co to w chlewni siedzą, wszystko żrą i łaszą się do siebie. Temat ten można powiązać i z ludźmi, bo jak wiadomo i oni czasami zachowują się jak świnie. A czemu do ludzi? A bo wszystko rozchodzi się o witaminę E, która bywa (i to dosyć często) używana do rozrodu. Po co? Nie od dziś wiadomo, iż ta właśnie witamina nazwana jest źródłem "młodości" lub też miłości, zależy od interpretacji. Kiedy nasza świnka (lub sąsiada, zależy od intencji) osiągnie dojrzałość płciową i okazuje pierwsze symptomy zainteresowania młodym knurkiem, wtedy też obojgu podaje się wspomnianą wyżej witaminkę, zwaną czasem tokoferolem. Efekt jest taki, że chcica bierze ich niemiłosierna, kopulują w najlepsze, uszczęśliwiając zarówno siebie, jak i gospodarza. Do łóżka, a tym bardziej koryta, zaglądać im jednak nie będziemy, więc wybaczcie - szczegółów brak. Oczywiście oprócz mocy sprawczej, witaminka ta ma również moc produkcyjną. Świnki bowiem antykoncepcji nie znają...

Jeżeli i wy chcielibyście poznać tajną moc tokoferolu zaopatrzcie się w kilka przydatnych produktów: oleje roślinne, migdały, orzechy włoskie i ziemne oraz m.in. brukselkę. Powinny zaspokoić Wasze pragnienia w całości.

Nie wszyscy muszą znać się na zwierzętach, istnieją jednostki, której za przydatniejszą uważają umiejętność wytworzenia narkotyków przy użyciu proszku do prania. Ludzi inteligentnych podobno rozpoznaje się po zainteresowaniach i kulturze. Człek obyty powinien słuchać muzyki klasycznej (ewentualnie jazzu), czytać niszowe książki (niemniej być na bieżąco z literaturą popularną, by móc twierdzić jak bardzo się stacza i jak daleko jej do poziomu tej pierwszej), a najlepiej jeszcze rzadko się odzywać (wszak milczenie jest złotem). Słowem powinien wpasować się w pewien stereotyp, aby ludzie rozpoznawali buchającą z niego mądrość. Najlepiej być epigonem, zwłaszcza w kwestiach filozoficznych. Założyć bloga i roztrząsać te same kwestie, którymi wieki temu zajmowali się mądrzejsi od nas.

Bycie inteligentem jest teraz w modzie. Jednak współczesna oryginalność potrafi być bardzo schematyczna. Brakuje jednostek wybitnych, za to urodzaj takich, którzy się za ponadprzeciętnych uważają. Jeden na sto ma coś do powiedzenia. Nie jesteśmy nikim szczególnym, nikim wyjątkowym. trzeba nauczyć się z tym żyć. Każde pokolenie choruje na megalomanię i uważa swoje poglądy za ponadczasowe. A może warto jedynie prześlizgnąć się przez życie bez kontuzji i po swojemu?

Nie ma co się jednak dziwić, że każde pokolenie cierpi na megalomanię, wszak większość ludzi (choć ciekawe, kto się naprawdę do tego przyzna) czuje się wspaniała, wyjątkowa i prawie nieśmiertelna. Człowiek teraźniejszy ma tę przewagę nad ludźmi z przeszłości i przyszłości, że ci pierwsi są właściwie tylko starymi kartkami z pamiętników, kilkoma wyblakłymi zdjęciami i parą zaschniętych w głowie starych ludzi wspomnień, zaś ci drudzy jeszcze nawet nie zaistnieli i to gówniarze, którzy nie mają mleka pod nosem tylko dlatego, że są na to jeszcze za młodzi. Więc o kim mają myśleć nowocześnie Ludzie Teraźniejsi? Pewnie, że o sobie, wszak czują się jedynymi godnymi uwagami ludźmi, jesteśmy tymi wybranymi, tym pokoleniem Bógwiekogo, Zwycięzców, które jest najlepsze, najwspanialsze i osiągnie tyle i tyle cudownych rzeczy. Dlatego wszyscy mamy taką podskórną myśl o nieśmiertelności, o tym, że nie zostaniemy przez świat zapomniani, że nasze idee, twórczość itp. w jakiś sposób przetrwają. A kiedy już umrzemy i staniemy się Ludźmi z Przeszłości, to (jak znam życie) będziemy mieli to wszystko w dupie. O ile jeszcze będziemy mieli dupę.

