| Kolejny chory tekst (c) by Pewien Gość | Reklamacji raczej nie uwzględniamy |
Są takie krainy, wyobraźcie sobie, gdzie ludzkość nie tylko zauważa potęgę Internetu, ale także ją wykorzystuje celem ułatwienia sobie życia. Można tam przez sieć nie tylko zrobić zakupy, ale również na przykład załatwić większość spraw urzędowych. Nawet nie śmiem pomyśleć, żeby takie luksusy były dostępne w Polsce. Jesteśmy jak zawsze sto lat za Murzynami (o, jakże niepoprawne politycznie jest teraz to stwierdzenie ;-P).
Mogą sobie przypadać na przeciętnego Polaka trzy auta (z tego dwa kupione na kredyt, a jedno sprowadzone z Niemiec), ale jeśli chodzi o opory we wprowadzaniu nowych technologii, to konkurować może z nami chyba jedynie Burkina Faso. Młodzi jak młodzi, ale starsi wolą z miejsca oświadczyć, że z "tymi diabelskimi machinami" nie chcą mieć absolutnie nic wspólnego. Mogą się ewentualnie nauczyć, jak się zmienia dzwonki w telefonie, a potem denerwować współpasażerów w autobusie, bo potrzebują dwudziestu minut na zorientowanie się, że melodyjka z "Bolka i Lolka" pochodzi z ich komórki. Następnie w wielkiej panice przetrząsają kieszenie, torebki i co popadnie, aż wreszcie po kolejnych pięciu minutach dobywają triumfalnie aparat, minutę szukają właściwego guzika, naciskają go i przekazują niezmiernie ważną wiadomość: "No cześć. No, jestem w autobusie". Tak, z telefonią komórkową Polacy w średnim wieku są za pan brat. W przeciwieństwie do komputerów.
Typowa pani Krysia z dowolnego urzędu tudzież innej instytucji pasożytku publicznego umie już obsłużyć Worda. To wielki postęp, bo jeszcze parę lat temu nie umiała. Gorzej, kiedy Word ma zły humor i pokazuje ząbki. Na przykład uaktywnia się słynna technika "Przeciągnij i upuść cholera wie gdzie", po czym jakaś ważna ikonka ląduje w bliżej nieokreślonym (zwłaszcza dla pani Krysi) miejscu i trzeba wzywać na pomoc głównego informatyka, bo nie można pogrubić tekstu bez tej ważnej ikonki. Ctrl+B się wciska, pani Krysiu, Ctrl+B! Tylko skąd pani Krysia ma wiedzieć, co to jest Ctrl+B? Na kursie maszynopisania tego nie uczyli.
Dygresja. Wiecie, skąd wytrzasnąłem idiotyczny termin "główny informatyk"? Otóż tabliczka o takiej treści widnieje na pewnych drzwiach w biurowcu znanej mi krakowskiej firmy, gdzie bywam ze dwa razy w tygodniu i za każdym razem mam z tego tytułu taki sam ubaw. Co robi główny informatyk? Domyślamy się, że to taki, co potrafi włączyć i wyłączyć komputer, rozwiązać problem z niedziałającą siecią przez dociśnięcie kabelka, uruchomić program antywirusowy, zainstalować pięć najczęściej używanych w firmie programów, wymienić twardy dysk oraz ewentualnie (to już wyższy stopień wtajemniczenia) zresetować router, a także posiada wiedzę, gdzie należy zadzwonić w przypadku prawdziwych problemów. Jak widzicie, w Polsce głównym informatykiem może być każdy, chyba że jest akurat panią Krysią. Pamiętajcie, nigdy nie mówcie "informatyk" do prawdziwego specjalisty; może się obrazić. Przynajmniej w Polsce, bo wszędzie indziej informatyk to ktoś, kto zajmuje się nauką o informacji. Koniec dygresji.
