Impresje na matematyce (nie na temat)



Nie jest miło odkryć, że założenia życiowe, dotąd trzymające się całkiem nieźle, nagle biorą w łeb. A raczej – iż pewne rzeczy, w sumie oczywiste, jakoś się nie-do-końca przewidziało.

I tak, kiedy stłumisz uczucie, nie pozwalasz mu wybrzmieć, a sobie - uwolnić od jego krępujących pomrukiwań. Ono pozornie znika, ciebie zaś po latach bierze nuda, więc zaczynasz myśleć „co by było, gdyby...”. 

Ach, jakie to głupie! Wiadomo – byłoby to samo: nuda, tylko w odrobinkę innej wariacji. Ale nie – musimy, jak to ludzie, roić, że my jesteśmy stworzeni do wyższych celów niż znużenie na matmie. Wolimy już myśleć, iż sami – poniekąd – spartoliliśmy sprawę, niż przyznać, że żadnej sprawy nigdy nie było. Nie miałabyż być nam dana barwna, romantyczna przygoda, uczucie wielkie lub chociaż tragiczne? Nie, taka myśl jest dla nas, szaraczków, nieznośna. I kończymy – jak nijako, jak boleśnie nijako! na lekcji matematyki, zastanawiając się, czy aby decyzja, podjęta lata temu, żeby wyrzucić możliwość zadurzanie młodzieńczego za drzwi (miłość jest kosztowna zbyt, na ten jeden byt, diamonds are a girl best friends tudzież diamonds are forever, so, więc, ergo – powiedzieliśmy sobie dawno temu), bo było nie – po – wa – żne i w istniejącej sytuacji nie – moż – li – we, a nawet nie – w – po- rząd – ku, była decyzją słuszną. 

Może pozbawiła mnie młodzieńczych wzruszeń olbrzymich? Odebrała mi łkanie koleżankom w rękaw? Wyzuła z tych wszystkich ach, och, ich, ech, uch, ych? Może – sami odbiorcy czytają – uczyniła mnie zbyt cyniczną, w sprawach uczuć i w ogóle, zimną (właściwie, lubię zimno, więc nie miałabym nic przeciwko, jednak trzymajmy się konwencji)? 

Bo, stety niestety, wizja WNM (Wielkiej czy wręcz Wielgachnej Nieskończonej Miłości) wydaje mi się li i jedynie zabawna. Komiczna. Nic dziwnego, że parę lat temu salwowałam się ucieczką od tej śmieszności. Nic to! żałujmy dalej, bo lekcja nudna, a życie przygnębiająco zwykłe – nawet kosmopolityczne afirmacje w stylu poradników oraz dzieł Coelho pt. „Maj lajf jest cudowne, barwne, jedyne, absolutnie niepowtarzalne, boskie itp.,itd.,itp.” nie pomagają, bo to nieszczęsne „itp.,itd.,itp.” natychmiast przywodzi na myśl „Okularników” i ich szarą codzienność, ich zakochanie banalno – śmieszne, mimo wysiłku autorki, którego owoce wzruszyłyby mnie, gdybym miała serce, nie pompę ssąco – tłoczącą. 

Tak oto, poddawszy się konwencji schematycznej lub konwencjonalnym schematom, zapisawszy skrawki zeszytu w rozpaczliwej ucieczce przed równaniami i funkcjami, śnimy, roimy naszą przyszłość w którymś ze wszechświatów równoległych – tę niebanalną, tę wielką, oczywiście.

Ach, gdybyż przyszło mi żyć w Krakowie! Wawel, Planty, sukiennice, historia, Zygmunt dzwon i Zygmunt król, a nie wiadomo, który ważniejszy, Bona, włoszczyzna, Wierzynek – sam rynek na końcu myśli, a środku miasta, największy w świecie całem. Kościoły, synagogi, gdzieś tam spłowiała tolerancja, gdzieś tam popioły spalonych –... Czyli urodzić się w Krakowie, ach, wżyć się w krajobraz, chadzać „do lokali, tych, no, wiesz”, mijać na ulicy Ostatniego Romantyka Miłości – w kapeluszu – artystów, nawet żebraczką być – ale w Krakowie! To brzmi przecież dumnie, „żebraczka z Krakowa”, jak zapowiedź Wielkich Dzieł. O, wtedy byłoby, byłoby co tracić, wtedy szanse na uczucia, na tragedie lub chociaż komedie porządne, same by wpadały pod stópki małe, najmniejsze, a potem duże, największe w całej kamienicy wreszcie. 

