Kiedy byłem jeszcze małą dziewczynką

Raz drzwi przycięły mi rękę, kilka razy uwięziły skrawek kurtki. Kiedyś pociągnęły gwałtownie za mój plecak, ale jeden z pasażerów przejął się moją nieszczęsną sytuacją, prosząc kierowcę o pomoc. Czy zarząd komunikacji miejskiej uważa, że każdy powinien być jak Indiana Jones, który sięga dłonią w martwą przestrzeń, aby zabrać ze sobą ukochany kapelusz? Jeśli miałbym teraz przedstawić jakiś szczegół z mojej praworządnej Nibylandii, ze świata perfekcyjnie przejrzystego, to naklejkę "Po usłyszeniu sygnału, nie wsiadać" zastąpiłbym "Wsiadanie po sygnale może się źle skończyć" albo "Zaraz po sygnale drzwi zostaną zamknięte, więc jeśli nie lubisz ryzyka (pomijając fakt, że twój następny autobus przybędzie za dwie godziny) nie wsiadaj". Najgorsze są jednak sekundy, w których sygnał rozlega się akurat wtedy, gdy człowiek potyka się o nierówność chodnika, a rączka futerału z gitarą wyślizguje się z dłoni. Każda najmniejsza chwila zaczyna wtedy nabierać rozpędu, zaczyna iskrzyć światłami miasta, przyprawiając wywracającego się o palpitacje serca. Możliwe, że po chwili wszystko zaczyna się stabilizować... jednak miejsce siedzące wcale nie wiąże się z zakończeniem problemów. Zawsze musi znaleźć się niemiła starsza pani, która zacznie narzekać na bezużyteczną młodzież. Nieszczęśnik musi wstać, jednocześnie uważając na gitarę. Możliwe, że wtedy herbaciane fusy niespokojnego dnia znowu zaczynają opadać na dno, jednak w tym samym momencie okazuje się, że autobus zatrzymał się na właściwym przystanku. 

Jak ćma zmierzam w kierunku żałośnie kolorowych neonów. Jesteśmy umówieni za pięć minut.

Biorąc pod uwagę duże prawdopodobieństwo, że kucharz włoskiej restauracji mógłby dodać do mojego conchiglioni al salmone jakiejś niewyczuwalnej, zabójczej substancji, dochodzę do wniosku, że wietnamskie bary są wprost idealne do wszelkiego rodzaju spotkań towarzyskich. Najdziwniejsze jest to, że w takich knajpach jedynym symbolem kultury orientu jest obsługujący, który ogranicza swoją znajomość polskiego do zawartości menu. Abstrahując od rzeczy całkiem niemiłych - od ciężkiego zapachu gotowanego mięsa, kiczowatych wachlarzy i brudnych stolików- mogę stwierdzić, że takie miejsca mają w sobie coś niezwykłego.  Czas rozciąga się w wyczekiwaniu na danie, rzeczywistość zaczyna się rozszczepiać, gdy siedząc samotnie, wsłuchuję się w rozmowy innych osób. Właśnie wtedy, gdy do stolika przysiada się mój dobry przyjaciel, zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinienem wpatrywać się w twarze nieznajomych, że nie powinienem wymyślać ich życiorysów. W każdej z takich knajp tkwi coś magicznego, co stymuluje najbardziej szalone myśli- w jednym miejscu szara regularność i różnorodność możliwości zlewają się w ciepłą pogawędkę. Jestem jednak pewien, że w wietnamskim barze nie poznam miłości swojego życia, że szampańska zabawa przy smakowitych sajgonkach nigdy nie będzie miała miejsca oraz że słoneczne popołudnie wzbogacone aromatem kurczęcia w pięciu smakach nigdy nie nadejdzie. Jeśli za każdym razem, gdy znajdę się w wietnamskim barze, usłyszę tak wiele niedorzecznych zdań, to nigdy do takowej jadłodajni nie wrócę. Przysięgam, że nawet jeśli powietrze rozgrzane słońcem Pustyni Danakilskiej zacznie świdrować moją czaszkę, a ja konając w konwulsjach, będę skomlał o łyk wody, o kęs materii organicznej, to jeśli niski człowiek spadnie z nieba i niski człowiek elokwentnie zapyta się "pan! kusiak w piesiu smaka?", to odpowiem, że "nie, nie włożę do ust żadnej kitajskiej potrawy, bo w tym samym momencie, jak zacznę jeść, dopadnie mnie mój znajomy, który będzie mi opowiadał o swojej nieszczęśliwej miłości". Swoją drogą, nie wytrzymałbym przymusu ucieczki przed każdym przedmiotem, który jest nawet w najmniejszym stopniu powiązany ze słuchaniem takich bredni. Przecież żeby uciec z miasta potrzebowałbym trochę czasu (włączając w wielką ucieczkę pośpieszne zakładanie kurtki, czy sprint w kierunku najbliższej stacji kolejowej). Najbardziej zdenerwowała mnie jego reakcja na to, gdy próbowałem go pocieszyć. Co z tego, że pocieszałem rozmytymi radami, co z tego, że pocieszałem wymijającymi odpowiedziami? W końcu usłyszałem, że nie znam się na kobietach- to właśnie mnie najbardziej zirytowało. Byłem zdezorientowany tym zdaniem- przecież to koncept godny polskich aktorzyn serialowych prowadzących właśnie dyskusję o cnotach kina niekomercyjnego. Jeśli więc prymitywne piosenki potrafią drążyć w myślach ogromne przestrzenie, co mam powiedzieć o bezpodstawnych przypuszczeniach? o niestabilnie skonstruowanych zarzutach? Czym mam się bronić? No czym? Argumenty nie mają żadnej wartości, kiedy kobiecość tętni każdym najmniejszym szczegółem codzienności.

