Wybaczysz mi brak tytułu?

Długo by opowiadać, w jaki sposób się poznaliśmy. Byłaby to skomplikowana historia wielu zawiązań, a tylko jedno z nich było najważniejsze i jedyne w tej czy tamtej chwili. Przy Tobie chciałem już mówić, ale nadal nie potrafiłem. Nie szkodzi. I to robiłaś za mnie, sprawnie poruszając się po obcych mi do tej pory obszarach.

Pojawiałaś się niespodziewanie, ale nie zaskakiwałaś. Pokazywałaś mi nowe horyzonty, ale ja przecież dobrze wiedziałem, że istnieją.

Nie skazywałaś mnie na samotność. Zapraszałaś do świata swojego, innych ludzi. Brałaś pęk kluczy i przemierzałaś ze mną cudze podwórka. Czułem się szczęśliwy. Potem okazywało się, że chwila spełnienia jest o wiele donioślejsza, ale mnie w zupełności wystarczało to, co miałem. Kluczy postaram się nie zgubić. Nigdy.

Bawiliśmy się w kochanków, mimo, że co najmniej jedno z nas nie dorosło do takiej roli. Zrywaliśmy zakazane owoce, albo tylko mi się ten sad przyśnił. Kto wie, może od początku bawiłem się sam?

Pokazałaś mi optymizm. A właściwie to nawet mało istotne, co to było. Grunt, że zobaczyłem inną drogę. I chociaż od początku (albo prawie od początku) wiedziałem, że będę się musiał po tej drodze poruszać już bez Twojego wsparcia, a przynajmniej bez takiego, jakiego bym oczekiwał, to sam fakt otwarcia mnie na nowe szlaki uznałem za sukces. Nasz sukces.

Odkryłaś prawdziwego mnie, dokonałaś rozróżnienia absolutnie cudownego: nie byłem fajny binarnie. Byłem fajny tak zwyczajnie, po ludzku. Realnie.

Stąd był już tylko krok. Sprawiłaś, że uwierzyłem w siebie.



Miałaś kilka imion, ale za to najwyżej jedno w danym momencie

Nauczyłaś mnie wiele

Dałaś jeszcze więcej

Dziękuję

Tuxedo