Jeden raz
Przynajmniej
raz nie gadać głupot. Jeden jedyny wiedzieć, co się chce przekazać, o
czym porozmawiać. Zawsze o tym marzyłem.
(Chyba
marzenia się jednak spełniają, ale ciii.)
Zapytałem kiedyś brata ciotecznego o sens jego powietrznych akrobacji. Uszkodził sobie dzięki nim kolano i raczej nieprędko odzyska pełną sprawność. Odpowiedź nie do końca mnie usatysfakcjonowała. Nie usłyszałem żadnego przesłania, żadnej głębi, choćby namiastki idei. Po prostu chciał się poruszać, porobić coś szalonego. Nie dodał patetycznie słów o podniebnej wolności, pominął, a może wcale nie pominął, tylko nie widział w tych swoich skokach nic, co mogłoby kogoś do tego zachęcić. On to po prostu lubił – skacząc, nie nudził się.
Pomyślałem sobie wtedy, że ja też mam wiele sposobów na nie nudzenie się. Bezmyślne wpatrywanie się w ekran telewizora czy otwieranie wciąż tej samej gry to tylko niektóre z pomysłów. Tutaj nie ma miejsca na uzasadnienie, wypełniacze i spulchniacze mojego czasu wolnego nawet nie pretendują do roli bycia czymś więcej. Nawet teraz spulchniam się bez specjalnego zamysłu, bo czy zamysłem może być to, że kilka osób odniesie się, a może i nie, do tych paru tysięcy znaków?
Podobno mam bardzo przyziemne marzenia. Właściwie to jedno: mieć potrzebę trwania. A co ja przez to marzenie rozumiem i jak wiele w nim zawieram, to hoho i jeszcze trochę. No bo niby można mieć ambicje dyrektorskie, potrzeby wycieczkowe i podobne. Można też pragnienia budowlane, pustaki, zastąpić żywymi komórkami. Czerwień cegieł, róż policzków i fiolet siniaków po kolejnej sprzeczce. Takiego budowania bym nie chciał, ale może się okazać, że tylko do niego zostałem pomyślany. Wtedy powiem, że trudno i będę mógł ze spokojnym sumieniem zwiedzić kryptę w charakterze turysty całkiem wreszcie za darmo.
Ten świat jest dla mnie za drogi. Zbyt dużo kosztuje mnie utrzymywanie równowagi psychicznej. Nie wkurzanie się na znajomych. Zaprzestanie ciągłego patrzenia wszystkim na ręce. Nie okazywanie strachu na pustej ulicy. Nie chowanie się w bocznej uliczce, gdy nie jestem pewien czy znam nadchodzącego człowieka; można się wygłupić albo wyjść na chama mówiąc/nie mówiąc dzień dobry. Zwykłe dzień dobry skłania do zwalniania kroku, przechodzenia na drugą stronę jezdni. Ludzie tracą pracę i nadal idą swoją stroną chodnika, a ja zmieniam jego płytki przez to dzień dobry tylko.
Mam taką małą teorię, że nie możemy się zmieniać samą tylko siłą woli. W każdym razie nie więcej niż troszeczkę, ale taka mała zmiana i tak potem wypłynie rzeką żółci i pretensji, więc jest z gruntu bezsensowna. Kształtują nas przypadki i ich przeciwieństwa, składające się na nasze otoczenie. Łamiąc nogę nie będę sobie tłumaczył, jak jest kurwa wesoło i optymistycznie, tylko zwyczajnie zawyję z bólu i wkurzę się na zdradziecką ścieżkę i dół wykopany przez złośliwego pracownika służb porządkowych. Trudno, żeby takie wydarzenia zmieniały mnie na lepsze. Bez złamanej nogi mogę na przykład zdobyć Mistrzostwo Europy w piłce nożnej, co także będzie czymś skutkowało: uderzy mi sodówka, będę miał jeszcze więcej forsy i może nawet dostanę się na jakiś bilboard reklamowy (mały, żeby za bardzo go nie było widać). Ale na pewno nie usiądę i nie będę sobie przez pół godziny mówił jaki to jestem fajny, bo to już będzie przybliżało do choroby psychicznej, jeszcze szybciej niż normalne problemy emocjonalne, z jakimi się borykam. Można sobie wmawiać cuda niewidy i czekać, aż to wszystko pierdyknie z rozpaczy, kiedy brutalna konfrontacja z rzeczywistością okaże się brutalna naprawdę, a nie literacko. Oczywiście zmieniamy się stopniowo, nie wolno tak do końca ufać nawet tym wewnątrzościowym zmianom, bo wyjdziemy jak Zabłocki na mydle, ktoś nas gotów nazwać pozerem i dać nam polizać mnóstwo innych nieprzyjemności. Kontrolujmy się przy każdym nowym tiku nerwowym, każdej myśli, która do nas nie pasuje. Ja tu też uprawiam takie małe pozerstwo, a właściwie zacznę dopiero za chwilkę. Ale to pozerstwo jest mi nawet na rękę, gdyby było pozerstwem zupełnym, a nie maciupkim, to bym zwyczajnie łgał, a nie można opierać na kłamstwie tysięcy uderzeń w klawisze. Zwyczajnie szkoda palców.
Wiem, kim jestem. Niedoskończonym pomysłem innych ludzi.
Wiem, czego chcę dokonać. Chcę również mieć pomysły, własne.
Wiem, jak to osiągnąć. Inaczej, niż dotychczas.
Ale przede wszystkim próbując.
Nie musicie pomagać. Mnie i tak się uda. Po prostu.