Biszkoptowy wieczór. W starym, wielkim, wełnianym swetrze, otulającym człowieka z każdej strony, sprawiającym wrażenie, jakby był stałocieplnym zwierzęciem. Całym stadem malutkich, miękkich zwierzątek próbujących się do ciebie przytulić. Wieczór z słuchawkami na uszach i z muzyką, która zapomina o wzbudzającej niepokój zimie za oknem, o hiszpańskiej gramatyce i o prawie grawitacji. Która ma w nosie klasówkę z fizyki, oceny półroczne i brudne naczynia po kolacji. Z kubkiem pełnym herbaty idealnie leżącym w dłoni, pachnącym tak, że połowę napoju z pewnością wypija się przez nos wraz z oparami. Herbata jest gorzka. Po co słodzić coś, co wcale słodsze by nie musi? Całe piękno herbaty leży w tym charakterystycznym, jedynym w swoim rodzaju drapaniu języka tuż po jej przełknięciu. Z tego samego powodu lubię sok pomarańczowy. Pamiętasz o nim jeszcze długo po wypiciu. Co jeszcze? Jeszcze bliskość niebieskich oczu w czarno- białej futerkowej oprawie, czterołapnych i ogoniastych, chcących wskoczyć mi na kolana i ogrzać czterdziestostopniowym, zwinnym ciałem. A za oknem zima. Najbardziej szlachetna i elegancka ze wszystkich pór roku. Wiosna jest spontaniczna i roztrzepana w swoich zmiennych nastojach. Jak zakochana szesnastolatka, która nie zawsze nad sobą panuje. Stara się cieszyć słońcem, ale czasami wdepnie w kałuże, o której zapomni. Czasem marnuje czas i energię, a czasem wykorzystuje ją najlepiej jak się da. Nieprzewidywalna i kapryśna, a mimo to sympatyczna. Chyba jestem wiosną. Lato? Ciepłe i bliskie ogarnia nas z każdej strony. Ogrzewa nas całym sobą, jednocześnie zmęczone życiem i zakurzoną drogą, liśćmi, myślami. Ale ciągle daje innym radość, od czasu do czasu biega z deszczową ścierką ścierając pył. Kiedyś pewnie będę latem. Obym tylko nie była jesienią. Na początku byłoby pięknie, złoto - liściasto. Byłoby się słoneczną smuga w lesie, liśćmi w ręku dziecka, ciepłym, pachnącym wiatrem, ale też zamyśleniem długiego wieczoru. A zamyślenie z czasem zmienia się w melancholię, aż w końcu staje się depresją wronich koron drzew, zamiast liści mających czarne ciężkie skrzydła, które jednak nie uniosą drzewa, przygniatanego ciężkimi kroplami deszczu. Nie chcę być jesienią. A zima? Jest ponad tym wszystkim. Idzie na oszronionych szpilkach po srebrnym lodzie, a mimo to nie przewróci się. Każdy, kto na nią tylko spojrzy o tym wie. Jest perfekcyjna, odległa w swoim pięknym błękitno - srebrnym obliczu. Każdy krok wyważony i daleki od „tego wszystkiego”. Nie dla niej potknięcia. Ona się nie zachwieje, nie zatrzyma, nie spojrzy nikomu w oczy. Podziwiana i szanowana z daleka. Czy bliskość stopiłaby ją, czy zmroziła nas, nikt nigdy nie miał odwagi sprawdzić. Ja też nie. Niech pozostanie za drzwiami. Mogę oglądać jej piękno zza szyby. I tam stoi gotowa, aby się nią zachwycić. Więc jestem spokojna. A wieczór coraz intensywniej pachnie truskawkami i czekoladą z orzechami. Ale tak naprawdę wcale nie napisałam dlaczego. Nie dlatego, że jest mi wygodnie i ciepło, że mogę zignorować mróz za oknem i wiatr w zeschłej trawie. Że mam nową płytę i że moja waltornia jest mi coraz bardziej posłuszna. Że ananas jest pyszny, a kot kicha w ten niepowtarzalny sposób. Bo nawet bez tego wszystkiego miałby ten sam smak. Tylko dlatego, że znam jeszcze kogoś kto uważa, że ten wieczór jest piękny. I dla niego ma zapach moich włosów.