Wspominana świnka nie wierzy, że kiedykolwiek zostanie zabita i przerobiona na kanapkę, którą zje gruby amerykański dzieciak, tak my w gruncie rzeczy nie wierzymy, że kiedyś miły pan grabaż wrzuci naszą trumnę do dołka, zakopie ją, podliczy pieniążki i cichaczem pójdzie się radośnie nawalić. Megalomania nam na to nie pozwala, w końcu jesteśmy Ludźmi, młodymi, pięknymi i inteligentnymi. A ile w tym prawdy i powodu do dumy - to się jeszcze okaże. Już nie wiem czy lepiej być człowiekiem czy świnką. Świnka przynajmniej ma moralne prawo świntuszyć.

Świntuszyć jednak powinno się, ot choćby w hołdzie owej różowej, zabłoconej śwince, od której wcale tak dużo nie jesteśmy lepsi. Winniśmy jej pomoc w upowszechnianiu idei świntuszenia, żeby nigdy się nie zagubiła na zakrętach naszej mrocznej historii. Żebyśmy za pięćdziesiąt lat, siedząc w starym fotelu, paląc fajkę i widząc nasze wnuki, mogli powiedzieć z dumą "świntuszą jak my w młodości".

Jak to powiedział pewien człowiek "Życie trzeba przeżyć tak, żeby wstyd było opowiadać, za to przyjemnie wspominać." Więc wszyscy świntuszmy, gdy tylko natrafimy na okazje, bo na starość jakieś ciekawe wspomnienia mieć wypada. Nawet, jeśli "jedni mię będą egzorcyzmem chłostać, drudzy uciekną zdziwieni” (Dziady A. Mickiewicz) Ci którzy staną po Twojej stronie będą na pewno bardziej wartościowymi ludźmi.

W tym miejscu należałoby sobie zadać fundamentalne pytanie, czy żyjemy aby świntuszyć, czy może świntuszymy aby żyć? Czy istnieje cokolwiek, co mogłoby być wyżej w hierarchii? Cóż, chyba nie, chociaż teraz pewnie wielu odkrzyknie, że jest i to sporo. Ale jak Wam wiadomo krzykaczy nie opłaca się słuchać, można przez to wylądować w jakimś bunkrze i cieszyć się ostatnimi chwilami życia, bo jakiś radziecki granat oderwał nam nogi. A urywanie nóg zapewne nie jest zbyt przyjemne, nawet jeśli jakimś cudem przeżyjemy i dostaniemy za to medal. Medal to mimo wszystko nie to samo niż dwie sprawne nogi, na których można uciec z wojny.

I jak to z medalami bywa, nie są one przyznawane tym najbardziej beznogim, najbardziej bezrękim i najbardziej nieszczęśliwym, tylko tym najbardziej efektownym. To zresztą proceder dość popularny także w innych dziedzinach. Efektowność i zadziwianie niesłychanością i podskórnym pięknem jest na topie. Gorzej tylko, jeśli później okazuję się, że owego piękna nie ma, a to pod skórą, to po prostu siniak o ciekawym kształcie, który i tak zejdzie po tygodniu. Fakt jest taki, że nieefektowni (ludzie, idee, reformy) są spychani gdzieś na margines długiego i wystylizowanego wypracowania o wybuchach, rewolucjach, przewrotach, morderstwach i katastrofach. Czy to źle? Ja nie oceniam, ja po prostu opisuję.

I to wcale nie dlatego, że nie mam ochoty oceny. Jak każdy chcę wytknąć, skrytykować, zmieszać z błotem, zdeptać i pokrzyczeć, postawić w kącie, a na koniec się obrazić. Tylko po to, żeby poczuć się lepiej, ładniej, jakoś tak ponad. Wzbić się na szczyt i być naj. Najfajniej, najpełniej, najwyżej. Tyle że jak się wlezie na nie-wiadomo-jaki-piedestał, to upadek z niego jest tym bardziej bolesny i tym więcej kości przy nim się łamie. Więc żeby nie skończyć jako mokra plama, lepiej powstrzymywać się od ocen.

