RZECZ KOBIECA



Na świecie nie ma kobiet porzuconych. Owszem, są te niechciane, niekochane, niedoceniane, niedzielne, niesłychane - i każda z nich choć czasami być może przez los zapomniana, czasami zaniedbana, anachronicznie zakochana, zasłyszana i zapłakana jest - to żadna, ale to absolutnie żadna, nie jest porzucona.
I to z tej prostej przyczyny, że jak się nie da najzwyczajniej w świecie porzucić, tak od niechcenia jedzenia pomarańczy, zaraz po wprawieniu ją w negliż, jak nie można się zgubić na prostej drodze do sklepu monopolowego będąc nawet w stanie odurzenia wielce alkoholowego, jak się nie da nie stracić głowy dla profesora eSa, tak i nie można zostawić kobiety.

Kobiety się nie zostawia - jeżeli ktoś myśli inaczej, to nigdy, ale to przenigdy nie miał z nią do czynienia.

***

Język Polski to stwór przedziwny. Syn przeróżnych zbiegów okoliczności, wpływów, napływów i przepływów. Z dziada pradziada prasłowiańskiego przeszedł przez dobę staropolską, później przez różnego rodzaju wzajemne koligacje, a zadając się czasami niegrzecznie z namiętną Węgierką, fikuśnie z rumianą Ukrainką, nadobną Francuzką, orientalną Turczynką czy dziką Cyganką, przybrał koniec końców kształt płynny, acz stabilny - względnie dzisiejszy.

Niemniej, w czasach, gdy ten nasz krotochwilny Język Polski zabawiał się, powiedzmy sobie grzecznie, ze stanowczą Niemką - błogosławiąc jej pełne duchoświętości kolano, bałamutnie kłamliwe pojęcie: rzucania/ porzucania kobiety nie istniało.
Co więcej - tego istnienia, zapatrzenia, w całej sferze sacrum i profanum mu zabroniono, z tego jedynego, dzielnego względu, że motłoch do wartości najwyższych i doniosłych wstępu nie miał, (z czym ja tak między nami mówiąc się kategorycznie nie zgadzam. Motłoch ma swoją oryginalną urodę i czar, i z całą stanowczością wnioskuję o szacunek dla tego zbiorowiska namiętnie wiążącego początek wszechrzeczy z końcem tychże na ulicy). A Kobieta, jako przedstawicielka takowego, za antywzór wszelkich wyżynnych poczynań służyć miała i służyć poczęła.


Kobieta nie istniała w obiegu wysokim i broń panie jeżu nie mam tu na myśli maszerowania tam i ówdzie na butach, co obcasowe. Ba! Kobieta o takich butach nawet nie słyszała, tak samo, jak i nie miała zielonego pojęcia o perłach lśniących alabastrem, obsydianowych kameliach, czy wachlarzach ze strusich piór. Kobieta nie znała podówczas ani batystowych halek, ani fikuśnych pończoch, jedwabnych podwiązek, o rękawiczkach i chusteczkach już nie wspominając.
Albowiem kobieta należała do tych wybitnych kręgów, do których zaliczamy: rynsztok, błoto, brudne paznokcie i gołębie. Tak, tak, moi drodzy. Język Polski gustował w szykownych Francuzkach, czarnobrewych Rosjankach, czy złotowłosych Szwedkach, niemniej z prawdziwą kobietą z krwi i kości, do czynienia ka-te-go-rycz-nie mieć nie chciał.
Może to co poniektórych dziwi, może i bawi, może śmieszy do łez, albo li tylko uśmiech politowania na ustach wywołuje - niemniej fakt faktem, kakao kakao - pod koniec wieku XVI słowo kobieta było określeniem obraźliwym.
Nawet słownikarze kobiet się nie tykali (mężczyźni...), ze względu na bardzo pejoratywne zabarwienie i nacechowanie tejże. Występowała ona bowiem tylko w połączeniu z takimi określeniami, jak: wszeteczna, plugawa, nikczemna, i to jedynie w pewnego rodzajach tekstów - sowizdrzalsko - prześmiewczych.

Wyraz "kobieta" wywodzi się albo od koby 'kobyły', albo od kobu - 'chlewu'. Na wybór niezwykłego przyrostka '- ieta' wpłynęły wszelkiej maści Elżbiety, Grety, Violetty. Są i teorie, że ta lekkich obyczajów niewiasta rodowód swój zawdzięcza niemieckiemu gabetta, co znaczy: 'małżonka, towarzyszka łoża', (swoją drogą, urokliwość tego eufemizmu mnie fascynuje), lub według zasad ruletki: z germańskiego narzecza Kopf-weiss 'białogłowa', z fińskiego kave, estońskiego kabe, et cobieta...
Mnie samą najbardziej przekonuje źródło prasłowiańskie, z dziada pradziada naszego rozwiązłego Języka Polskiego. Mianowicie z prsł. *Kobъ - 'wróżba z lotu ptaka' * kobъ - vĕta 'wróżka, wieszczka'. Tak, każda kobieta potrafi z dzieckiem na ręku, z torbami w drugiej, z wózkiem w trzeciej, kluczami w dziesiątej ręce i do tego z uśmiechem na ustach przedrzeć się przez puszczę samochodów, sklepów i okolicznych niebezpieczeństw bez najmniejszego szwanku dla swojego potomka, zakupów, łupów i dobrego humoru. Normalnie - czary i jak w kobyłę strzelił - etymologia z życia wzięta.


Wraz z początkiem wieku XVII leksem kobieta tracił stopniowo nacechowanie ekspresywne, a od wieku złotego XVIII zastąpił już całkowicie niewiastę (żeby nie napisać, że wygryzł) i oznaczał przede wszystkim 'człowieka płci żeńskiej', wtórnie 'osobę zamężną', a także, żeby nie tak od razu wpuścić baby na salony - 'pomoc domową, robotnicę'.

***

Jak widać historia kobiety do najprostszych nie należy. Początkowo wydobyta z rynsztoku, grzechem i plugastwem obrosła, poprzez koleje i koleiny losu znalazła się w ramionach kogoś, kto ją wreszcie docenił, scałował z łokci kurz i pozwolił kibić przykryć lnianym fartuchem. Dał jej rumiane dzieci, kandyzowane wiśnie plamiące dłonie czerwonym sokiem. Dał serce szczerozłote i konika lukrowego. Życie zaklęte w dojrzałej misie bioder. Cyt, cyt.

***

Kobiet się nie zostawia, kobiet się nie porzuca. Kobieta, to niebo i ziemia, początek i koniec. Ewa Rajska, Helena Trojańska, Izolda, Beatrycze Złotowłosa, Laura, Dulcynea, Emma Bovary.

Nie ma ziemi i nieba, otchłani i piekła. Jest tylko Beatrycze. (Jań Lechoń)






nZorka
z namiętnym wykorzystaniem Słownika Etymologicznego PeWueN
(kandyzowane.wisnie@gmail.com)