|
Dlaczego powinniśmy bać się listonoszy (...) wtedy możemy spokojnie przyjąć, że autor nie umiejący myśli swych wyrazić jasno nie umie też myśleć jasno, że więc myśli jego nie zasługują na to, by się silić na ich odgadywanie. Jeden z moich znajomych uratował kiedyś tonącego chłopca. Gdyby pozwolono mi powiązać jego bohaterską postawę z faktem wcześniejszego spożycia czterech piw, to oznajmiłbym, że wszelkie upadlające zwyczaje są w pełni pożyteczne, bo wyostrzają zbawczą zdolność poznawania. Więc jeśli błękit nieba zmieni się nagle w dyskretny fiolet pachnącego wrzosami zmierzchu, jeśli słońce rozlewając się w pomarańczowy obłok, schowa się za horyzontem, to wtedy, spokojnie idąc wybrzeżem, spostrzeżemy kolejnego tonącego dzieciaka. Powiem wtedy spokojnie do mojego towarzysza "zaczekaj, pobiegnę do pobliskiego sklepu i kupię ci kratę piwa". Po kilku minutach będziemy siedzieli na plaży, wpatrując się w wodę. W pewnym momencie rzuci pustą butelkę, wskoczy do zimnego jeziora, wyłowi nie oddychające już dziecko i kładąc je delikatnie na piasku, zrobi reanimację. Zrobi reanimację najbardziej genialną, bo dzieciak, po otrzymaniu dawki chmielowego powietrza, otworzy oczy i wstając, oznajmi podniosłym głosem „niech żyją! Niech żyją ludzie częstujący młodzież alkoholem! Chwała dealerom narkotykowym i niewiastom, które robią to za pieniądze!” Potem znowu upadnie na ziemię.
Jeśli
malarstwo ubarwione narkotycznym dymem otwiera serca odbiorców, oddam
cały swój dobytek, żeby wspomóc zrozpaczonych artystów. Gdyby zubożały
muzyk powoli tracąc swoją homeostazę, błagalnie pociągnął za
nogawkę moich spodni, to spojrzałbym na niego miłosiernie i mówiąc
"zaprawdę, zaprawdę powiadam ci, wstań", wcisnąłbym w
jego dłoń zwitek banknotów. Gdyby jego twarz zapłonęła niewyobrażalnie
świetlistym uśmiechem, rzekłbym jeszcze "naspeeduj się i
zacznij tworzyć". Potem wdrapię się na dach najbliższego
monopolowego i krzyknę: „Każdemu błądzącemu! Każdemu, kto szuka
spełnienia pod sklepem! [w tym momencie podniosę triumfalnie rękę]
Każdemu kolejka, każdemu pergamin i pióro! [tutaj trochę bardziej
patetycznie] Czyż nie słyszeliście słów proroków? Proście o 50
groszy na bilet, na chleb i szczerze błagajcie o 50 groszy na wino!” Znasz
to uczucie, kiedy schodząc w dół po ciemku nie natrafiasz na ostatni
stopień? Gdyby połączyć wszelkie dziecięce koszmary na temat gęstego
mroku, gdyby dodać pustkę w brzuchu tuż przed upadkiem i niewyraźne
kontury skrzynki pocztowej, moglibyśmy uznać, że każda podróż po
schodach jest morderczą walką. Jeśli dorzucimy jeszcze palący ból,
jeśli dodamy suche szczypanie na czole, jeśli dotkniemy głowy i spoglądając
na zakrwawione palce, zdamy sobie sprawę, że świat zaczyna pędzić w
górę, to otrzymamy naprawdę żywiołowy wieczór- kilka szwów, zdjęć
rentgenowskich i masę mglistych, płomiennie zniekształconych wyobrażeń
na temat swojego upadku. Miałem
wtedy chyba dwanaście lat. Pamiętam, że deszcz stukał w okno.
