|Po drugiej stronie kontynentu|

 

 

 

     Na początku zawsze było słowo. Tym razem brzmiało ono "jedziemy". I tyle. Bilet w jedną stronę, wkurwianie się na lotnisku, ból głowy związany z lotem, chciałem się napić coli i zalałem siedzenie, lądowanie i obce miasto, obcy kraj, refleksja po kilku miesiącach...

     Jadąc tymi wtopionymi w krajobraz zimnymi fasadami budynków, coraz to rusz nowymi wystawami które świecą największym dobrem, z reguły włącza mi się w głowie żarówka, która zmusza do myślenia. Czasem z tego bajkowego letargu wyrywa mnie obcy głos, niezrozumiałym dla mnie akcentem pyta czy mam ochotę przejrzeć co nowego w ostatnim "The Sun", proponuje piwo albo haszysz na tyłach autobusu, czasem kokaine, niekiedy zakazana gęba informuje mnie czym to ostatnio się interesuje, z reguły tenisem i futbalem. I wtedy sie zastanawiam, po cholerę ja wciąż tu tkwię jak kołek, nie mogąc się ruszyć ani do przodu, ani do tyłu. Bo nie po to wypieprzałem z pamięci terabajty wspomnień, znajomych, miejsca i chwile, by móc je zastąpić tymi cholernymi, zimnymi fasadami, bankami w kościołach, "buy one, get one free" czy zarzyganym przystankiem o 12 p.m.

     Mówi się, że to świat tych drobnych różnic, i faktycznie - tak jest. Przechodzisz na czerwonym nie martwiąc się że za rogiem czai się pan w niebieskim ubiorze, który zbiera ofiary do 13 wypłaty, otwierasz paczkę czipsów, a tam kolejne paczki czipsów. I po jaką cholerę? żeby zachowały świeżość, która jest tak ważna.

     Nie ma to jak się przejść w cholerną angielską pogodę by wziąć przedwieczorny prysznic, wpaść pod fontannę błota wywołaną bialutką limuzyną czy w biały dzień spotkać czarnego murzyna na "Grey Street". Ale to wciąż nie to, to tylko uboczne skutki efektu ameryki którą wywołały w moim umyśle poprzednie pokolenia, starsze generacje zgredów narzekających na sytuacje w tym smutnym kraju. A tu nagle rzeczywistość weryfikuje wszystko - tu tak samo jest smutno, tylko trochę inaczej. Tu jest smutno jak przechodzisz na czerwonym czy jak spotykasz czarnego murzyna w biały dzień. I widzisz te rozlewające się ze wszystkich ulic masy, tłumy pędzące niewiadomo ku czemu, w każdym możliwym kierunku. W tym mrowisku wszystkich ras i narodowości nie ma poczucia bycia mrówką, zwykłą i szarą. Jest poczucie bycia nieistotnym pyłkiem, okruszkiem, który nie zatracił samoświadomości i widzi, patrzy, uczy się na nowo świata w którym (nagle zapominając po co) się znalazł. 

     Tak jak to się kiedyś robiło w ojczystym kraju - o z grozo - licząc drzewka do domu, tu się liczy przystanki do ulicy przy której ten domek stoi. Podzielony na pół, o jak największym zagęszczeniu populacji na metr kwadratowy.

      W tym blasku billboardów nie ma odbić poetów, poumierali śmiercią naturalną w dresach chłepiących piwko młodziaszków, zamalowani tuszem na wysokich szpilkach 14-latki z bogatym życiem seksualnym, zaszyli się na "Hope Street" i dogorywają tam już niemalże niezauważeni. Całować Polską młodzież że ni cholery nie jest podobna do tutejszej, że nie roztyła się, nie ma dwójki dzieci w wieku lat 17, nie słucha durnych piosenek na cały regulator komórki w autobusie...

     Polactwo i Polacy. Jedni tu siedzą bo muszą. Nie zrobili matury, niektórzy podstawówki, tutaj są KIMŚ. Zarabia taki jeden z drugim, wydaje bez wstydu lekko zarobione pieniądze i nie myśli co będzie za pięć, dziesięć lat. Po prostu żyje. Są wyjątki, czasem się zdarzy Polski kierowca, który usłyszy polską mowę i pożyczy Ci miłego dnia. Jednak częściej, nieporadni, nie znający języka, jakby zagubieni po raz kolejny próbują powiedzieć kierowcy "łane tikiet to central stajszyn"...

     Jakie mają zmartwienia? Ile zarabiasz na godzinę, ile płacisz za mieszkanie i jak ma się funt wobec złotówki. Nie mniej, nie więcej. Jak spotkam bardziej rozgarniętego Polaka dam znać, za dużo ich tutaj nie poznałem, a tych których spotkałem interesowały z reguły te 3 rzeczy.

