|: VARIA :|

Kilka recenzji


PROWADZIŁ NAS LOS. AUTOSTOPEM DOOKOŁA ŚWIATA (Kinga Choszcz i Radosław “Chopin” Siuda, 2004)

Świat jest wielki, przepastny i nieodkryty i zdaniem wielu to właśnie powód, aby go zobaczyć. Można opłacać się biurom podróży i przewodnikom; można jednak - tak jak Kinga i Chopin - zdać się na los i dać się porwać przygodzie. Para ta wyruszyła z domu z jednym celem: zwiedzić świat i uczynić to w najlepiej im znany, a więc i najpewniejszy sposób - autostopem. Gdy rozpoczynali wędrówkę mieli w kieszeniach niewiele więcej ponad sto dolarów; mieli jednak wiarę w to, że to nie pieniądze będą ich biletem. Ta wiara towarzyszyła im w samochodach, samolotach i na pokładach statków; z nią płynęli barkami i z nią jechali na rowerach. Tak zjeździli pięć z siedmiu kontynentów, widząc przy tym to wszystko, czego nie sposób zobaczyć z okna hotelu. Po drodze pisali dziennik, na bazie którego powstała ta książka; książka, nagrodzona w 2004 roku najważniejszą polską nagrodą przyrodniczą - Kolosem. Ta książka to jednak więcej niż przewodnik po świecie: to książka o tym, że świat, choć olbrzymi i nieznany, jest miejscem ciepłym i opiekuńczym - jeśli mu tylko zaufać. A jeśli zaufać ludziom i wierzyć w nich mimo, że czasem zawodzą, to okaże się, że człowiek to w rzeczywistości istota dobra. Że ludzie chętni są do pomocy i że często czynią to beznteresownie; a przede wszystkim, że najważniejszą z ludzkich cech jest zaufanie. Póki ufasz drodze, którą idziesz, - zdają się mówić Kinga i Chopin - ta zawsze cię dokądś zaprowadzi.



O SYMETRII MIĘDZYPLANETARNEJ (Julio Cortázar, 1943, tyt. oryg. Retorno de la noche, tłum. Marta Jordan)

Julio Cortázar znany jest przede wszystkim jako autor “Gry w klasy”, dzieła o nieszablonowej i wielopoziomowej budowie; argentyński pisarz zaczynał jednak od form krótkich - i te także są warte uwagi. Przykładem opowiadanie”O symetrii międzyplanetarnej”, otwierające zbiór “Prolegomena do astronomii”. Gościmy w nim na Faros, planecie zamieszkałej przez istoty podobne do pająków, lecz istoty gościnne i wykwintne w obyczajach. Naucza tam mistrz Illi i łatwo zauważyć, że podobny jest w swym nauczaniu do Jezusa Chrystusa; zakończenie pokaże, że i tu, daleko od Ziemi, najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Prawa wszechświata, zdaje się mówić Cortázar, są niezmienne: jednostki wybitne w starciu z tłumem są zawsze skazane na porażkę. Tłum bowiem nie potrafi zrozumieć tych, którzy wyprzedzają swoją epokę - a to, co niezromiałe, budzi strach i agresję. Nie jesteśmy więc gorsi od tych, którzy byli, którzy będą i którzy są obok; marne to jednak pocieszenie, bo to równość w małości.



KTO ZABIŁ PALOMINA MOLERO? (Mario Vargas Llosa, 1986, tyt. oryg. Quién mató a Palomiro Molero?, tłum. Enrique Porcel Ortega)

Spektakularne morderstwo i niezbyt spektakularna lektura - tak w skrócie przedstawić można książkę Vargasa Llosy. Dwóch policjantów prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa Palomina Molero, młodego żołnierza pracującego w pobliskiej bazie lotniczej. Nie jest to jednak zadanie łatwe: Silva i Lituma mają przeciw sobie aparat państwowy, zainteresowany jak najszybszym wyciszeniem sprawy. Namacalnie doświadczają tego, co społeczeństwo wie od dawna: władzy się nie ufa. Ten brak zaufania do elit jest prawdziwie polski i nasz; i u nas zakłamanie sięgnęło tak daleko, że - jak pisał Raczkowski - nawet “białe jest czarne od brudu”. Jest też w tej książce miłość: ta czysta, skłaniająca do poświęceń i ta brudna, pełna grzechu i zwierzęcego pożądania. Gdzieś w tle pojawia się problem rasizmu; żywa jest też refleksja, że samo ujawnienie prawdy nie jest równoznaczne z triumfem sprawiedliwości - także dlatego, że mało kto w tę prawdę wierzy. Nie można jednak zapominać, że tym, za co rozlicza autora czytelnik, jest w tym przypadku przede wszystkim warstwa kryminału. Ta nie prezentuje się dobrze, bo nazbyt łatwo i przewidywalnie zdążamy do rozwiązania - książka w swej zasadniczej sferze, w sferze historii, którą opowiada - rozczarowuje. Szkoda, że Vargas Llosa nie wybrał innej formy, by opowiedzieć o poruszanych problemach: zagadka, którą nam zadaje, jest zbyt mało tajemnicza, by naprawdę wciągnąć. Odbiorca raczej czyta o śledztwie niżby je miał prowadzić, a przecież kryminał - poza, nazwijmy to, walorami tła - to przede wszystkim prywatne śledztwo w ulubionym fotelu.



