Nad brzegiem Pisi Gągoliny usiadłem i podrapałem się w ucho



Dedykowane fanom Paulo Coelho i jego głębokiej filozofii

  Nad brzegiem Pisi Gągoliny usiadłem i podrapałem się w ucho. Ten podświadomy, acz symboliczny gest przyniósł mi chwilową ulgę, doprowadził mnie wszakże do bolesnej refleksji. Uświadomiłem sobie wtedy, że ukojenie cierpiącej duszy jest daleko trudniejsze, niż uśmierzenie swędzenia, i że nie da się tego dokonać w pojedynkę. Człowiek stanowi bowiem jedynie połowę istoty, a pełną kompletność można uzyskać tylko poprzez metafizyczne zjednoczenie z drugą osobą. Bo do tanga trzeba dwojga, zgodnych ciał i chętnych serc. Tak ten świat złożony jest. Albo się drugą połowę znajdzie, albo nie. Na dwoje babka wróżyła. Dziwny jest ten świat, ale życie jest piękne. Trzeba się nim cieszyć i przeżywać każdy dzień tak, jakby był ostatnim, jednocześnie nie przerywając poszukiwań. Albowiem sznasa, iż znajdzie się, nie szukając, jest nikła. Chociaż bywa i tak. Tak twierdził mój świętej pamięci dziadek. "Bywa i tak" - powiedział, a to zdanie wyryło się mocno w mej głowie. To były jego ostatnie słowa. Chwilę później zginął, przygnieciony pralka automatyczną firmy Whirlpool, która spadła na niego z przelatującego helikoptera. Cóż, bywa i tak. Te trzy wyrazy wyryto mu na nagrobku. Nie da się przecenić ich wpływu na moje życie. Gdy je usłyszałem, doznałem olśnienia. Spłynęło na mnie niczym woda z dolnopłuka w toalecie, zmywając wszelkie nieczystości i rozjaśniając wymagające tego miejsca. Wtedy to poznałem swą przyszłość. Mym powołaniem były pisarstwo i filozofia, a także głoszenie mądrości łaknącemu jej ludowi. Gdy powiedziałem to ojcu, dobył on pasa i jął mnie tłuc, a następnie podbił mi oko. Potem rzekł łagodnie:
- Synu, porozmawiajmy konstruktywnie. Czyż nie wiesz, że cię kocham i pragnę twego szczęścia? Przecież to dla ciebie zostałem biznesmenem, człowiekiem sukcesu, który pieniędzmi i wpływami zagłusza pragnienie miłości i gorycz duchowej samotności. Donosiłem na kolegów i przekupywałem, by zdobyć awans. Szedłem po trupach do wyznaczonego celu, a wszystko z myślą o tobie. Zdusiłem uczucia, zacisnąłem zęby i zdobyłem szczyty, by móc tobie utorować drogę. Zostając filozofem, marnujesz życie na mrzonki. Najważniejsze są pieniądze. Władza. Wpływy. Nieruchomości. Akcje. Samochody. Kobiety. Wymarzyłem sobie dla ciebie inną przyszłość. Zostaniesz maklerem giełdowym, zamieszkasz w willi z basenem i poślubisz uległą i piękną dziewczynę z naszych sfer. Bo inaczej... co ludzie powiedzą? Bądź obiektywny, rzeczowy i nabierz dystansu. Przegrywasz życie. Czy tego nie widzisz?
A ja nie widziałem, bo miałem podbite oko. Słyszałem za to szloch matki w pokoju obok.
- Ojcze, twa mądra, acz długa perora nie zdoła mnie przekonać. Decyzję podjąłem już w sercu. Klamka zapadła. Szlus. Finito. Koty za płoty. Karaluchy pod...
- Synu - przerwał mi ojciec - ranisz nas! Czy nie słyszysz płaczu matki? Cóż zdoła zmiękczyć twe niewdzięczne serce? Ile chcesz? Dwa tysiące wystarczą?
Matka rozszlochała się jeszcze bardziej. Usłyszałem ciche "aż tyle?".
- Ojcze, pieniądze szczęścia nie dają. Nie kupisz za nie spokoju ducha ani nie uśmierzysz egzystencjalnego bólu twej wewnętrznej jaźni. Czy brak ci wyobraźni? Oszczędź mi kaźni i życia w bojaźni.
- Synu, czy nie pojmujesz, że wszystko psujesz? Chyba na głowę chorujesz. Zanim zdecydujesz, czym się zajmujesz, może wpierw pokombinujesz? Życie rujnujesz i matkę stresujesz.
- Ojcze, dziadek rzekł: "bywa i tak". Czy zaprzeczysz tym światłym słowom?
- Nie. Przekonałeś mnie. Och, jakiż byłem naiwny! Teraz pojmuję swój błąd. "Bywa i tak" - jakie to głębokie!
Matka przestała szlochać. Usłyszałem ciche skrzypnięcie drzwi. Ukazała się w nich ma rodzicielka z zaczerwienionymi oczami i potarganymi właosami. Podeszła do mnie, wytarła mi krew z nosa i nastawiła złamaną przez ojca rękę. Byliśmy szczęśliwą, kochająca się rodziną. Rodzice chcieli dla mnie dobrze. Ja jednak znałem przeznaczenie, drogę, którą będę podążał po kres swych dni. Będę głosił mądre słowa, żył w harmonii i zgodzie ze sobą i światem, medytował, czcił wewnętrzne ego, dbał o ciało i ducha, pomagał potrzebującym, jadł zdrową żywność i codziennie zmieniał bieliznę.
  Życie jest piękne. Bywa i tak. Po nocy nadchodzi dzień, po wiośnie lato, po piątku sobota, a po imprezie kac. Trzeba przyjmować to z pokorą, gdyż taka jest kolej rzeczy. Tego nie możemy zmienić, ale tyle rzeczy możemy... Zacznijmy od siebie. Uwolnij swoje Ja i pozwól mu wzrastać i owocować. Owocem będzie szczęście. Żyj w zgodzie z sobą i ludźmi. Medytuj i rozmawiaj z mądrzejszymi od siebie, na przykład ze mną. Jedz dużo sałatek warzywnych, by twe ciało było godne ducha. Pij mleko, będziesz wielki. Pamiętaj, cholero, nigdy nie dziel przez zero. Nie wiem, po co to napisałem, ale wszystko ma głębszy sens.