Parę razy miałem sposobność doświadczyć tego, że śmiech jest zaraźliwy. Żeby poczęstować kogoś taką infekcją potrzebny jest pewien kontakt- czasami wystarczy porozumiewawcze spojrzenie albo zwykły, szczery uśmiech. Możliwe, że senność także można przekazać komuś innemu. Jest to oczywiście ściśle związane z naturalnym człowiekowi naśladownictwem. Na przykład kiedy spoglądam na starszego mężczyznę, który zasypia, opierając czoło o płaskość szyby, to ja także zaczynam odczuwać eskalujące zmęczenie. Tylko że jeśli zasnę, to przegapię swój przystanek. Kiedy jestem naprawdę zmęczony, nawet najbardziej jazgotliwe dźwięki płynące ze słuchawek nie pobudzają mnie. Nie potrafię oprzytomnieć nawet jeśli brzmienie instrumentów układa się w grzmot atomowego basso profondo. Mogę wnioskować, że gdyby grupa aktywistów spuściłaby mi nagle łomot, to uznałbym ich działanie za łagodną kołysankę. Na szczęście nic takiego się nie stało. Wszelkie rozlewy krwi nie działają na mnie pozytywnie- gonitwa myśli rozpoczyna się dopiero w chwili kontaktu policzka z poduszką. Gdybym uważał, że należy bezustannie podziwiać różnorodności płaszczyzn otaczającego nas świata, to pięć godzin każdej nocy rezerwowałbym na wpatrywanie się w gwiazdy. Oczywiście, nie zawsze są widoczne... Powiem więcej: uważam, że  wychwalanie kilku zjawisk przyrodniczych wyróżniających się wachlarzem ciepłych barw ma niewiele wspólnego z nieskończonością poszukiwań. Dlaczego więc, gdy ktoś zasieje w naszym umyśle ziarno niepewności, zaczynamy odczuwać niepokój? Dlaczego rozpoczynamy desperacką pogoń ku wyjaśnieniom? Lęk przed śmiertelną ciszą czasami bywa silniejszy niż suma wszystkich niepewnych kroków, niż strach przed upadkiem. W strachu przed ciszą i brakiem odpowiedzi tkwi coś niezmiennego. Jestem ciekaw, czy kiedyś będziemy w stanie to zrozumieć. 

Czasami poranne poczucie niepokoju przeciąga się w kilka pierwszych godzin nowego dnia. Ale jeśli postanowimy pozostawić w pamięci chociaż urywek z każdego sennego marzenia, to w pewnym momencie uświadomimy sobie, że nasze otoczenie obfituje w nieregularność. Przecież powtarzając w kółko te same czynności ignorujemy prawa, którymi obdarza nas kolejny wschód słońca. W chwili, gdy zaczynamy pragnąć jedynie snu, kiedy chcemy, żeby cały świat zniknął- wtedy zrodzi się prawdziwe szaleństwo, które niejednokrotnie jest początkiem czegoś wielkiego.

Niekiedy nasze rozmowy zapętlają się w opowieść o czynnościach mechanicznych- o działaniach, które pozornie nie mogą pomieścić w sobie żadnej niezwykłości. Dostrzeganie nawet niewielkich cudów nie ma nic wspólnego wiarą. Chyba że powiążemy wiarę z poszukiwaniem, rozpaczliwym wyczekiwaniem i, w końcu, z podniecającym niezdecydowaniem... Jeśli kiedykolwiek zadawaliście sobie pytanie, jak daleko może zajść cyniczna maniera młodych twórców, to w odpowiedzi mógłbym zaprezentować wam multum osiągnięć opierających się jedynie na zawziętości i pewności siebie. Historie pisane szaleńczym pragnieniem przypodobania się publice, czy też stosy pucharów pod auspicjami nieracjonalnych zachcianek- gdzie tu miejsce na dziecinny niedosyt? co się stało z dziecięcą kreatywnością? Czy świat wyobraźni w końcu rozmył się w wielki garze wrzącej coca-coli?