Albo Warszawa – zawsze stolica, też z jeden Zygmunt się znajdzie, też zamki, też stare miasto, dorożki nawet, grajkowie, uliczne stragany i Praga, cała Praga albo Wola, cała Wola! Zakochać się w Warszawie: szybko, gwałtownie, na zabój, potem wyrzucić miłostkę jak kurtkę niemodną, potem znowu – kariera, pęd, gwar, stolica, BUW, Łazienki, Wiejska 1, centrum życia, drogi odbiorco, centrum życia krajowego! Jeszcze ten chaos urbanistyczny, te wieżowce koło wpółzawalonych domów ze śladami po kulach, szkło obok cegły, cegła obok butelki, butelka na trawie – nie, bo już kopnięta toczy się po dziurawym chodniku. Warszawo, Warszawo; spotkać się w Czułym Barbarzyńcy, czekać pod Pałacem Kultury i Nauki, kochać w wielkich centrach handlowych – a wszystko to, by odjeżdżać metrem, nieodwołalnie, śpiesznie tudzież nowocześnie. To takie brudne, realistyczne uczucie byłoby, Warszawo, mała proza, wielkomiejski szyk, Amor, biznesmen z sukcesami, nie miałby dla nas dużo czasu. Great love, 5 minuts, instant. Wsypać do kubka, zalać wrzątkiem, wypić, kubek wyrzucić. Uwaga, można się poparzyć!

Urocze miejscowości w górach zagubione też nadawałaby się świetnie – te wspinaczki, ten śnieg, to wspólne do szkoły i ze szkoły, on mi tornister, ja mu „dziękuję” i kwiatków narwałam, widoki, pejzaże, wspólne „tetmajeryzowanie”, wspólne przerwy w pracy – pełen romantyzm – czy pełna młoda polska? – sceneria sprzyjająca w każdym razie. Tak samo to morze, nasze morze, co go będziem wiernie strzec, a ono w zamian da nam krajobrazy, sztormy, poranki mgliste, bursztynów wspólne zbieranie, wieczory chmurne i durne na plaży, szum fal, mola, pod którymi szukają schronienia romansiarze, krzyki mew, odciski stóp na piasku oraz sam piasek – taki w sam raz: serce z wpisem „na zawsze A. i M.” można na nim z łatwością nakreślić, lecz serce takie z tąż samą łatwością mądra woda zmyje.

Ale ja, myśli sobie narratorka, sprytnie omijając wzrokiem działania matematyczne, mieszkam w Szczecinie. Nie jest to miasto złe ani nawet gorsze na miłość. Narratorka – chce to teraz napisać z całą mocą – strasznie je kocha, kocha od kurzu na ulicy po czubek Radissona, a i wyżej jeszcze: po to siwe, wiecznie zachmurzone niebo, które się nad tym kawałkiem ziemi rozciąga! Szczecin taki dobry jest, łagodny, szary – z przepięknym cmentarzem, z taką ilością zieleni, że Kraków (czy inna miejscowość) robi się nieznośnie zurbanizowany i uciec od tych wszechobecnych domów trzeba, od tych rynków, placów słonecznych, pozbawionych cienia, od tej zabudowy dziwacznej, opartej na siatce, nie na gwieździstym Paryżu. Jest więc sobie Miasto, równie dobre na zadurzenie – jeno kiedyś, dawno temu, przegnaliśmy uczucie precz, a Miasto, wolę uszanowawszy, nigdy więcej nie zaczepiło moich spojrzeń o niczyje... Właściwie, o nic czyjegoś. Zgodnie z biblijnym „ani żadnej rzeczy, która jego jest”. 

