|
Kiedy
byłem jeszcze małą dziewczynką
Raz
drzwi przycięły mi rękę, kilka razy uwięziły skrawek kurtki. Kiedyś pociągnęły
gwałtownie za mój plecak, ale jeden z pasażerów przejął się moją nieszczęsną
sytuacją, prosząc kierowcę o pomoc. Czy zarząd komunikacji miejskiej uważa,
że każdy powinien być jak Indiana Jones, który sięga dłonią w martwą
przestrzeń, aby zabrać ze sobą ukochany kapelusz? Jeśli miałbym teraz
przedstawić jakiś szczegół z mojej praworządnej Nibylandii, ze świata
perfekcyjnie przejrzystego, to naklejkę "Po usłyszeniu sygnału, nie
wsiadać" zastąpiłbym "Wsiadanie po sygnale może się źle skończyć"
albo "Zaraz po sygnale drzwi zostaną zamknięte, więc jeśli nie lubisz
ryzyka (pomijając fakt, że twój następny autobus przybędzie za dwie
godziny) nie wsiadaj". Najgorsze są jednak sekundy, w których sygnał
rozlega się akurat wtedy, gdy człowiek potyka się o nierówność chodnika, a
rączka futerału z gitarą wyślizguje się z dłoni. Każda najmniejsza chwila
zaczyna wtedy nabierać rozpędu, zaczyna iskrzyć światłami miasta,
przyprawiając wywracającego się o palpitacje serca. Możliwe, że po chwili
wszystko zaczyna się stabilizować... jednak miejsce siedzące wcale nie wiąże
się z zakończeniem problemów. Zawsze musi znaleźć się niemiła starsza
pani, która zacznie narzekać na bezużyteczną młodzież. Nieszczęśnik musi
wstać, jednocześnie uważając na gitarę. Możliwe, że wtedy herbaciane fusy
niespokojnego dnia znowu zaczynają opadać na dno, jednak w tym samym momencie
okazuje się, że autobus zatrzymał się na właściwym przystanku. Parę razy miałem sposobność doświadczyć tego, że śmiech jest zaraźliwy. Żeby poczęstować kogoś taką infekcją potrzebny jest pewien kontakt- czasami wystarczy porozumiewawcze spojrzenie albo zwykły, szczery uśmiech. Możliwe, że senność także można przekazać komuś innemu. Jest to oczywiście ściśle związane z naturalnym człowiekowi naśladownictwem. Na przykład kiedy spoglądam na starszego mężczyznę, który zasypia, opierając czoło o płaskość szyby, to ja także zaczynam odczuwać eskalujące zmęczenie. Tylko że jeśli zasnę, to przegapię swój przystanek. Kiedy jestem naprawdę zmęczony, nawet najbardziej jazgotliwe dźwięki płynące ze słuchawek nie pobudzają mnie. Nie potrafię oprzytomnieć nawet jeśli brzmienie instrumentów układa się w grzmot atomowego basso profondo. Mogę wnioskować, że gdyby grupa aktywistów spuściłaby mi nagle łomot, to uznałbym ich działanie za łagodną kołysankę. Na szczęście nic takiego się nie stało. Wszelkie rozlewy krwi nie działają na mnie pozytywnie- gonitwa myśli rozpoczyna się dopiero w chwili kontaktu policzka z poduszką. Gdybym uważał, że należy bezustannie podziwiać różnorodności płaszczyzn otaczającego nas świata, to pięć godzin każdej nocy rezerwowałbym na wpatrywanie się w gwiazdy. Oczywiście, nie zawsze są widoczne... Powiem więcej: uważam, że wychwalanie kilku zjawisk przyrodniczych wyróżniających się wachlarzem ciepłych barw ma niewiele wspólnego z nieskończonością poszukiwań. Dlaczego więc, gdy ktoś zasieje w naszym umyśle ziarno niepewności, zaczynamy odczuwać niepokój? Dlaczego rozpoczynamy desperacką pogoń ku wyjaśnieniom? Lęk przed śmiertelną ciszą czasami bywa silniejszy niż suma wszystkich niepewnych kroków, niż strach przed upadkiem. W strachu przed ciszą i brakiem odpowiedzi tkwi coś niezmiennego. Jestem ciekaw, czy kiedyś będziemy w stanie to zrozumieć. Czasami poranne poczucie niepokoju przeciąga się w kilka pierwszych godzin nowego dnia. Ale jeśli postanowimy pozostawić w pamięci chociaż urywek z każdego sennego marzenia, to w pewnym momencie uświadomimy sobie, że nasze otoczenie obfituje w nieregularność. Przecież powtarzając w kółko te same czynności ignorujemy prawa, którymi obdarza nas kolejny wschód słońca. W chwili, gdy zaczynamy pragnąć jedynie snu, kiedy chcemy, żeby cały świat zniknął- wtedy zrodzi się prawdziwe szaleństwo, które niejednokrotnie jest początkiem czegoś wielkiego. Niekiedy nasze rozmowy zapętlają się w opowieść o czynnościach mechanicznych- o