Moglibyśmy dziękować ludziom, którzy swoim zachowaniem starają się przekazać nam informację o tym, że nie jesteśmy do czegoś zdolni. Oczywiście, jeśli ktoś mówi mi, że czegoś nie potrafię, to nie zawsze odbieram takie słowa jako zachętę do działania. Wręcz przeciwnie- najczęściej zamierzenie osoby, która mówi "nie znasz się, nie nadajesz się, jesteś do niczego" dosięga w końcu celu- w szczególności, gdy jest to atak zmasowany. Zabawne jest to, że wariujemy nawet wtedy, kiedy posiadamy pełną kontrolę nad sytuacją. Jeśli splot niemiłych zdarzeń zmusza nas do opatrywania zakażonych ran postrzałowych, zakopywania zmasakrowanych ciał przyjaciół czy też do bezustannego czołgania się w cuchnącym posoką błocie, to chociaż mamy pod ręką jeszcze kilka sztuk amunicji, czujemy się trochę nieswojo. Opuszczając lufę, patrzymy się na konającego wroga i wtedy jest nam na sercu trochę lżej...  

Łącząc pojęcia kobiecości i męskości postąpilibyśmy bardzo niemądrze. Pomimo że każdy człowiek posiada wrodzone cechy, algorytmy zachowań, rozbudowaną gałąź odruchów, to nie jesteśmy w pełni przewidywalni. Wydarzenia, które za jednym razem działają kojąco na daną postać, nie zawsze muszą być interpretowane jako panaceum dla osobowości. Wszelakie kaprysy, diametralne zmiany poglądów czy też zwyczajne rozkojarzenia spowodowane złym samopoczuciem, niepodważalnie świadczą o naszej nieregularności. Nie uważam, że każdy z nas jest na tyle przewrotny, że swoją umiejętnością dokonywania wyborów mógłby konkurować z kostką do gry. Znam jednak kilka osób, które swoimi szczególnymi umiejętnościami wyróżniają się z szarego tłumu. Pomimo tego, że owe persony wykazują wybitne zdolności w danej dziedzinie nauki, sztuki lub sportu, to już w sytuacji zmierzenia się z nieprzewidzianym problemem wpadają w panikę. Moglibyśmy wymyślić sobie teraz osobę, której umiejętności byłyby wyśrodkowaniem cech różnorakich pasjonatów, mieszanką osobowości. Jednak czy my wszyscy nie podlegamy nieraz wpływom osoby, którą się zafascynowaliśmy?

Wpatrując się w twarze pasażerów porannego autobusu, zastanawiam się nad tym, czy któryś z nich posiada świadomość tego, że każdy moment życia może skrywać zakończenie jednego z pozornie trudnych problemów? Jest jasne, że nikt o szóstej rano nie kontempluje nad ulotnością (i tak nieuguntowanych) wartości. Jestem jednak ciekaw, czy któryś z nich chociaż w najmniejszym stopniu stara się kontrolować- i w razie potrzeby, rugować swoje dążenia. Niektórym naprawdę przydałaby się doza samokrytyki. Mamy tutaj niezaspokojone kobiety po sześćdziesiątce, naiwnych młodzieńców, starszych, zadbanych panów, mamy figlarne nastolatki oraz grupę obojętnych w wieku chrystusowym. W małych miasteczkach można nawet zapamiętać, na których przystankach wysiadają, jak się zachowują.

Co jednak zrobić, gdy ludzkość zaczyna oddzielać uczucia od miejsc, osób, sytuacji, które powinny być człowiekowi najbliższe, nienaruszone w swojej złożoności? To tak, jakbyśmy chcieli zaprzeczyć wszelkim reakcjom, jakbyśmy negowali istnienie ognia, światła i dźwięku. W tym momencie ktoś mógłby ze stoickim spokojem oznajmić, że rozpad znaczeń jest rzeczą nieuchronną, jednak czy będziemy potrafili obyć się bez tych najbardziej elementarnych fragmentów naszego człowieczeństwa? Gdyby miłość zamknięta była w zwiewnych sukienkach, w leżących na podłodze białych koszulach, gdyby była zamknięta w wypastowanych pantoflach i w porzuconych biustonoszach, to jeśli chcielibyśmy przedstawić realną wartość wizerunków promowanych przez kulturę, otrzymalibyśmy kosz pełen wysmarowanych gównem ciuchów...

Jeśli bunt przeciwko rozkojarzonemu społeczeństwu uznajemy za jedyną formę samospełnienia, pomyślmy, co mogłoby się stać, gdyby nasza wiara we własne umiejętności nagle zaczęła szwankować. Jeśli nie uwzględniamy własnych słabości, łatwo jest się potknąć. Co wtedy, gdy drzwi autobusu przytną nam rękę, ciągnąc nas samych w bezkresną dal? W chwili, gdy nasze życie zaczyna przypominać partię szybkich szachów, należy czasami ustąpić przeciwnikowi. W ostateczności winę za nasze niepowodzenia możemy zrzucić na złą pogodę, niekorzystny układ planet, czy też na obecność irytującej nas osoby. Przecież w mniej zatłoczonych autobusach łatwiej nawiązać rozmowę, łatwiej znaleźć zrozumienie, łatwiej podziwiać pędzące miasto- wtedy cały świat zaczyna powoli zapadać się we mgle.

sypee

moje inne teksty