Bleh. Na dworze jest zimno. Jakiś taki ten wiatr nieprzyjemny. I jakoś tak mokro, dyskretnie wilgotno. Tak jakby padał niewidzialny deszcz. Choć to pewnie tylko takie dziwne wrażenie. Przyzwyczajenie. Że jak są chmury, wiatr i ogólnie jest brzydko, jesiennie i listopadowo, to do dopełnienia obrazu brakuje tylko takiej uciążliwej mżawki, tym bardziej wkurzającej, im częściej czyści się okulary, żeby usunąć z nich te cholerne kropelki. Więc jest zimno i pada, mimo, że deszczu nie ma.
I w ogóle to zmarzłam dzisiaj. 11 listopada. To znaczy orkiestra. I granie patriotyczno- religijne. Kościół, pochód, pomnik, cmentarz. Wszędzie cholernie zimno. I mimo rajstop pod spodniami (jak ja nienawidzę rajstop!) czułam, jak ten głupi, wścibski wiatr stara się dokładnie zapoznać z każdym miejscem na moim ciele. No i ten krawat mnie piłował w szyję. A mundur jest niewygodny, a te kozaki nieładne.
Internet nie działa. Uwielbiam bursę. Po prostu… Bez komentarza. I prąd dzisiaj trzy razy padł. Nie zdziwiłabym się, gdyby padł czwarty raz. Ot tak, dla zasady. Żeby utraciła te parę akapitów. Wtedy w ogóle będzie pięknie. A poza tym widzę, że muszę posprzątać w tym pokoju. Nie znoszę sprzątać. Ale to jest jedna z tych rzeczy które trzeba robić. Oczywiście. Obowiązki przecież nie mogą być przyjemne. I to łóżko tak nieładnie wygląda. Trzeba by było je posłać. Tak poza tym to ono też jest beznadziejne. Strasznie wąskie i za krótkie. Może jak ktoś jest drobną, niziutką dziewczynką noszącą rozmiar 34 to jest temu komuś na nim wygodnie w nocy. Nie mi. (Chlip! Czemu ja nie jestem drobniutką niziutką dzieeeewczyyyynkąąąą?)
Poza tym krzesło jest niewygodne, a herbata się skończyła. A. No i muszę iść jutro do Arkadii po wodę do picia, bo oczywiście też już nie ma. Poza tym zjadłabym coś. Ale nie ciasto. A mam właśnie tylko ciasto. Jak na złość. Mam też kisiel. Ale kubek jest brudny. Musiałabym wstać i iść do łazienki, od której dzieli mnie dystans równy maratonowi. Nie. Dwóm maratonom. Więc mi się nie chce. Więc nic nie będę jadła.
Mamy zimną, deszczową jesień. Wcześnie robi się ciemno. Ludzie chodzą przygrabieni, przygięci do ziemi przez swoje ciężkie płaszcze, bez uśmiechu i bez życia i nic nie da się z tym zrobić. A bursiana wędlina jest niesmaczna, a mimo to będę ją musiała jeść jeszcze przez najbliższe dwa i pół roku.
Świaaat jest taaaaakiii złyyyyy….
A tak naprawdę to chodzi tylko o to, że jutro mam klasówkę z historii i nic nie umiem.
Tak łatwo jest narzekać.
PS: Wcale się nie zmieniłam. Przykro mi. Chociaż nie. Wcale mi nie przykro. Bo te krople na szybie są naprawdę ładne.