strona: 03       
<< poprzednia | spis treści | następna >>


POŻEGNANIE

Mój pierwszy raz.. Na stadionie


Mecze piłkarskiej reprezentacji Polski wydawały mi się zawsze wielkim świętem kibiców. W końcu po murawie biegały wtedy nazwiska jeśli nie z czołówki (no, prawie) klubów europejskich, to co najmniej śmietanka graczy występujących w rodzimej lidze. Atmosfera, domniemywałem, musiała być cudownie podniosła. Race, serpentyny, konfetti – nie wspominając już o szalikach czy umalowanych na biało-czerwono kibicowskich pyskach, jakże swojskich gębach i mordach.

Swoje wyobrażenia miałem okazję skonfrontować z rzeczywistością kilka miesięcy temu. Oto 17. października ubiegłego roku reprezentacja (co prawda w krajowym składzie, ale jednak) grała towarzysko z Węgrami. Decyzję o kupnie biletu powziąłem dopiero w dniu meczu i – o dziwo – udało się! Upragnione wejściówki były jeszcze w kasie, co mnie trochę zastanowiło, bo jak to tak – dla mnie, kibicowskiego naturszczyka, upragnione – i są? To gdzie się w takim razie podziali tak zwani prawdziwi kibice, którzy kasy szturmować powinni od godzin porannych i to kilka tygodni wcześniej?

Sprawa wyjaśniła się parę godzin później, kiedy na własne oczy zobaczyłem, jak „prawdziwy kibic” wygląda, jak się zachowuje i o czym rozmawia („nawija” właściwie). Otóż „prawdziwy kibic” z daleka przypomina Murzyna, cały jest ubrany na czarno. Kurtka z wyrobu skóropodobnego, rzecz jasna, nieodzowna. „Prawdziwy kibic” mecz ogląda tyłem do płyty boiska, za to przodem do kibiców mniej prawdziwych, którzy najwyraźniej strasznie się w oczach „prawdziwego kibica” wygłupili, przywdziewając narodowe barwy i malując radośnie twarze.

Pech chciał, że znalazłem się w samym środku tłumku „prawdziwych kibiców”. Myślę, że byłem tego dnia drugą – obok Chińskiego Muru – rzeczą dostrzegalną z kosmosu. Na pewno zauważalny, jako mała, kolorowa kropka, był mój szalik tonący w otaczającej mnie zewsząd czerni. Cóż, miejsce nie było najkorzystniejsze. 



Bardziej niż obserwacją samego spektaklu boiskowego zajmowałem się nieustannym śledzeniem pozycji „prawdziwych kibiców”, którzy porównywali obwód swoich przedramion oraz wymieniali się ploteczkami dotyczącymi najczęściej tych, którzy poprzednie spotkania (tym razem ligowe) okupili ciężkimi kontuzjami. Ktoś stracił palec, komuś niefortunnie złamała się ręka (w trzech miejscach) – ot, proza kibicowskiego życia. Z początku chciałem uciekać. W zasadzie to uciekać chciałem przez pełne 90 minut, ale wtedy chciałem najbardziej. Im bliżej przerwy, tym sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Część „prawdziwych kibiców”, ściśnięta w kółku, najwyraźniej miała jakiś plan. Wolałem nie sprawdzać na sobie jego efektów i drugą połowę obejrzałem z korony stadionu, o ile tak nazywa się barierki pod zegarem. Tam już właściwie „prawdziwych kibiców” nie było, zdecydowanie przeważały głuptasy w szalikach.

Końcowy gwizdek zastał mnie przy bramie stadionu. Moja przezorność została nagrodzona tylko częściowo – gros kibiców zdążył na tramwaj, którym udawałem się do centrum miasta. Na szczęście nie byli to owi dumni herosi w czerni, a zwykłe podrzutki w kolorowych szmatkach. Niemal zapłakałem z radości, po czym oddałem się kontemplacji eskortujących nas radiowozów. (Czyżby policja obawiała się, że porwiemy tramwaj?)

Wynik? On był tu najmniej istotny, choć z telewizji dowiedziałem się później, że przegraliśmy po rzucie karnym. Łódź nie była tego dnia szczęśliwa dla biało-czerwonych. Oprócz jednego z nich. Jeśli w pustym tramwaju, mknącym ulicą, Kilińskiego widzieliście młodzieńca z rozwianym włosem, z godnością obnoszącego swój szalik i dzielnie znoszącego porażkę – to mogłem być ja.

Jeśli w dodatku młodzieniec ów niepewnie rozglądał się na boki, a czekając na przystanku pilnie wtulał głowę w kołnierz i nie patrzył przechodniom prosto w oczy – tak, to z pewnością byłem ja.

DO BOJU POLSKO!


Autor: Daniel Markiewicz (Tuxedo)



Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstów czy grafiki jest zabronione!
Copyright: @-SPORT - 2006-2008 - magazyn sportowy.

<< poprzednia | spis treści | następna >>