Krótki art o umieraniu
Ile razy umierałeś? Na pewno zostałeś zabity już co najmniej kilka razy. Powinieneś sobie to uświadomić, a nawet, jeśli nie powinieneś, to za chwilę to zrobisz.
Koty podobno mają dziewięć
żyć.
Biedne. My, ludzie, mamy ich co najmniej kilkadziesiąt.
Po raz pierwszy umierałem w wieku lat kilku. Może siedmiu, a może nie. Pamiętam jakiś plastikowy rower i panią za biurkiem, która informowała rodziców o tym, że przyjęcia odbywają się w poniedziałki i czwartki. Ile ja się wtedy naszarpałem ich rękawów, żeby powiedzieli, jaki mamy dzień tygodnia. Nie powiedzieli. Potem był właśnie ten rowerek, pielęgniarka mi go pokazywała. Bardziej mnie oczywiście interesowała lokalizacja opiekunów, prawdopodobnie zbiegali wtedy ze schodów. To oczywiście był poniedziałek. Pierdolony pech.
Drugi raz przydarzył się w gimnazjum. Jest taki silny lek przeciwbólowy, Pyralgin(um?). Miałem ciężkie migreny, czasami kilkudniowe, niewiele pomagało. Wiem na pewno, że nie przekroczyłem dopuszczalnej dawki, ale byłem i jestem dzieciak, a lek to jednak lek. Jakiś inteligentniejszy uczeń z mojej (muszę pisać: mojej, chociaż zupełnie się nie poczuwam) powiedział, że zetnie mi się od tych prochów krew. No i czekałem – jak na ścięcie. Dosłownie.
Trzeci raz umierałem w technikum (co szkoła, to śmierć, haha). Miała na imię Justyna i była zjawiskiem porównywalnym do... Właściwie to była zjawiskiem nieporównywalnym. Umarłem dzięki niej wielokrotnie. Jeśli umierania związane z nią i następnymi zjawiskami coś mi dały, to chyba tylko coraz krótszy czas, jaki poświęcam na żałobę po kolejnym zjawisku, co to się spełnić nie chciało i nie mogło. Tylko i aż.
Umierałem na różne sposoby. Najgorzej było wtedy, gdy nie mogłem zasnąć, czując na piersi ciężar stanowczo zbyt wielki jak na moje wątłe ciało. Mam nadzieję, że dzieliliście ze mną to uczucie nie raz i nie dwa – uczucie bezdechu, ale prawdopodobnie tylko uczucie. Przeczucie nie wstania nazajutrz, ale prawdopodobnie tylko przeczucie. Dzieliliście, prawda? Nikt nie chce być sam w swoich lękach.
Troszeczkę się gubię, gdy próbuję obejmować to moje życie. Chciałbym być w wielu miejscach naraz, zbyt wiele nie tracić, wykorzystywać to, co jest do wykorzystania. Jednak ogarniając – nie ogarniam. Im bardziej chcę, tym bardziej widzę, jak mało dostajemy od życia, jak bardzo nieszczęśliwi jesteśmy w swojej jednoosobowości.
Cholera, też musieliście
to przecież czuć. Doskonale wiecie, o czym mówię.
Ulica, po
której właśnie idę.
Tramwaj stojący na światłach.
W
mniejszym stopniu pokój, w którym samotnie spędzam
wieczory.
Ten świat... To dla nas o wiele za mało.
A
jednocześnie nie możemy uporządkować najprostszych spraw. Nadymamy
się jak balony, a potem jedno małe „puk”, dłuższe
„psssss” i już nas nie ma.
Nasz świat... Nie radzę
sobie z nim, nawet z najmniejszym jego wycinkiem. Marzę o życiu
zorganizowanym, wiedząc jednocześnie, że organizacja pociągnie za
sobą pragnienie chaosu i niedosyt marzeń.
Próbuję
policzyć, z czego mogę być zadowolony, dumny. Palców jednej
ręki jest stanowczo za dużo. Gdybym nie miał kciuka...
Potem
liczę cele, zamierzenia, jakieś bezsensowne złudzenia. To o wiele
łatwiejsze, tutaj już muszę pożyczać palce od dziewczyny, która
opiera swoją rękę o jakiś uchwyt w tramwaju. Nie ma mowy, żebym
rezygnował z kciuka. Ona chyba też nie zamierza rezygnować, patrzy na
mnie i cofa dłoń.
Przepraszam, czy ja straszę?
Nie, to tylko
mój przystanek, wysiadam.
Wysiądziesz ze mną?