|
POŻEGNANIE
Mój pierwszy raz.. Na stadionie
Mecze piłkarskiej reprezentacji Polski wydawały mi się
zawsze wielkim świętem kibiców. W końcu po murawie biegały wtedy nazwiska jeśli
nie z czołówki (no, prawie) klubów europejskich, to co najmniej śmietanka
graczy występujących w rodzimej lidze. Atmosfera, domniemywałem, musiała być
cudownie podniosła. Race, serpentyny, konfetti – nie wspominając już o
szalikach czy umalowanych na biało-czerwono kibicowskich pyskach, jakże
swojskich gębach i mordach.
Swoje wyobrażenia miałem okazję skonfrontować z
rzeczywistością kilka miesięcy temu. Oto 17. października ubiegłego roku
reprezentacja (co prawda w krajowym składzie, ale jednak) grała towarzysko z Węgrami.
Decyzję o kupnie biletu powziąłem dopiero w dniu meczu i – o dziwo – udało się!
Upragnione wejściówki były jeszcze w kasie, co mnie trochę zastanowiło, bo jak
to tak – dla mnie, kibicowskiego naturszczyka, upragnione – i są? To gdzie się
w takim razie podziali tak zwani prawdziwi kibice, którzy kasy szturmować
powinni od godzin porannych i to kilka tygodni wcześniej?
Sprawa wyjaśniła się parę godzin później, kiedy na własne
oczy zobaczyłem, jak „prawdziwy kibic” wygląda, jak się zachowuje i o czym
rozmawia („nawija” właściwie). Otóż „prawdziwy kibic” z daleka przypomina
Murzyna, cały jest ubrany na czarno. Kurtka z wyrobu skóropodobnego, rzecz
jasna, nieodzowna. „Prawdziwy kibic” mecz ogląda tyłem do płyty boiska, za to
przodem do kibiców mniej prawdziwych, którzy najwyraźniej strasznie się w
oczach „prawdziwego kibica” wygłupili, przywdziewając narodowe barwy i malując
radośnie twarze.
Pech chciał, że znalazłem się w samym środku tłumku
„prawdziwych kibiców”. Myślę, że byłem tego dnia drugą – obok Chińskiego Muru –
rzeczą dostrzegalną z kosmosu. Na pewno zauważalny, jako mała, kolorowa kropka,
był mój szalik tonący w otaczającej mnie zewsząd czerni. Cóż, miejsce nie było
najkorzystniejsze.
|
|
Bardziej niż obserwacją samego spektaklu boiskowego zajmowałem
się nieustannym śledzeniem pozycji „prawdziwych kibiców”, którzy porównywali
obwód swoich przedramion oraz wymieniali się ploteczkami dotyczącymi
najczęściej tych, którzy poprzednie spotkania (tym razem ligowe) okupili
ciężkimi kontuzjami. Ktoś stracił palec, komuś niefortunnie złamała się ręka (w
trzech miejscach) – ot, proza kibicowskiego życia. Z początku chciałem uciekać. W zasadzie to uciekać chciałem
przez pełne 90 minut, ale wtedy chciałem najbardziej. Im bliżej przerwy, tym
sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Część „prawdziwych kibiców”,
ściśnięta w kółku, najwyraźniej miała jakiś plan. Wolałem nie sprawdzać na
sobie jego efektów i drugą połowę obejrzałem z korony stadionu, o ile tak
nazywa się barierki pod zegarem. Tam już właściwie „prawdziwych kibiców” nie
było, zdecydowanie przeważały głuptasy w szalikach.
Końcowy gwizdek zastał mnie przy bramie stadionu. Moja
przezorność została nagrodzona tylko częściowo – gros kibiców zdążył na
tramwaj, którym udawałem się do centrum miasta. Na szczęście nie byli to owi
dumni herosi w czerni, a zwykłe podrzutki w kolorowych szmatkach. Niemal
zapłakałem z radości, po czym oddałem się kontemplacji eskortujących nas
radiowozów. (Czyżby policja obawiała się, że porwiemy tramwaj?)
Wynik? On był tu najmniej istotny, choć z telewizji
dowiedziałem się później, że przegraliśmy po rzucie karnym. Łódź nie była tego
dnia szczęśliwa dla biało-czerwonych. Oprócz jednego z nich. Jeśli w pustym
tramwaju, mknącym ulicą, Kilińskiego widzieliście młodzieńca z rozwianym włosem,
z godnością obnoszącego swój szalik i dzielnie znoszącego porażkę – to mogłem
być ja.
Jeśli w dodatku młodzieniec ów niepewnie rozglądał się na
boki, a czekając na przystanku pilnie wtulał głowę w kołnierz i nie patrzył
przechodniom prosto w oczy – tak, to z pewnością byłem ja.
DO BOJU POLSKO!
Autor: Daniel Markiewicz (Tuxedo)
| |