działaniach, które pozornie nie mogą pomieścić w sobie żadnej niezwykłości. Dostrzeganie nawet niewielkich cudów nie ma nic wspólnego wiarą. Chyba że powiążemy wiarę z poszukiwaniem, rozpaczliwym wyczekiwaniem i, w końcu, z podniecającym niezdecydowaniem... Jeśli kiedykolwiek zadawaliście sobie pytanie, jak daleko może zajść cyniczna maniera młodych twórców, to w odpowiedzi mógłbym zaprezentować wam multum osiągnięć opierających się jedynie na zawziętości i pewności siebie. Historie pisane szaleńczym pragnieniem przypodobania się publice, czy też stosy pucharów pod auspicjami nieracjonalnych zachcianek- gdzie tu miejsce na dziecinny niedosyt? co się stało z dziecięcą kreatywnością? Czy świat wyobraźni w końcu rozmył się w wielki garze wrzącej coca-coli? Moglibyśmy dziękować ludziom, którzy swoim zachowaniem starają się przekazać nam informację o tym, że nie jesteśmy do czegoś zdolni. Oczywiście, jeśli ktoś mówi mi, że czegoś nie potrafię, to nie zawsze odbieram takie słowa jako zachętę do działania. Wręcz przeciwnie- najczęściej zamierzenie osoby, która mówi "nie znasz się, nie nadajesz się, jesteś do niczego" dosięga w końcu celu- w szczególności, gdy jest to atak zmasowany. Zabawne jest to, że wariujemy nawet wtedy, kiedy posiadamy pełną kontrolę nad sytuacją. Jeśli splot niemiłych zdarzeń zmusza nas do opatrywania zakażonych ran postrzałowych, zakopywania zmasakrowanych ciał przyjaciół czy też do bezustannego czołgania się w cuchnącym posoką błocie, to chociaż mamy pod ręką jeszcze kilka sztuk amunicji, czujemy się trochę nieswojo. Opuszczając lufę, patrzymy się na konającego wroga i wtedy jest nam na sercu trochę lżej...
Wpatrując się w twarze pasażerów porannego autobusu, zastanawiam się nad tym, czy któryś z nich posiada świadomość tego, że każdy moment życia może skrywać zakończenie jednego z pozornie trudnych problemów? Jest jasne, że nikt o szóstej rano nie kontempluje nad ulotnością (i tak nieuguntowanych) wartości. Jestem jednak ciekaw, czy któryś z nich chociaż w najmniejszym stopniu stara się kontrolować- i w razie potrzeby, rugować swoje dążenia. Niektórym naprawdę przydałaby się doza samokrytyki. Mamy tutaj niezaspokojone kobiety po sześćdziesiątce, naiwnych młodzieńców, starszych, zadbanych panów, mamy figlarne nastolatki oraz grupę obojętnych w wieku chrystusowym. W małych miasteczkach można nawet zapamiętać, na których przystankach wysiadają, jak się zachowują. Co jednak zrobić, gdy ludzkość zaczyna oddzielać uczucia od miejsc, osób, sytuacji, które powinny być człowiekowi najbliższe, nienaruszone w swojej złożoności? To tak, jakbyśmy chcieli zaprzeczyć wszelkim reakcjom, jakbyśmy negowali istnienie ognia, światła i dźwięku. W tym momencie ktoś mógłby ze stoickim spokojem oznajmić, że rozpad znaczeń jest rzeczą nieuchronną, jednak czy będziemy potrafili obyć się bez tych najbardziej elementarnych fragmentów naszego człowieczeństwa? Gdyby miłość zamknięta była w zwiewnych sukienkach, w leżących na podłodze białych koszulach, gdyby była zamknięta w wypastowanych pantoflach i w porzuconych biustonoszach, to jeśli chcielibyśmy przedstawić realną wartość wizerunków promowanych przez kulturę, otrzymalibyśmy kosz pełen wysmarowanych gównem ciuchów... Jeśli bunt przeciwko rozkojarzonemu społeczeństwu uznajemy za jedyną formę samospełnienia, pomyślmy, co mogłoby się stać, gdyby nasza wiara we własne umiejętności nagle zaczęła szwankować. Jeśli nie uwzględniamy własnych słabości, łatwo jest się potknąć. Co wtedy, gdy drzwi autobusu przytną nam rękę, ciągnąc nas samych w bezkresną dal? W chwili, gdy nasze życie zaczyna przypominać partię szybkich szachów, należy czasami ustąpić przeciwnikowi. W ostateczności winę za nasze niepowodzenia możemy zrzucić na złą pogodę, niekorzystny układ planet, czy też na obecność irytującej nas osoby. Przecież w mniej zatłoczonych autobusach łatwiej nawiązać rozmowę, łatwiej znaleźć zrozumienie, łatwiej podziwiać pędzące miasto- wtedy cały świat zaczyna powoli zapadać się we mgle. |