Zbrodnia! Poczułam się skrzywdzona. Babcia bezwzględnie i z pełnym wyrachowaniem zawłaszczyła moje butelki po Tymbarkach, smak pomarańczowo pomarańczowy, czasem zastępczo grejpfrutowo różowy. Więc zostały przechwycone i niecnie poustawiane w rządku w garażu, pomiędzy smutnymi zasłoikowanymi ogórkami z marchewką a pustymi, bezwnętrznymi i bezprzykryciowymi kawałkami szkła, co to kiedyś dumnie zwane były słojami i przechowywały specjały typu (chronologicznie) majonez babuni, ogórki konserwowe, ogórki kiszone, dynie w occie… I dziś, gdy pod moją opieką trafiła do garażu dostawa takowych eks-słoików-bez-zawartości, zobaczyłam je. Moje zagubione zielone nakrętki tęsknie połyskujące spod kurzu. Odwróciłam jedną do góry dnem. Właśnie
- nie odkręciłam korka, ale odwróciłam całą butelkę. I w dali zobaczyłąm rozmazany, jakby mgliście falujący napis. „Tymbarkowy talizman”.
No cóż. Faktycznie. Może i lekka schiza. Może i trudno zrozumieć, że ktoś, przy odczuwaniu silnych emocji, czuje się w obowiązku zakupić Tymbarka i przeczytać nic-nie-znaczący napis pod spodem. I koniecznie zinterpretować, zwykle naginając, prawie że nadłamując do konkretnej sytuacji. Ale co z tego, skoro i tak tego nie zmienię. I nadal będę uważać, że to co najmniej i n t e r e s u j ą c e, że właśnie