|
POŻEGNANIE
Jak bulterier!
Już od
mniej więcej godziny za oknami jest jasno. Można zobaczyć ze szczegółami
sylwetki osób przechadzających się akurat o tej porze bez pomocy ulicznych
lamp. Wszystko wskazuje na to, że rozpoczął się całkiem nowy dzień - niech
będzie, że czwartek. W którymś z mieszkań dzwoni z uporczywie stałą
częstotliwością budzik, zaburzający celowo czyjś głęboki sen. Jeden sygnał do
wstania, drugi, trzeci... Może włączyć opcję drzemki? Tak mija kolejnych
piętnaście leniwych minut. W miarę upływu tego czasu osoba wzywana przez
mechaniczne drgania do opuszczenia cieplutkiego, wygodnego łóżka coraz bardziej
przytomnieje. Zdaje sobie - powoli, bo powoli, ale jednak - sprawę, że to już
ostateczna szansa na koniec wypoczynku bez dalszych konsekwencji. Tak, trzeba
iść do pracy, harować na swoje utrzymanie, na komfort całej reszty dnia, której
nie spędza się przy ciężkich ładunkach do wniesienia na wielką halę, pełniącą
rolę magazynu. Trzeba walczyć, trzeba być "jak bulterier! Jak wściekły
byk, jak chrabąszcz, jak gajowy, jak Tommy Lee Jones w "Ściganym"!
Można
chyba już snuć dosyć mgliste domysły, co ta cała historyjka robi w tym
artykule, w magazynie traktującym o tematyce sportowej. Bynajmniej nie chodzi o
sen, nie jest to też krucjata wymierzona przeciwko budzikom świata - co to, to
nie! Budziki to rzecz przydatna, której krytykować po prostu nie wypada... Nie
w tym jednak meritum. Powracając do sensu zaistnienia tej krótkiej opowiastki -
macie może jakieś skojarzenia, pomysły, przebłyski (geniuszu)?
|
|
Jeśli
ktoś z Was pomyślał o walce, miał rację. Każdy, kto miał jakikolwiek kontakt ze
sportem, wie, że jest to jedna wielka wojna. Potyczki charakterów, bitwy
nerwów, starcia emocji. Na każdej sportowej imprezie wszyscy toczą między sobą
batalię o wiktorię, o pokonanie przeciwnika czy przeciwników. Nieważne,
czy jest to wysoki rangą konkurs pływacki, czy też mniej prestiżowe zawody
szkolne w rzucie piłeczką palantową. Na czas rywalizacji wręcz automatycznie
uruchamiają się mechanizmy zwycięstwa, pragnienia, determinacji. Cały organizm
nastawia się na jedno, ciągle motywuje się sam do walki, do osiągnięcia
najlepszego rezultatu, dającego pożądane zwycięstwo.
Oczywiście
mam świadomość, że nie każdy staje do rywalizacji z innymi. To jasne, że kiedy
pani po czterdziestce wychodzi pod wieczór pobiegać ulicami swojego miasta,
raczej nie ściga się z innymi przechodniami, czy przypadkowo spotkanymi
miłośnikami rekreacyjnego biegania dla zdrowia i kondycji. Nie próbuje też
wyprzedzić w prędkości dźwięku ani światła, no chyba, że w formie czystej
zabawy. Czy jednak ta kobieta jest ot zupełnie wykluczona ze świata boju? Nie.
Toczy bitewki z samą sobą, ze swoją psychiką, ze swoim lenistwem, z wszystkimi
pokusami. I także wygrywa - kiedy wieczorem, zamiast obejrzeć kolejny odcinek
ulubionego serialu, "zwiedza" po raz wtóry swoją okolicę.
Wiecie,
moim zdaniem walka to element wspólny, jedno ze spoiw łączących sport z życiem.
Kiedy oglądamy sportowca opadajacego z sił, ale wciąż walczącego, z tą samą
ikrą w oku - możemy go potraktować jako wzór. Czasem przecież sił też nam brak,
nie wszystko układa się po myśli. Czy jednak marazm, zrezygnowanie i obojętność
w czymś pomogą, poprawią naszą sytuację? Nie - ale jeśli powalczymy, może być
zupełnie inaczej.
Autor: Przemek Fojcik (gloggy)
| |