Zresztą po co w ogóle zaprzątać sobie głowę jakimkolwiek wartościowaniem. Jest jak jest, zapewne będzie tak dalej, a jeśli nie mam szansy zmienić, to po co w ogóle czymś się zajmować. O, gdyby zmienić, to juz całkiem inna sprawa. Mieć w sobie dość odwagi, dość zapału i samozaparcia by zmieniać świat, to cudowna sprawa.

A najwięcej zapału mają, jak powszechnie wiadomo, młodzi ludzie. To wśród nich najczęściej spotkać możemy wszelkiego rodzaju idealistów, wolontariuszy, działaczy, ludzi zaangażowanych w "robienie czegokolwiek". Młodzi ludzie wciąż mają nadzieję, wiarę i optymizm, wierzą w zmiany. Dlatego i świat należy do nich.

Jakże niewielu dorosłych potrafi podczas drogi praca-dom zatrzymać się nagle, spojrzeć w górę i zachwycić się fasadą starej kamienicy, dostrzec zielony błysk kawałka utłuczonej butelki gdzieś w trawie, zbierać stokrotki na spacerze z psem, czy wskoczyć w kałużę i roześmiać się w głos. A szkoda. Dziecięcy zachwyt jest czymś, czego nam w naszym pędzącym świecie codziennie brakuje. Bo jeśli my zachwycimy się życiem, to i ono się nami zachwyci. Zupełnie, jak w lustrze. No, powiedzmy, że odrobinę zaczarowanym.

Tylko że jakaś cząstka świata wypełnionego biologicznymi eksperymentami będzie nadal w nas siedziała. W chwili nagromadzenia się dużej ilości toksycznych zdarzeń, zaczniemy spalać w sobie złość, jednocześnie zatruwając najbliższe środowisko. Myślę jednak, że niektóre chore działania mogą posłużyć nam w dobrym celu - najbardziej zwyrodniałe idee potrafią rozjaśnić niejeden pochmurny ranek. Rozpocznijmy badania na osobach, które najbardziej kochamy. Wstrzyknijmy trochę świństwa pod skórę ludziom, którym zawdzięczamy najwięcej. Zobaczmy, co mają w środku...

Zabójcze środki, jak czekolada czy kawa, są chyba najlepsze. Wiedząc, że każdy człowiek posiada swoje granice wytrzymałości, postarajmy się sprawić przyjaciołom jak najwięcej bólu. Nie możemy oczywiście zabić ich od razu! Gorzką czekoladę, mocną kawę, najtwardsze bułki i skrystalizowany miód trzeba dawkować umiejętnie - podawać spokojnie, jednocześnie uśmiechając się do obiektu doświadczalnego. Wydaje mi się jednak, że świeże produkty, te miękkie, kremowe i lepkie - najbardziej podatne na uwielbienie - są bardziej skuteczne. Nie wolno pozwolić sobie na ani jeden gest słabości, bezproduktywnego współczucia. Jeśli już naprawdę musimy skracać cierpienie stworzenia, jeśli chcemy zakończyć agonię, to możemy zrobić to jedynie ciepłym pożegnaniem. Możemy jedynie patrzyć się na odjeżdżający pociąg.

Skoro jesteśmy istotami rozumnymi, to jaki rodzaj rozrywki może zachować naszą godność? Niekończący się bieg po elektrycznej bieżni doskonalenia umysłu?

Można w ten sposób biec... no właśnie! W nieskończoność! Bo jak to na bieżni elektrycznej.  I, niestety, nic nas tam nowego spotkać nie może, bo taśma ta sama. Da się za to dzięki wynalazkowi temu nieco odchudzić, co jednak w przypadku umysłów naszych jest niestety niewskazane. Bo umysł cienki, w przeciwieństwie do sylwetki (a i to nie zawsze), do pożądanych nie należy. Umysł, jak wiadomo, lepiej, by był tęgi.

Udoskonalanie umysłu na bieżni nie skutkuje niczym dobrym. Powinno się go raczej przy stole posadzić i kazać pożerać opasłe tomiska książek. Zdarzyć się może , iż zwymiotuje nieraz, czy przesyt poczuje, ale nie trzeba się tym zniechęcać. Gdy przyjdzie do starcia z cudzym umysłem, nasz pupil wykaże się wtedy większą siłą i na pewno cieniasa powali na łopatki.

