One.


Miała niesamowite szare oczy i prawie białe włosy. Wyglądała bardziej niż zwyczajnie. Prawie że kurczyła się na tle otoczenia, wydawała się maleńka i tak krucha, jakby była ptakiem origami z zabytkowego pergaminu. Jeśli oczywiście komuś udawało się ją dostrzec. Podobno najtrudniej jest zauważyć to, co naprawdę ważne. Więc sporo osób przechodziło obok niej. Jednak jeden zauważył. Nastolatek. Szara kurtka, czarne spodnie. Zwyczajny. Jeden z tych, których twarzy nie potrafisz sobie przypomnieć, gdy tylko stracisz ich z oczu. Wsiadł do tramwaju. Potrzebował pieniędzy. Nigdy nikomu nie powiedział na co. Jedyne, co było wiadome, to to, że jego oczy z dnia na dzień stawały się coraz bardziej odległe i obce, a ręce trzęsły się coraz silniej. Nie, nie rzuciła mu się w oczy. Długo przyglądał się pasażerom, aż zobaczył idealną ofiarę. Niepozorna starsza pani, jakby zagubiona w głośnym świecie. Podszedł do niej. Już wyciągał rękę, tak jak robił to wiele razy wcześniej, gdy ze zdumiewającą szybkością złapała go za nią. Spojrzała głęboko w oczy, uśmiechnęła się i chłopak poczuł od tak dawna nie znane ciepło. „Naprawdę nie musisz tego robić synku.” Więcej nie zrobił.

I co z tego, że miała 40. na karku, dom na głowie, trójkę dzieci na ramionach i ciągnące ją do ziemi torby z zakupami w dłoniach. I, że tak naprawdę sama była na kolanach. Miała zamiar iść na czworakach tak długo, jak będzie mogła. Z tą myślą przekroczyła próg domu. Czuła się tak strasznie zmęczona. Postawiła torby z zakupami na stole, zaczęła gotować. Dzisiaj barszcz. Wiedziała jak jej córka go lubi. Spracowanymi dłońmi obierała buraki, mimo, że oczy zamykały jej się ze zmęczenia. To był okropny dzień. Szef zwlekał z wypłatą, a mimo to zagroził zwolnieniem, tylko dlatego, że miał zły humor. Miała naprawdę dosyć tego człowieka. Potem złodziej w metrze. Porwana torba z zakupami na przejściu dla pieszych. I nikt nawet nie spojrzał w jej stronę, żeby pomóc. Była pewna, z tym światem coś musi być nie tak. Dzwonek do drzwi. Córka wróciła. Uśmiechnęła się. „Cześć kochanie, co słychać?”.

Zimno. Wiatr rozwiewał włosy a mróz uwziął się na policzki niemiłosiernie je szczypiąc. Szła tak szybko jak mogła, chwilami zaczynając biec. Ciężkie buty stawiały opór, ale miała to w nosie, bardzo się śpieszyła. Zawiązany w pośpiechu szalik, dziurawe rękawiczki, bo właśnie te były pod ręką. A w ręce telefon. Sms. „Wybacz, nie spotkamy się dzisiaj. Coś ważnego mi wypadło.” Zależało jej, żeby Go zobaczyć, długo na to czekała. A teraz znowu wyjeżdżał… Nie wiedziała jak zareaguje na odwołanie dawno przecież umówionego spotkania. Trudno. Są ważniejsze sprawy. Była prawie u celu. Prawie jednym susem przeskoczyła znajome schody, dotarła do niepozornych drzwi i niecierpliwie wcisnęła dzwonek. Po chwili drzwi otworzyła zapłakana koleżanka, którą co chwilę wstrząsał szloch. Chwile później siedziała z nią na kanapie, tuląc w ramionach i głaszcząc po głowie. „Nie martw się… Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.”

Ależ ona śliczna. Aniołek! Często to słyszała o sobie od tych wszystkich dawno-nie-widzianych-cioteczek. W sumie trudno się dziwić… Blond włosy uroczo zakręcono wokół twarzy i ciepły uśmiech. Drobna sześciolatka szła za rękę z mamą. Wracała z zerówki, była z siebie taka dumna, przecież zerówka to prawie jak szkoła. I w dodatku dostała dzisiaj piątkę! Więc: do domu. Weszła do przedpokoju, w biegu zrzuciła buty i pobiegła do sypialni. Tata wyglądał jeszcze bardziej blado niż zwykle. I był smutniejszy. Leżał w tym łóżku całymi dniami. Mama mówiła, że jest chory, ale to pewnie dlatego, że wcale się nie rusza z domu. Podeszła bliżej. „Tato, kiedy pójdziemy na spacer?”. „Tata nie może… Źle się czuję kochanie... Zostaw mnie na chwilę samego.” „No dobrze… Ale masz się uśmiechnąć!” „Nie jestem w nastroju…” „To nie pójdę” I wlepiła te swoje śliczne, niebieskie oczy w twarz ojca. Nikt nie mógłby się oprzeć takiej prośbie.



Bo każda z nas jest Czarownicą, która może zmieniać świat.
Jeśli tylko naprawdę zechce.


Martika