     Stereotypowe są zachowania na lotnisku. Wracała mała grupa polaków i mała grupa Włochów. Włosi, czekając na samolot który ma nadlecieć za kilka godzin, najpierw wydali wszystkie drobne rypiąc w automaty z grami na lotnisku, podczas gdy "nasi" posilali się domowymi kanapkami, szukając miejsca na 3 godzinną drzemkę w pobliskiej knajpce. Na tapczanach, fotelach, wszystkim co wygodniejsze od lotniskowych foteli. Włosi po przegraniu wszystkich drobnych, ładnie położyli się na podłodze i oddali się krainie morfeusza. Polacy, bardziej pragmatycznie nastawieni, łamiąc zwyczaj dobrej kultury, rozłożyli się na miękkich tapczanach nieczynnego baru, też poszli spać.

     Ogólnie to żyją tutaj skupieni w jednym mieszkaniu, często nie znając się. Ale tak jest taniej.  Zapisują fonetyczne wersje zdań w zeszycie, by w razie problemu otworzyć go i wyrecytować kilka zdań z tego kajeciku, nie potrafiąc jednak zrozumieć odpowiedzi. Wiedz że idąc do angielskiego urzędu załatwisz swoją sprawę na 99%. Ten 1 procent przeznaczam na nie znających języka "sorryAjmpoliszów". 

     Zapieprzają za tutejsze grosze, wzbudzając zdziwienie i podziw tutejszych. Mimo wszystko mamy tą zaletę, że będąc białymi, europejczykami, wtapiamy się w te masy tutejszej ludności, i czasem trudno nas zauważyć. Tylko małe pierdołki jak domowe kanapki, czekanie na czerwonym czy wyrzucanie śmieci do kosza na ulicy nas zdradzają. Raz jeden Polak zobaczył jak dresoangole w parku atakują ciężarną kobietę. Dresom skopał dupska, kobietę zawiózł do szpitala, w ten sposób tak naturalne zachowanie znalazło się w lokalnych gazetach.

     Wyspiarze? Są mili, Ci ze starej generacji angoli, powyżej 18 roku życia. Tych poniżej 18 roku życia nawet sami angole nie lubią, bo boją się skopać im tyłki,  boją się prawa i zemsty, więc wolą ich omijać szerokim łukiem.

     Pamiętam jak jadąc autobusem usiadłem między dwoma angolami, którzy zajęci byli sobą, po czasie zaczęli się interesować mną. Wypytali mnie o wszystko - jak to jest w wieku dwudziestukilku lat wyzbyć się wszystkiego i tak wyjechać, jak tam jest w tej Polandii, jak się mówi "Fuck the Queen" po Polsku i jakie jest dobre, polskie piwo. Byli w porządku, cieszyli się że spotkali obcokrajowca. Chociaż mordy mieli przepite i przećpane, umysł mieli otwarty jak puszka piwa którą starali się ukryć przed kierowcą. I byli zszokowani kiedy im powiedziałem że żona pierwszego króla Anglii była Polką.

     Był jeszcze facet, którego spotkałem w pracy. Mówił trochę po polsku, jego żona była Polką, a ten zwiedził z nią pół świata. Na pytanie jak mi się podoba tutaj, powiedziałem że nie bardzo, ale da się żyć. Nadszedł inny, mniej światowy tubylec, bardziej patriota i zaczął rozważać jak to tak można nie lubić wysp. Mój rozmówca, początkowo próbował ripostować - "Ale Polska to naprawdę piękny kraj", widząc że to nie dociera, zaśpiewał po Polsku "I jeszcze jeden i jeszcze raz", tym samym ucinając dalszą rozmowę. Zajęliśmy się każdy swoją pracą.

     Skomercjalizowali wszystkie święta jakie są możliwe. Przed Bonfire Nights, nikt nie pyta o co chodzi w tym święcie, wszyscy kupują fajerwerki. W listopadzie widzisz choinki i oferty pozwalające Ci zabukować stolik w restauracji. Gdyby mogli, powiesili by Ci neon przed oczami, żebyś był jak najbardziej podatny na ich reklamy i zachęty. Taka tutejsza tradycja. Zwie się komercją.

     Polska to naród emigrantów. Narzekających, jak to źle jest w ojczyźnie. Ale gdy jej zabraknie nagle zaczyna się tęsknota, nostalgia i wkurwianie się na obecny świat dookoła. Bo może i w domu nie jest za wesoło, to wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. I nawet wróbli tu nie mają. Mlecza czy wierzby też raczej nie uświadczysz. A tradycja? Tutaj tylko na sprzedaż. Kup jedną, drugą dostaniesz gratis.

 

 

 

Kajetan
Kajetan10(at)op.pl

 

 

Dla M., z pozdrowieniem dla UnionJacka