Jeśli oczywiście nie będzie akurat zajęty innymi ważkimi sprawami, jak wyprowadzanie wzoru na ęć, anusoidę czy rozważaniem wpływu faz księżyca na okres godowy surykatek.

Lecz, niestety, przesyt książkowy następuje zbyt często i gęsto, maestro. Bo nawet ulubione danie - taki schabowy - jedzone codziennie, na śniadanie, obiad, kolacje, a nawet deser, może doprowadzić do tego, że człowiek łapie odruch wymiotny na sam widok przepysznego mięsiwa. Więc należy sobie dietę urozmaicić w produkty równie wspaniałe, co pożywne. I tak - od czasu do czasu obejrzeć jakiś film (byle nie ten z gatunku odmóżdżającego, bo przecież nasz umysł ma rosnąć w siłę, a nie anemicznie wyciekać uszami), porozmawiać z drugim człowiekiem (wzbogacając organ odpowiedzialny za dyskusyjność), pogimnastykować zarówno ciało jak i usta, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa. No i oczywiście nie można zapomnieć o tak ważnym posiłku jakim jest muzykobiad.

Czym by tutaj napchać swój dźwiękowy żołądek?! Och, ach. Moje myśli już zaczynają się rozpływać w pieczonych skrzypcach, w purée z jazzu, w sałatce z rapu, perkusji oraz mielonych gramofonów oraz w polewie z ćwierćnut i kluczy wiolinowych. Do tego ślinka mi leci na widok zupy orkiestrowej - składającej się z mnóstwa warzywnych dźwięków, bulionu z dorodnej wiolonczeli i makaronagłośnienia. Am! Am! Am! Kiedy już wszystko zostanie ładnie i pięknie oraz smacznie pochłonięte - czas na deseregionalizmy: bigos ze strun, membran, smyczków z koncentratem darkwave'u oraz sałatka hałasowocowa - pokrojone w kosteczkę dudy, gitary, onomatopeje i kilka batut w całości. Następnie, gdy już wszystko zostanie wciągnięte uchem i będzie bardzo, bardzo mało miejsca należy całość dopełnić czymś w rodzaju pięcioliniowej wisienki na torcie, czymś wspaniałym, czymś, co nie może równać się niczym innym. Tą wisienką będzie słodki herbatnik o smaku punk rocka, w polewie z muzyki etnicznej i z przepysznym nadzieniem chordofonicznym. Smaczności, dźwiękości.

Dlatego właśnie trzeba się oderwać czasem od tomisk mądrych, by zażyć na uspokojenie odrobinkę chilloutu, jazzgotu czy innej kojącej kakofonii. Graj muzyko!

Jeśli przesyt już jest, aż się myśl skręca od nabrzmiałego kretynizmu, to można robić masę innych, równie durnych rzeczy.

To może się powściekajmy. Bezsens równy, bezsens wspaniały, bezsens bezkresny, ot, może jeszcze napiszmy parę akapitów bez sensu. O, albo jeszcze lepiej, może bezsens nocny, gdy zamiast spać wertujemy pełne zła & gwałtu podręczniki. Lub bezsens spontaniczny, gdy mamy chwile wolnego i możemy uspokoić puls, tętno, serce, tętnice, wątrobę, nerki, mózg, nogi, stopy, ręce i dłonie. Toż to bezsens.

Litania bezsensu, litania bez sensu. Litania na cztery nogi jak kot.
Bezsens wierszowany, gdy brak rymu. Bezsens bez akapitów, ho ho.

I nawet bezsens traci swoją radosna anarchistyczną nutę, gdy jest pisany nieszczerze. Toteż zniszczyłem bezsens, co samo w sobie jest bez sensu.

This is madness.

