| Kolejny chory tekst (c) by Pewien Gość | Reklamacji raczej nie uwzględniamy |
Są różne choroby. Jeden urżnie się w cztery dupy, położy w rowie, zmarznie i nazajutrz zaraża wszystkich katarem. Inny spędzi noc w szemranym burdeliku i potem rozprzestrzenia wszędzie rzeżączkę. Jeszcze inny poogląda sobie w internecie strony porno, przy okazji wydłużając egzystencję paru nowym odmianom komputerowych bakcyli. Wszystko to jednak zgoła nieszkodliwe zjawiska, które bledną przy możliwościach wirusa z rodziny cretinus extremus. Mówiąc krócej, najstraszliwszą jest epidemia głupoty.
Ma ona niejedną postać. Mówiąc dokładniej, zarejestrowano do tej pory cztery miliardy sześćset osiemdziesiąt dwa miliony sto piętnaście tysięcy dwieście dwadzieścia siedem i pół odmiany tej mrożącej krew w żyłach przypadłości. Nie jest praktycznie możliwe, aby rzetelnie opisać choćby część z nich. Zatem wychodząc z założenia, że lepiej opisać jedną dobrze aniżeli kilka pobieżnie, przystąpmy do dzieła.
No więc chory wygląda... normalnie. To znaczy różnie z tą normalnością bywa, ale nie zaobserwowano takich odchyleń od normy, które byłyby dla rzeczonej choroby szczególnie charakterystyczne. Pacjenci nie skarżą się z reguły na żadne bóle. Nie mają żadnych obrażeń na ciele. Brak zaczerwienionych miejsc, bąbli, krost, czyraków i innych zmian skórnych. Nie kaszlą, nie kichają, nie plują krwią, nie wymiotują, nie ciekną im gluty z nosa, nie puszczają zwieracze. Nie narzekają na jakiekolwiek dolegliwości, w nocy śpią dobrze, dopisuje im apetyt.
Jedyny objaw wskazujący, że mamy do czynienia z cretinus extremus, widoczny jest podczas pisania - tak odręcznego, jak i komputerowego. Dotknięci chorobą z maniakalnym uporem piszą słowo "ci" (oraz pochodne: "cię", "tobie", "twój") z dużej litery. Próbowano oczywiście wytłumaczyć to przedziwne zjawisko w sposób racjonalny. Sięgnięto po wszelkie możliwe kodeksy, precyzujące wytyczne w sprawie polskiej pisowni. Bez rezultatu. Wszędy jak wół stało napisane, że zaimki pisze się z małej. Owszem, w konwencjach dotyczących prywatnej korespondencji znalazł się zapis, iż zwroty do adresata z powodów grzecznościowych winno się honorować kapitalikami. Tyle, że nijak się to ma do naszego tajemniczego wirusa, gdyż prywatna korespondencja, jak sama nazwa wskazuje, jest prywatna - zatem nie dotyczy to tekstów publikowanych w AM, na forach, w blogach, w portalach informacyjnych, na ulotkach reklamowych, plakatach, itepe, itede. Tymczasem we wszystkich wymienionych miejscach i w wielu niewymienionych spotykano się z nagminnym występowaniem objawu "ci".
Pojawiła się szybko hipoteza, że po prostu chodzi o zwykłe (i poniekąd racjonalne) włażenie innym w dupę w celu uzyskania od nich wymiernych korzyści. Zrozumiałe jest, że włażą nam w dupę bez wazeliny banki, żebyśmy u nich brali kredyty, że pakują się nam w odbyt producenci luksusowych samochodów, byśmy wzięte kredyty wydawali na ich błyszczące auta (koniecznie terenowe, aktualnie szczyt mody), że penetrują nas analnie sprzedawcy ubezpieczeń, żebyśmy się u nich ubezpieczyli na wypadek, gdyby nasze błyszczące terenówki wbiły się, nie daj Boże, w ścianę domu sąsiada albo co gorsza w samego sąsiada. Jakie jednak korzyści można uzyskać od gościa znajdującego się po przeciwnej stronie globu i przypadkiem tylko odwiedzającego tę samą stronę internetową? Poza tym rzeczywistość szybko zweryfikowała prawdziwość owej hipotezy. Stwierdzono bowiem wcale nierzadkie występowanie kwiatków typu "(...) więc w boga wierzą Ci, którzy chcą, a nie Ci, którzy potrzebują." (przypaadek autentyczny i świeży, z Forum AM - jak widać, "ci" ważniejsze nawet od Boga :D). Wniosek nasuwał się sam. Stosowanie dużej litery w takich a nie innych wyrazach świadczy rzeczywiście o przewlekłej i groźnej chorobie.
Naukowcy, jak to zwykle oni czynią gdy uda im się jakieś dwa fakty skleić w logiczną całość, zaczęli bić na alarm. Nikt jednak się tym nie przejął. Pewnie ludzie byli akurat gdzieś między obsrywaniem portek z powodu globalnego ocieplenia a modlitwą do bogów, by ci (sic, mała litera!) zniszczyli co rychlej wszystkie te diabelskie elektrownie jądrowe. Kogo by tam obchodziło to, co się teraz pisze, skoro o dziejach świata decydują telewizory. Może jednak tym razem należało posłuchać naukowców, bo gdyby nie wynalazek pisma, to pewnie nadal mieszkalibyśmy w jaskiniach i polowali na szablastozębne tygrysy, a ignorowanie zasad poprawnej komunikacji zeralizuje ten scenariusz na pewno znacznie szybciej, niż nadmierna emisja dwutlenku węgla do atmosfery (przypomnijmy choćby casus Wieży Babel).
A jeśli nawet zagłada cywilizacji z tego powodu nie nadejdzie, to zawsze miło jest mieć świadomość, że się wie, co się pisze, a nie powielać bezmyślnie teksty reklamówek. To wszystko na dziś, moje drogie owieczki. Oby się Wam... tfu, wam, nie przytrafiały żadne paskudne orty w nadchodzącym Nowym Roku 2008.
Pewien Gość
zlosliwiec(usuń)epf.pl
20.12.2007