Odrabiałem lekcje przy biurku. Drzwi do mojego pokoju były zamknięte,
ale słyszałem, że rodzice się kłócą. Niektóre słowa
wykrzykiwane przez matkę były nadzwyczaj wyraźne, stabilne, tak jakby
chciała je wyszeptać. Dlaczego, po co, ile, kiedy, dlaczego? W jednej
chwili ojciec wszedł do pokoju, chwycił mnie za włosy i zaczął
uderzać głową o blat biurka. Niechlujnie krzyknął, że jeśli matka
nie przestanie, to zrobi mi krzywdę. To naprawdę zabawne, kiedy człowiek
interpretuje skrzywdzenie kogoś jedynie jako trwałe uszkodzenie jego
ciała. Ja i tak przecież wiem, że chodziło o to wypracowanie z
polskiego. Podobno
majaczyłem, jestem jednak pewien, że chciałem coś powiedzieć. Chyba
to nawet dobrze, że moje wspomnienia i najświeższe myśli wiązały
się w niezrozumiały bełkot. Ojciec powiedział, że chociaż był
bardzo przejęty całą sytuacją, to nie mógł powstrzymać śmiechu,
słysząc moje bezkształtne zdania...
Wiedziałem,
że tym razem to moja ciocia odbierze mnie z przedszkola. Przyszła
gdzieś po dwunastej. Samemu założyłem buty, kurtkę, niezgrabnie
zawiązałem szalik, nawet udało mi się założyć rękawiczki. Ciocia
jednak patrząc na mnie, załamała ręce i powiedziała, że jeśli
nadal będę wiązał szalik w taki sposób, to w końcu się przeziębię.
Schylając się, westchnęła z manierą znużonego gangstera i dotknęła
szalika zawiązanego wokół mojej szyi. Byłem pewien, że zdejmie go i
zawiąże od nowa, jednak po prostu pewnie pociągnęła za obydwa końce.
Pociągnęła w taki sposób, że poczułem ściskający ból w gardle i
na chwilę zatrzymałem swój oddech. Spojrzałem jej w oczy i powiedziałem
stłumionym głosem, że zawiązała za ciasno. W tej samej chwili na
twarzy cioci pojawił się szaleńczy grymas. Poczułem jeszcze większy
ścisk, zdałem sobie sprawę z tego, że moje stopy odrywają się od
podłogi. Wyciągnęła końce szalika ponad swoją głowę, wznosząc
moją małą postać w górę. Jestem pewien, że w tym momencie, gdy
zaczynałem widzieć żółte światełka wypełniające całą szatnie,
ciocia krzyknęła ‘nie umiesz pisać!!!’ Kilka
zgrywnych dźwięków, garść śnieżnego puchu, zimny wiatr- tyle
wystarczy, żeby mnie oszukać. Tyle wystarczy, żeby pokierować człowiekiem.
Kiedy siedzę przed komputerem, a za oknem zaczyna padać śnieg, to
zaczynam przypominać sobie wszystkie wydarzenia, które kojarzą mi się
z porą zimową. Przed oczami przetaczają się gigantyczne kule śniegowe,
które po chwili układają się w wielkiego bałwana. Przez ułamek
sekundy czekam, aż z moich ust wyleci para, przez chwilę czuję, że
jest zimno, że potrzebuję czegoś, co pomogłoby mi się ogrzać.
Dopiero potem zauważam, że żadnego śniegu nie było- jedynie ziarenka styropianu
spadające z góry. Nawet nie jestem zły na bandę dziadków mrozów
ocieplających blok, nie jestem zły za to, że mnie oszukują. Zima prędzej
czy później i tak nadejdzie. Potrafię przypomnieć sobie wiele sytuacji, w których starałem się usprawiedliwiać swoje słabości. Dziwne jest to, że wszelkie niemądre zdania, niestosowne gesty i bezczelne spojrzenia były tak śmiesznie marne, tak kapilarne, że powinienem o nich zapomnieć. Więc jeśli chciałbym mówić o rzeczach nieskalanych, zupełnie przeźroczystych i stabilnych; gdybym chciał mieć czyste sumienie; gdybym chciał rozdawać rady dotyczące prostych spraw, to musiałbym uspokoić także swoje życie. Więc jeśli znowu spojrzę w górę, jeśli chmury zasłonią bursztynowe niebo i uzmysłowię sobie, że nie mam nic do powiedzenia, a co więcej, do napisania, to poczekam. Chwycę milczenie najmocniej jak potrafię i patrząc w dal, wstanę i pójdę w stronę cynamonowych kapsli, słomek, szklanek... I pomyśleć, że kiedyś będę się chwalił tymi znaczkami. |
PS zawsze chciałem stworzyć tekst o pisaniu :)