Witajcie w ostatnim numerze AMKsiążek!

Widzisz, Czytelniku, do jakich niecnych sztuczek muszę się posuwać, abyś raczył chociaż na chwilę zawiesić oko na czymś, co zwie się dumnie „wstępniakiem”? Ale sam tego chciałeś, doprowadziłeś mnie do tego drastycznego rozwiązania niczym innym, jak swoją biernością. Niektórzy już zwątpili w Twoje istnienie, z każdym miesiącem byłeś wszak coraz bardziej milczący. Ale ja, Czytelniku, dalej wierzę w Twoje istnienie. To jak, przeczytasz do końca? Od deski do deski? Nie kiwaj leciutko głową, chcę usłyszeć gromkie
TAK!
Nie było nas ponad pół roku. Trudno powiedzieć, cośmy przez ten czas robili. Ja sam głównie uskuteczniałem się lenienie, przerwane dopiero na początku stycznia, kiedy w moim umyśle zamajaczyło słówko „sesja”. Ot, nic wielkiego – ani mniej, ani więcej; ani lepiej, ani gorzej od innych. Łatwo mi tak mówić, bo ci inni nie mogą się w tym momencie odezwać. A gdy się odezwą – koniec, kropka. Nie ma i nie będzie możliwości wykasowania czy zmienienia jakichkolwiek danych znajdujących się na coverze CD-Action.
Żeby dłużej nie owijać wstępniaka w bawełnę – wróciliśmy zbiorowym wysiłkiem, ożywiliśmy trupa niczym Frankenstein. Na całe szczęście wszyscy, jak jeden mąż, jesteśmy od tworu z owego horroru zdecydowanie ładniejsi. Jedni mniej, drudzy bardziej zdecydowanie. Ale bez zagłębiania się w szczegóły... Tak jak z górą rok temu, tak i teraz, przy okazji sprawowania pieczy nad kącikiem, dziękuję każdemu, kto dorzucił swoje trzy grosze do tego, iż możecie czytać te słowa. Co prawda nasza gwardia nie była tak liczna, jak poprzednio, ale wierzę, że mamy dużo większy potencjał. Postaramy się to jeszcze nie raz udowodnić.
A co w numerze? Starzy znajomi – Azgaroth i Solar, bez których ten numer zapewne by nie powstał. Dwie trzymające poziom recenzje Rubenosa i Raaistlina (ten ostatni dodatkowo poruszył w Varii ciekawy problem „wycieków” z jeszcze niepublikowanych książek). Do tego kilka smaczków – jak zwykle specyficzny tekst miekkiego, recenzja podręcznika do prawa bankowego Jędrzeja oraz kilka miniatur UnionJacka. Tym specyficznym kolażem odkurzamy praktykę zamieszczania paru „shortów” w jednym tekście. Praktykę, która miała już miejsce – tak, tak! – ponad siedemdziesiąt numerów Action Maga wstecz...
Tradycja zobowiązuje. Dopóki będą ludzie chcący tworzyć i dzielić się tym z innymi – dopóty będziemy trwać na posterunku. I niech nikogo nie zmylą narzekania czy mój czasami (tak właśnie: CZASAMI) marudny ton. Kącik książkowy w Action Magu żyje i żyć będzie, oby nie tylko w naszych umysłach. Nasza skrzynka pocztowa czeka, jak zawsze – otwarta i zapraszająca.