Weźmy taką instytucję, jak chociażby typowy dziekanat typowej polskiej uczelni wyższej. Obsługiwany jest on zazwyczaj przez trzy lub cztery panie Krysie i czynny jest od 11 do 13 (oprócz poniedziałków), w pozostałych godzinach bowiem panie Krysie zajęte są kawą i plotkami. Pomieszczenie dziekanatu jest szczelnie wypełnione komputerami (jakby zajrzeć z drugiej strony, można by sobie przypomnieć, jak wyglądał system operacyjny DOS), ale nic nie wskazuje na to, by ktokolwiek z pracowników dziekanatu potrafił je obsługiwać. Służą pewnie do ogrzewania pokoju. Taką oto sytuację zastaje student. Jedyną operacją, która naprawdę wymaga osobistej wizyty studenta w dziekanacie jest podbicie legitymacji (abstrahując od faktu, iż podbijanie elektronicznej legitymacji na uczelni szczycącej się posiadaniem Zintegrowanego Systemu Informatycznego deczko mija się z sensem). Wszystko inne można by załatwić przez e-mail. Ciekawe tylko, czy panie Krysie wiedzą, co to takiego.
Można sobie pomarzyć, jak to by pięknie było, gdyby każde ważne ogłoszenie dla studentów było do tychże wysyłane pocztą elektroniczną. Ale panie Krysie nawet sobie nie zdają sprawy, że wysłanie mejla jest nawet łatwiejsze, niż przypięcie ogłoszenia pinezką do tablicy ogłoszeń, której żaden normalny student nawet nie zauważy przechodząc korytarzem, gdyż z reguły cała ściana przy dziekanacie jest wytapetowana taką makulaturą, przy czym połowa tapety pamięta jeszcze czasy babci pani Krysi, a druga połowa zaprasza do akademickiego klubu tańca. Pani Krysia wszelakoż nie zna innych form rozpowszechniania ważnych informacji.
Dość o dziekanatach. Wszyscy je dobrze znamy, albo poznamy wkrótce. Za to pewnie trochę mniej osób miało wątpliwą przyjemność rozliczać się z podatków. Chodzi w tej zabawie o to, żeby wziąć papierek A i przepisać z niego kilka cyferek do papierka B, po czym takie dzieło sztuki (wiem, co mówię - nawet Salvador Dali nie wymyśliłby większego absurdu) niesiemy do Urzędu Skarbowego. Czy rzeczony urząd nie mógłby sobie pobrać swoich cyferek bezpośrednio od firmy, w której pracujemy? Zapewne by mógł, ale wtedy nie mielibyśmy okazji się pomylić przy przepisywaniu cyferek, urząd nie mógłby nam wysłać pocztą tradycyjną na nieaktualny adres pilnego wezwania, nie musielibyśmy brać zwolnienia, jechać przez pół kraju i wypełniać chędożonego zeznania podatkowego po raz drugi. Tym samym mogłoby się okazać, że Urząd Skarbowy tak naprawdę nie jest do niczego potrzebny i trzeba by zwolnić z pracy kilka pań Krysi. A na to żadna pani Krysia przecież nie pozwoli.
Bo internet jest wrogiem biurokracji. Bo urząd oparty na sprawnie funkcjonującym systemie informacyjnym istnieje dla obywatela, a nie na odwrót. Żadna pani Krysia nie ma wtedy nad człowiekiem władzy. Załatwiający swe sprawy przez e-mail nie musi wystawać godzinami w kolejkach ani kurczyć się pod groźnym spojrzeniem urzędnika. Nie ganiają go z pokoju do pokoju po dziesiątki formularzy. Nie musi dostawać żadnych numerków by został obsłużony, jak w znanym autorowi urzędzie Poczty Polskiej (oby go trzęsienie ziemi zburzyło!). No i nie da łapówki.
Komunizm wcale nie został obalony. Żyje wciąż w urzędzie, na poczcie, w policji, w wojsku, na wyższych uczelniach. Nie ma już oblicza Gomułki czy Jaruzelskiego, tylko tchnąca tą samą beznadzieją, brzydka twarz pani Krysi, z jej sztuczną opalenizną i krzywo pomalowanymi ustami. Żeby obalić taki komunizm, nie wystarczy Wałęsa ze swoim kretyńskim długopisem.
Jedyni, którzy docenili Internet, to politycy. Każdy ma teraz swojego bloga, na którym wreszcie może obsmarować kogo chce. Zawsze lepsze to, niż nic.
Pewien Gość
zlosliwiec(usuń)epf.pl
9.12.2007