Nie wiem gdzie. Po prostu. Przed siebie. Bez celu. Bez przyczyny. Mimo, że nie mam siły. Mimo, że jest źle. Albo wręcz przeciwnie. Mimo, że jestem szczęśliwa. Tak zwyczajnie. A jednak tak nienaturalnie. Jak najszybciej, ale nie spiesząc się. No bo po co się śpieszyć. Skoro nie wiem gdzie i do czego? Po prostu biec. Po prostu lecieć.
Bez żadnego głębszego przesłania, sensu. Bo nie wszystko musi przecież mieć sens. Wcalę nie chcę niczego dowodzić. Nie muszę. „Musieć” jako takie nie istnieje. W żadnym czasie, osobie, trybie… Nie i już. Wszystko to „chcieć”. „Marzyć”. I „móc”. I „wierzyć”. I to wystarczy. Nic więcej nie potrzeba. Nic ponad to. Nie musisz mieć skrzydeł. Same wyrosną, gdy uwierzysz, że je masz.
Rzucić to wszystko w cholerę. Ich. To miasto. To miejsce. To życie. Tych przyjaciół. Siebie. Siebie przede wszystkim. Zapomnieć kim się było i kim się będzie. Kim się jest. Bo po co pamiętać? Choć przez chwilę, nawet najkrótszą, a jednak zauważalną i najważniejszą być wolnym. Od czego? Nie mam pojęcia. I wcale nie chcę wiedzieć. Do niczego mi to nie potrzebne. Na pewno nie dlatego, że mi się tutaj nie podoba. Kocham to życie. Takie właśnie jakie jest. Ale i tak czuję jakiś głos wołający mnie gdzieś stamtąd, z Nikąd.
Pewnie, że jestem wolna. Pewnie, że wiem, że chcieć to tak naprawdę móc. Jestem szczęśliwa. Wiem, że to co wybrałam, jest właściwe. I wiem, że mam bardzo dużo tutaj, w tym miejscu i w tym czasie. Teraz. I że tak naprawdę nie ma czego zostawiać w tyle. Bo chcę trwać w tym co jest. Ale mimo to, czasami mam ochotę zamknąć oczy i odlecieć gdzieś w swojej cudownej bezmyślności i lekkości niepamięci. Zostawić wszystko i pójść prosto przed siebie z drobnymi w portfelu, w jednym płaszczu i z czerwoną parasolką. I nie wiem co mnie do tego popycha. Może to taka iskierka szaleństwa, która, gdzieś tam cały czas się tli i mruga do mnie co jakiś czas? Która sprawia, że jestem sobą? I bez której życie nie byłoby możliwe.