Zwaliwszy winę na tzw. czynniki zewnętrzne, pominęłam dyskretnym, acz wymownym niepisem, osobowość swoją, egotyzm wręcz monstrualny, infantylność, wszelkie poważne namiętności wykluczającą oraz chłód uczuciowy i parę innych drobiazgów, o których nawet niepisem pisać hadko. Prawda jest taka, że miłość w moim wydaniu przekroczyłaby normy groteski tudzież kiczu – a ja mam przecież jeszcze jakieś smętne resztki dobrego gustu! – czyli nic, czyli chłód jak zimowe powietrze, czyli najpiękniejszy zapach świata. Też nieźle.

Uczucia, są, i owszem, jak hel w stanie nadciekłym i diabelnie ciężko sobie z nimi dać radę, nawet wtedy, kiedy jest się szczęśliwym posiadaczem serca ze szkła czy innej kulturowo tożsamej z lodem substancji. Skoro to się jednak uda, pozorny spokój mamy zwykle zapewniony, nawet jeżeli spokój ów ma czasem dziwnie wiele wspólnego ze smutkiem*. Budzenie się samemu, zasypianie samemu przez najbliższe siedemdziesiąt lat, póki nas w domu starców nie zamkną, może być przyczyną drobnej depresyjki, depresyjuni, depresyjeczki (takiej w sam raz na dwa wersy tego akapitu) – ale też radości, radochy wielkiej: wszystkie wygody łóżka dla nas jednych, cała kołdra nasza, nasze – i tylko nasze – poduszki, jaśki, pierzyny, wałki, zagłówki, materace, koce, prześcieradła! Jeżeli komuś ciągnie chłodem od ściany, zawsze może odgrodzić się od niej baterią przytulanek; miśków, psiaków, tygrysków, słoni itd. 

Właściwie, pluszaki są nawet lepsze niż Ktoś. Zwykle towarzyszą nam od wczesnego dzieciństwa – właśnie tak jak rodzice – są wierne, dobre do wypłakania, miękkie, czasem nawet narkotyzująco pachnące wanilią (albo czekoladą, albo czym innym, gwoli kronikarskiej dokładności) – właśnie tak jak wszyscy ludzie oraz używki razem wzięte – i przeżywają nas, niosąc dalej nasze zapachy, okruszki linii papilarnych zaczepione o futerko, pył wyschniętych kropel potu, kryształki soli po łzach, jeżeli życie barwne było to nawet brunatne plamki krwi się trafią; oraz trochę innych substancji, z których pewnie się da DNA wyciągnąć– właśnie tak jak te przekaźniki moich-i-twoich genów, zwane zwykle dziećmi.

Niebrzydko, swoją drogą.

Napisaniem dwóch powyższych akapitów narratorka stłumiła instynkt rozrodczy, który popiskiwał nieśmiało, acz z wyraźną obawą i żądaniem, od połowy tekstu. Skoro geny idą dalej, to w porządku, uznał, zasypiając znowu (tym razem, profilaktycznie, potraktuję go chyba nieco za dużą dawką morfiny, niech sobie śni wiecznie). Instynkty, chociaż pozują na dzikie tudzież nieokiełznane, są generalnie strasznymi formalistami, dzięki czemu łatwo je wywieść w pole: wystarczy parę podrobionych pieczątek, kilka gładkich zdań, sterta nic-nie-znaczących-ale-robiących-wrażenie papierów i już – spokój. 
Gdyby to była powieść, niewątpliwie zwieńczyłby ją romans oraz ślub ślubiasty, weselisko weselne, przyznanie racji autorom romansów, tryumf miłości spotęgowanej, lukrowanej, słodkiej – jednym słowem spotworzonej - aż do grobowej deski. Ale to nie powieść ani nawet nie życie, więc kończymy – jak nijako, jak boleśnie nijako! na dzwonku przerwowym czy przerwnym. Czyli mimo wszystko szczęśliwie, nawet bardzo. 

Euforycznie wręcz.

Ach, matma, magna i marna, jedna z wielu pretendentek do tytułu królowej nauk! 

Dodo

* Jest takie powiedzenie "kiedy braknie ci łez, aby płakać, śmiej się". Z grubsza się zgadzam, nie wiem tylko, po co czekać i marnować tak deficytowy towar jak łzy - śmiać się zawsze można.