Bezsens jest jednak o tyle wygodny, że nie trzeba się w żaden specjalny sposób starać, aby doświadczyć jego błąkania się pomiędzy siecią naszych neuronów. Jednocześnie, pozostając w głowie, jest w stanie cały czas drażnić receptory poczucia wewnętrznej pustki i braku sensu istnienia. Można chyba bez ryzyka stwierdzić, że bezsens nie jest czymś, za czym przesunęlibyśmy się chociaż o ułamek przestrzeni naprzód, byle tylko mieć go bliżej siebie. Zjawia się raczej wtedy, kiedy znajdujemy się na samym środku bezbrzeżnego oceanu marazmu - bezsens to jest taka cwana rybka, która dobrze wie, jak upolować swoją ofiarę, wywabiając ją jak najdalej od codziennych zajęć, dobrych myśli i radości z każdej drobnostki. Można mu się jednak w łatwy sposób przeciwstawić, nie pozwolić na pasożytnictwo w naszym wnętrzu i szerzenie złych emocji. Należy się po prostu... cieszyć. Śmiać się głośno, aż do zmęczenia przepony. Mocno ćwiczyć usta, co chwilę uśmiechając się, bez żadnego pretekstu oraz... Żyć. Tak, jak każdy ma ochotę.

To, rzecz jasna, nie zawsze jest możliwe. W końcu nie samym uśmiechaniem się człowiek żyje. Na czymś jeszcze trzeba to swoje życie zbudować. Zasady, pisane i niepisane prawa, obowiązki, to czasami może przeszkadzać w uskutecznianiu "życia tak, jak się ma na to ochotę". Owszem, nie musimy się przecież z nimi zgadzać i nie musimy ich przestrzegać - ale tutaj rodzi się problem panów mundurowych, którzy z uporem maniaka będą próbowali naprowadzić nas na tą "jedyną słuszną ścieżkę" Kolejną przeszkodą może być rzecz tak prozaiczna jak praca. Zazwyczaj jest potrzebna by radzić sobie w życiu, ale z drugiej strony - ogranicza czas do budowania tego własnego wymarzonego świata. Jasne - są ludzie których szczęście jest wprost proporcjonalne do wzrostu ilości roboty, ale to chyba tylko marny odsetek. Z jeszcze innej strony ogranicza nas fizyczność, świat, który nas otacza.

Bo przecież jeśli wymarzę sobie bycie chomikiem-najeźdźcą aldebarańskim, to nawet jeśli miałbym się usrać i zalać krwią i płynami ustrojowymi, to za cholerę nim nie zostanę.  Zaprawdę szczęśliwi Ci, którzy mają proste i możliwe do spełnienia marzenia. Przynajmniej mają bliżej drogę do tego własnego, cudownego i wymarzonego życia.

Musimy tylko pamiętać, że w dążeniu do naszych marzeń jesteśmy wolni. Zależy od nas więcej, niż sądzimy. Niech nie krępują nas konwenanse oraz indoktrynacje. Żyjmy zgodnie ze swoimi zasadami, a nie z cudzymi, nie zapominając przy tym, że to my mamy mieć zasady, a nie one nas. Precz z rzeczami, które wypada robić i które się robić powinno. Nie pijasz wódki, ale na weselu wypada? To co, nie pij i już. Nie lubisz tańczyć, ale na studniówce trzeba? Olej i nie tańcz. To Ty masz się czuć dobrze we własnym życiu i we własnej skórze. Inni jednak będą chcieli ugnieść cię jak ciastolinę i ulepić z ciebie to, co im w danej chwili potrzebne. Ale ty się nie dasz.

Jeżeli chcesz być chomikiem - najeźdźcą aldebarańskim, to nim bądź. Da się. Wystarczy się nim poczuć. Do boju zatem, gryzonie! Rozwińcie wasze chomicze skrzydła i pozwólcie sobie na długi lot nad chomiczym gniazdem. Niech wiatr pieści i rozwiewa waszą sierść, niech niebo stanie się nieskończoną przestrzenią, na której wypisywać będziecie swe przesłanie do ludzkości, niech księżyc będzie wam drogowskazem. Nie możecie przez całą wieczność siedzieć w klatkach, wesoło przebierać łapkami w kołowrotkach i z przyzwyczajenia obgryzać pręty więzień. Czas na kontemplację waszej aldebarańskiej chomikowatości, na odnalezienie w głębi jaźni Wewnętrznego Gryzonia. Wszak jesteśmy chomikami i nic, co chomicze, nie jest nam obce. Miejmy gdzieś to, że nasi pobratymcy powiedzą, że gryzoniom nie wypada fruwać i robić z siebie nietoperzy. Dalej, futrzasty bohaterze, ty nad poziomy wylatuj; niech ludzie wypatrują przyjścia wiosny, szukając na niebie chomików.

