strona: 05       
<< poprzednia | spis treści | następna >>


POŻEGNANIE

Jak bulterier!


Już od mniej więcej godziny za oknami jest jasno. Można zobaczyć ze szczegółami sylwetki osób przechadzających się akurat o tej porze bez pomocy ulicznych lamp. Wszystko wskazuje na to, że rozpoczął się całkiem nowy dzień - niech będzie, że czwartek. W którymś z mieszkań dzwoni z uporczywie stałą częstotliwością budzik, zaburzający celowo czyjś głęboki sen. Jeden sygnał do wstania, drugi, trzeci... Może włączyć opcję drzemki? Tak mija kolejnych piętnaście leniwych minut. W miarę upływu tego czasu osoba wzywana przez mechaniczne drgania do opuszczenia cieplutkiego, wygodnego łóżka coraz bardziej przytomnieje. Zdaje sobie - powoli, bo powoli, ale jednak - sprawę, że to już ostateczna szansa na koniec wypoczynku bez dalszych konsekwencji. Tak, trzeba iść do pracy, harować na swoje utrzymanie, na komfort całej reszty dnia, której nie spędza się przy ciężkich ładunkach do wniesienia na wielką halę, pełniącą rolę magazynu. Trzeba walczyć, trzeba być "jak bulterier! Jak wściekły byk, jak chrabąszcz, jak gajowy, jak Tommy Lee Jones w "Ściganym"!

Można chyba już snuć dosyć mgliste domysły, co ta cała historyjka robi w tym artykule, w magazynie traktującym o tematyce sportowej. Bynajmniej nie chodzi o sen, nie jest to też krucjata wymierzona przeciwko budzikom świata - co to, to nie! Budziki to rzecz przydatna, której krytykować po prostu nie wypada... Nie w tym jednak meritum. Powracając do sensu zaistnienia tej krótkiej opowiastki - macie może jakieś skojarzenia, pomysły, przebłyski (geniuszu)?



Jeśli ktoś z Was pomyślał o walce, miał rację. Każdy, kto miał jakikolwiek kontakt ze sportem, wie, że jest to jedna wielka wojna. Potyczki charakterów, bitwy nerwów, starcia emocji. Na każdej sportowej imprezie wszyscy toczą między sobą batalię o wiktorię, o pokonanie przeciwnika czy przeciwników. Nieważne, czy jest to wysoki rangą konkurs pływacki, czy też mniej prestiżowe zawody szkolne w rzucie piłeczką palantową. Na czas rywalizacji wręcz automatycznie uruchamiają się mechanizmy zwycięstwa, pragnienia, determinacji. Cały organizm nastawia się na jedno, ciągle motywuje się sam do walki, do osiągnięcia najlepszego rezultatu, dającego pożądane zwycięstwo.

Oczywiście mam świadomość, że nie każdy staje do rywalizacji z innymi. To jasne, że kiedy pani po czterdziestce wychodzi pod wieczór pobiegać ulicami swojego miasta, raczej nie ściga się z innymi przechodniami, czy przypadkowo spotkanymi miłośnikami rekreacyjnego biegania dla zdrowia i kondycji. Nie próbuje też wyprzedzić w prędkości dźwięku ani światła, no chyba, że w formie czystej zabawy. Czy jednak ta kobieta jest ot zupełnie wykluczona ze świata boju? Nie. Toczy bitewki z samą sobą, ze swoją psychiką, ze swoim lenistwem, z wszystkimi pokusami. I także wygrywa - kiedy wieczorem, zamiast obejrzeć kolejny odcinek ulubionego serialu, "zwiedza" po raz wtóry swoją okolicę.

Wiecie, moim zdaniem walka to element wspólny, jedno ze spoiw łączących sport z życiem. Kiedy oglądamy sportowca opadajacego z sił, ale wciąż walczącego, z tą samą ikrą w oku - możemy go potraktować jako wzór. Czasem przecież sił też nam brak, nie wszystko układa się po myśli. Czy jednak marazm, zrezygnowanie i obojętność w czymś pomogą, poprawią naszą sytuację? Nie - ale jeśli powalczymy, może być zupełnie inaczej.


Autor: Przemek Fojcik (gloggy)



Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstów czy grafiki jest zabronione!
Copyright: @-SPORT - 2006-2008 - magazyn sportowy.

<< poprzednia | spis treści | następna >>