MIASTO I PSY (Mario Vargas Llosa, 1962, tyt. oryg. La ciudad y los perros, tłum. Kazimierz Piekarec)

Książka o smutnym triumfie testosteronu. W szkole wojskowej imienia Leoncia Prado - najbardziej prestiżowej kuźni prawdziwych mężczyzn w Peru - tylko z pozoru panuje porządek i dyscyplina. Szkoła ta, to już nawet nie więzienie, choć wychowankom doskwiera brak swobody; to raczej pole wojny o przetrwanie, miejsce ewolucyjnego boju. Rzeczywistą regułą jest tu triumf silniejszego nad słabszym; w tym zunifikowanym świecie jedyny realny podział to podział na oprawców i ofiary. Świadectwem takich stosunków są cztery przeplatające się wzajemnie opowieści kadetów; trzy z nich (Poety, Boi i Jaguara) są w gruncie rzeczy podobne do siebie, czwarta jednak jest już znacząco odmienna. To - urwana nie bez przyczyny - historia Ricardo Arany, niedostosowanego nadwrażliwca, który jest popychadłem nie tylko tu, w Leoncia Prado, ale i wszędzie indziej. Linia podziału na poniżanych i poniżających biegnie bowiem nie tylko przez Szkołę Kadetów, ale i przez Peru, a może i przez całą Amerykę Łacińską. Po jednej stronie są ofiary: bezbronne zwierzęta, zdradzane i upokarzane kobiety, traktowane przedmiotowo dzieci i osoby słabe, takie jak Arana. Po drugiej stronie triumfuje zaś męska siła i witalność, która ma jednak i ciemną stronę: towarzyszy jej brutalność, bezwzględność i - podświadoma czasem - pogarda dla wszystkiego, co wątłe. Uwodzić, walczyć i zwyciężać: to przepustka do sukcesu, cel - a i nie do końca uświadomiony, bo i niemoralny ideał. Tacy bowiem, silni i bezwzględni, południowoamerykańscy machos, otaczani są kultem: jednocześnie jednak jest to cześć nieetyczna, bo oparta na zwierzęcych przesłankach. Ten kult - nęcący, bo pierwotny i bliski naszej naturze - należy jednak odrzucić. Człowieczeństwo zobowiązuje; jak pisał Josif Brodski: “Wśród wyznawców każdej wiary/ są mordercy i ofiary -/ twe milczenie wskaże teraz/ kogo wspierasz.”



AUTOBIOGRAFIA (Jorge Luis Borges, 1970, tyt. oryg. Autobiografía, tłum. Adam Elbanowski)

Krótkie streszczenie z życia, jakie niewidomy już wówczas Borges podyktował Thomasowi di Giovanni, swemu wieloletniemu tłumaczowi, to książka zwięzła i lakoniczna. Jest sprawą urzekającą, że autor - uważany przecież za jednego z najważniejszych argentyńskich pisarzy - nie znajduje w sobie dość buty, bo opowiadać szerzej. “Dobre pisarstwo”, przeczytamy, “wymaga skromności”; Borges z gracją przemilcza więc postacie, miejsca i zdarzenia. To godne podziwu wycofanie, nieufność wobec własnych przeżyć - trzeba było poświęcić wiele ważnych wrażeń, by mówić tak konkretnie. Osobiście jednak żałuję tej skrótowości, bo sfera przemilczeń jest za szeroka: przez nią książka staje się właściwie spisem literackich fascynacji, prób pisarskich i zajmowanych posad. Borges bardziej odnotowuje niż opowiada, pozwala sobie jedynie na kilka (zaznaczmy: ciekawych) dygresji. Mówiąc wiele o swych rodzicach, Borges przemilcza niemal zupełnie swą siostrę; tu i ówdzie wspomina o młodzieńczych, niespełnionych miłościach - o tym jednak, że ma żonę dowiadujemy się dopiero na stronie przedostatniej. To jedyne w tej książce słowa o kobietach, które się kocha, co może dziwić, bo o przyjaźni Argentyńczyk pisze wiele. Wolę myśleć, że Borges uznał to po prostu za sferę intymności, której nie należało naruszać; nadal jednak to jeden z tych przypadków, gdy brak czegoś jest bardziej widoczny, niż rzeczy obecność. Książka jest więc, w moim odczuciu, ofiarą zamierzenia autora: bo choć wierzę, że pisarz wiódł życie ciekawe, ono samo może się czasem wydać sumą przeczytanych lektur. A przecież sam Borges wiedział, że tak nie jest. Kiedyś, w czasie pobytu w Europie, spotkał hiszpańskiego księdza, który w życiu nie przeczytał żadnej powieści. Ten, zapytany dlaczego, odpowiadał: “Wszystko, co mi potrzebne, mam od przyrodzenia”.


© by Shlizer.