Możesz, oczywiście, zostać na dole i patrzeć na kołujących pod chmurami współplemieńców. To w końcu Twoje życie. Najważniejsze jest to, żeby świadomie dokonać wyboru i wiedzieć, czemu się go dokonało.

A gdy nie satysfakcjonuje cię przerost wyobraźni nad rozumem, nie pozostaje nic innego jak... pogodzenie się. Wewnętrzne podanie sobie ręki, zaakceptowanie tego, kim się jest i jak się wygląda. Poczuj się komfortowo we własnej skórze (bądź własnym futerku), przytul się i ukochaj. Gdy zaczniesz siebie kochać, z pewnością inni dostrzegą u ciebie to światło bijące z Twojego wnętrza. Płomień, który jest w każdym z nas. To od ciebie zależy, czy się będzie tylko tlić. Gdy go wzniecisz, inni zaczną do ciebie przybliżać się, niczym ćmy do źródła światła. Niech to co cię dręczy, nie przyćmi Twojego... Nigdy!

Pomyśl, jak to dobrze że jesteś sobą, a nie na przykład świnką, krową, czy surykatką... Często niepotrzebnie zazdrościmy czegoś, co nam brak - a nie zdajemy sobie sprawę z konsekwencji z wypowiadanego w duchu życzenia. Można zazdrościć świniom 30-sto minutowego orgazmu, ale czy jesteś w stanie poświęcić możliwość spoglądania w niebo? Bo świnie (z racji konstrukcji swego ciała) nie są w stanie na nie spojrzeć. To lepiej pozostać homo-sapiens, mieć orgazmy krótsze i móc rozkoszować się widokiem bezchmurnej, gwieździstej nocy. Zbyt często (i zbyt pochopnie) mamy życzenie być kimś innym, bez zważania na cenę, jaką by trzeba było zapłacić za to.

Chociaż orgazm wieprzy może i trwa trzydzieści minut, ale one tego nie czują. No to po co taki orgazm? Wyobraź sobie, człowieku, że podczas którychś badań okresowych doktor powiedziałby ci, że miewasz trzydziestominutowe orgazmy, ale, niestety, nie możesz ich odczuwać. W dodatku wieść by się rozniosła i wszyscy naokoło by o tym trąbili. Bo nikogo nie interesowałby fakt, że z twojego zajebistego daru masz naprawdę nic, ważna byłaby ta pieprzona półgodzina, na słuch o której ludziom gały zachodziłyby bielmem. Wiesz, jakbyś się czuł? Powiem ci - czułbyś się tak, jak dajmy na to Rumun, co znalazł się bez możliwości powrotu na jakiejś wyspie Oceanii, w której języku każde rumuńskie słowo to dziwacznym trafem przekleństwo wyzywające matki, babki i święte duchy miejscowego ludu. Gdyby oni cię nie zajebali, zrobiłbyś to sam z rozpaczy. Pogodzenie się z taką klęską, na dodatek zupełnie niezasłużoną, jest oczywiście niemożliwe.

A teraz wyobrażaj sobie człeku w dalszym ciągu. Wyobraź sobie, że każda twoja ludzka moc, każda umiejętność, każda cecha, każdy skill, perk czy jak to tam nazwiesz, to w istocie dwie moce sprzężone. Jesteś dobry, miły i skłonny do oddania życia na krzyżu - to cię nazwą bubkiem, co miał powalone w głowie. Jesteś skurwielem i mordercą - to cię w końcu złapią. Jesteś japiszonem i masz kupę forsy, to ci powiedzą, że jesteś niewolnikiem, bo tak naprawdę to kasa ma ciebie. Pomagasz biednym dzieciom, to z reguły nigdy nie poznasz, jak to jest być niewolnikiem kasy. Chcę ci powiedzieć, człowieku, że cokolwiek byś kiedykolwiek mógł mieć, w rzeczywistości jest zawsze - po pierwsze trzydziestominutową jazdą, po drugie - niemożnością jej odczuwania. I co, dalej chcesz się godzić? Przecież to, jak ci kładłem, niemożliwe. Możesz się pogodzić, owszem, z jakimś twoim oglądem tej oczywistej prawdy, który sprawi, że będziesz mógł "odczuwać częściowo", czy uwierzyć w podobną w kształcie bzdurę. Twój ogląd będzie tak ograniczonym i marnym substytutem, jak twój punkt widzenia na prawdę, która zawsze jest jedna i niezmienna. Nie będziesz zły, bo to źle? Chociaż chciałbyś? Piękna racjonalizacja! Nie będziesz miał kasy, bo wolisz pomagać ludziom? Witaj, jesteś Mesjaszem numer pięć milionów, a że to okrągły numer, wygrywasz trzepaczkę do jajek. A niech to, będziesz gonił ideały? Uważaj, żebyś w końcu nie złapał własnej dumy i totalnej samotności. A chuj z tym, powiesz, nie zadowolę wszystkich? No właśnie stary! I trzydziestominutowy orgazm przeszedł koło nosa.