  Nad brzegiem rzeki siedziałem i drapałem się coraz natarczywiej. Doprowadziło mnie to do odkrywczej konkluzji, że należy się drapać, gdy swędzi. Drapanie, gdy nie swędzi, nie ma większego sensu. Choć też może być przyjemne.
   Zapatrzyłem się na plamy benzyny na powierzchni rzeki, na przepływający kosz na śmieci, na leżące na dnie opony i przemykające między nimi ryby, z powodu mutacji wywołanej przez zanieczyszczenia fosforyzujące na zielono. Zadziwiające, czego może dokonać Matka Natura. Rybka zatrzepotała czułkami, a następnie podrapała się po nodze i oddaliła w znanym sobie kierunku. Mówi się, że człowiek poprzez odporowadzanie ścieków do rzeki zabija setki gatunków ryb, ale - jak widać - może także stworzyć nowe. Bywa i tak.
  Słońce zachodziło krwawo nad miastem. Plamy benzyny rozjarzyły się wszystkimi kolorami radioaktywnej tęczy. Uznałem, że należy wstać. Zawsze ufałem znakom. Znakiem był ból tyłka. Podniosłem się i otrzepałem z kurzu. Rzuciłem okiem na zegarek. To już siedemnaście godzin? Zdarzało mi się czasem tak zamyśleć. Medytacja bywa czasochłonna. Ptak, który uwił gniazdo w mych włosach, zagruchał ostentacyjnie i odleciał. Rybki, które zdążyły się już do mnie przyzwyczaić, jak do każdego stałego elementu krajobrazu, spojrzały z wyrzutem. Jedna, ta najbardziej zdesperowana, obiecała nawet, że jeśli zostanę, spełni moje trzy życzenia. Odmówiłem i rzuciłem jej na pociechę kawał mięsa. Człowiek sam powinien spełniać swoje życzenia. Obiecałem, że jeszcze tu wrócę.

  O zmroku dotarłem do domu. Musiałem przemykać ciemnymi uliczkami ostrożnie, by nie natknąć się na grupę wrogo nastawionych młodzieńców, odzianych w dresy. Gdy tylko w oddali widziałem fosforyzujące buty bądź paski na spodniach, natychmiast uskakiwałem za drzewo i z bijącym ze strachu sercem czekałem, aż niebezpieczeństwo minie. Nie mogłem się narażać. Swiat mnie potrzebował. Mnie, mych światłych słów i mej mądrości. W tych czasach filozofia musi zdjąć klapki z oczu ludzkości i stać się panaceum na zło. Zło czaiło się nawet w tych dresiarzach. Do czego może doprowadzić złe wychowanie? Myślałem o tym kiedyś i doszedłem do wniosku, że prowadzi do tego, że ludzie są źle wychowani. Żaczyna się od zaniedbań rodziców, a potem takie dziecko zakłada dres i zaczyna siać postrach na ulicach. Wszedzie pełno tych dresiarzy. Przez napięcie, wywołane ich unikaniem, przepociłem sobie cały dres.

  Stanąłem przed klatką schodową. Wejście zagradzał mi leżący sąsiad. Unoszące się nad nim opary alkoholu wprowadzały w stan upojenia krążace dookoła muchy. On sam próbował wstać. Chyba któryś raz z rzędu, co poznałem po wyrazie rezygnacji na jego twarzy. Mimo tego podejmował tę nierówną walkę ciągle od nowa, prezentując niezłomną siłę woli i hart ducha. "Dzielny człowiek" - pomyślałem. Głośno zaś rzekłem:
- Nie powinien pan tyle pić.
Sąsiad nie docenił mądrej rady. Gdyby wziął ją pod uwagę, mogłaby odmienic jego życie. Przeszedłby duchową metamorfozę i ruszył dziarsko ku swemu Przeznaczeniu. Zdobyłby szacunek i przyjaciół, a może poszedł do seminarium i został księdzem. A potem niechby i papieżem. Kto wie, może miałby nawet szansę na udział w jakims reality - show? On jednak odrzucił me słowa i wybełkotał:
- A co? Za moje pieniądze piję! I przewracam się też za moje i nikogo nie powinno to obchodzić! Potem, zgodnie z tym, co powiedział, rzeczywiście się przewrócił. Za swoje pieniądze. Spojrzał na mnie, nie mówiąc już nic, i beknął melancholijnie. Przeskoczyłem nad nim i wbiegłem po schodach na górę.


KONIEC ROZDZIAŁU PIERWSZEGO


Doorshlaq <doorshlaq@poczta.onet.pl>