Gdybyś teraz nie wiedział co ze sobą począć, podpowiem ci. Zrób nic. Wielkie, czarne nic. Nic, w którym bulgoczą kikuty, zaczyny i zarodki tego, co się na ciebie teoretycznie składa. Nie daj niczemu dojść do głosu i przyjmuj wszystko jak ci Bozia spuści. A może - wal wszystko, skoro dała ci półgodzinne odloty, ale ci ich nie dała. To w ogólności.

A teraz cię może rozczaruję - nie ma tak naprawdę ucieczki od tej cholernej dychotomii, ale przy odrobinie szczęścia i sprytu możesz urządzić się tak, żeby czasem wydało się, że naprawdę masz ten trzydziestominutowy orgazm. Zostań na przykład alkoholikiem. Ale nie menelem, który nie schnie i trzeba go raz na jakiś czas zdrapywać z ławki pod blokiem, a raczej kimś, kto pije łiskacza na wieczór, czasem jakieś inne wolty i dzięki temu jest zawsze kilka kielonków do przodu. Idź dokąd poszli tamci, do ciemnej wytrzeźwiałki. Po pięćset złotych kary - twoją ostatnia nagrodę. Idź na kolanach wśród tych co trzeźwi, wśród obalonych na plecy i odurzonych esperalem. Wytrzeźwiałeś nie po to aby żyć. Masz mało kasy, trzeba dać świadectwo. Bądź odważny gdy łeb zawodzi, a bomba twoja bezbrzeżna niech będzie jak morze, ilekroć usłyszysz głos pozbawionych i niedopitych. Niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Huynia, dla japusów, abstynentów, harcerzy. Oni wygrają, pójdą na twój pogrzeb i z ulga rzucą glutę, a ktośtam napisze twój uładzony życiorys. Oglądaj w lustrze swą menelską twarz, powtarzaj: Zostałem powołany - czyż nie było bardziej predysponowanych? Strzeż się oschłości w ustach, kochaj źródło zaranne, flakon o nieznanej wodzie, dąb zimowy, chłodną kałużę, śnieżynki z nieba. One nie potrzebują twojego gorącego czoła. Są po to aby mówić - nikt cię nie obróci na plecy. Czuwaj - kiedy łupanie pod czachą daje znak, wstań i idź. Dopóki krew obraca w trzewiach twoją zmarszczoną wątrobę. Powtarzaj stare pijackie piosenki ludzkości, klątwy i bluzgi, bo tylko tak zdobędziesz kołnierz za który nie wylejesz. A nagrodzą cię za to tym co mają pod ręką - trzydziestominutowym orgazmem i niemożnością jego odczucia. A jak przyjdzie kac i przeświadczenie, że tak naprawdę nigdy tego orgazmu nie miałeś i miał nie będziesz, to... kac nie musi przychodzić. Po prostu bądź wierny, pij dalej.
Dróg jest wiele.

A każda z nich prowadzi donikąd. Powiedział kot i poszedł spać. A kot się zna na rzeczy, wie co mówi. Bo koty tak mają. I kocice też. Wstają rano, albo troszkę później, zazwyczaj całkiem dużo później, i myślą, czy pójść w lewo, czy w prawo. A odpowiedź jest prosta. Iść do miski. Jak miska zrobi się bardziej pusta niż pełna, wtedy trzeba dokonać wyboru dalszego, prawdziwego. No to w lewo, czy w prawo? Wąsiki latają, drgają, badają powietrze. I nic. No tak, trzeba by się najpierw obudzić. Kot nie zdecyduje przez sen. Ach te pośniadaniowe drzemki, dokąd one kota zaprowadzą? No, do jakiejś drogi. A, że droga prowadzi donikąd, to po co kot ma decydować o kierunku? Lepiej spać!

Ale nie można ciągle spać, więc kot w końcu decyduje. Wybiera stronę lewą, zapach wanilii nęci go bardzo. A prawy cynamon odrzuca. Zbliża się powoli, bardzo ostrożnie. Wanilia kojarzy mu się z przyjemnym uczuciem zza uszka. Tak, trzeba odpowiednio wymierzyć odległość. To bardzo ważne w kociej wędrówce. Prawie jak czajenie. Podróż bez czajenia nie ma wartości żadnej. Czajenie się to wartość sama w sobie. Właściwie nadwartość! Dobrze przyczajony kot, z prawidłowo odmierzoną odległością, to gwarancja sukcesu. Sukcesu kota, rzecz jasna. Kot robi siup, i już jest na kolanach. I teraz waniliowa dłoń będzie mu robić dobrze. Za uszkiem.

Tak, cudza dłoń zawsze robi lepiej niż nasza własna (nieważne gdzie kto by ją wkładał). Są jednak i tacy, co to uprawiają werbalną masturbację, a na dodatek uchodzą za tych herosów jakich robią z siebie we własnych, osobistych eposach. Banda durniów podąża za ślepymi przywódcami ku ogólnemu ogłupieniu i mają rację, upraszczają sobie życie kierując się schematami, które zobaczyli w jakimś paździerzowym serialu dla ubogich emocjonalnie kretynów obserwujących w czarnej skrzynce cudze życie, bo nie stać ich na odwagę, by przeżyć jakoś swoje. Całe pokolenia od zarania dziejów w krańcowym momencie swojego życia budzą się przed telewizorem z wielkim brzuchem i puszką piwa w ręce z pytaniem: "Gdzie ja jestem? Co ja tu robię? Jeszcze w tamtym tygodniu byłem młody!". Parę dni później ubrany w czarne stroje tłum czyta jakieś idiotyczne epitafium i łka na pokaz za człowiekiem, którego nawet nie znali. Pewien stary facet powiedział kiedyś, że gdyby mógł jeszcze raz przeżyć własnej życie, to popełniałby więcej błędów... Pieprzyć doskonałość, nie jest nam ona dana. Najlepsze, co możemy, to robić za błaznów i modlić się, by któregoś dnia pojawił się w naszym życiu ktoś, kto spyta błazna, dlaczego w głębi duszy płacze - i to właśnie jest przyjaźń. Pieprzyc więc kota, który ciągnie do tego, kto go drapie za uszkiem - taki kot to parszywy wyzyskiwacz, który jest z nami tylko dla tego, że oferujemy mu coś w zamian, bo jak stracimy obie kończyny podczas ścinania trawnika, to kot zamiast pomóc zbierać szczątki, chapnie zakrwawiony paluszek i spieprzy w krzaczki, żeby go skonsumować. Nie lubię kotów.

I choć ów kot nie był mój, to z mojej ręki zginął. Wskutek jego gwałtownej śmierci otworem stoi droga do kolejnej żałoby narodowej. Do kolejnej ogólnonarodowej dyskusji o życiu i jego tragicznym końcu, do czarnych okładek gazet i specjalnych wydań wiadomości. Ktoś musi zginąć, żeby reszta miał czym żyć. Spraw, o Najwyższy, byśmy występowali tylko w tej drugiej roli.

Bo, jako się rzekło, różnie toczą się losy istot ziemskich. Są tacy, co rodzą się w latach sześćdziesiątych i rozbijają po świecie autobusem z wiecznie naćpanym kierowcą. Choć czasy się zmieniły, my również możemy stworzyć naszą własną bohemę i trochę się zezwierzęcić. Byle się nie ześwinić. Wprawdzie od teraz prawdziwe świnie są fluorescencyjne, ale przy jasnym świetle można nie zauważyć różnicy.



www.forum.actionmag.pl