Szaman Wilka









CAMPBELL:No longer is he informed and governed by the animal powers. No longer is he guided by the analogy
of the planted earth, no longer by the courses of the planets -- but by reason.

MOYERS:The way of --

CAMPBELL:-- the way of man.

- Joseph Campbell, The Power of Myth



Jestem szamanem.


Zrozumiałem to jakiś czas temu... może nie do końca, ale ta myśl nachodziła mnie, zostawała ze mną... racjonalny umysł bronił się przed nią, jak tylko mógł. Taka jest jednak prawda. Jestem szamanem. Być może to splot przypadków, do których dorabiam wiarę... a jednak człowiek musi w coś wierzyć. Musi czuć powołanie do jakiegoś celu, jakąś drogą podążać. Mając cel - nawet nieskonkretyzowany - dajemy sobie szansę, by coś osiągnąć - najczęściej, skarb niematerialny, w jakimś aspekcie - czyli, po prostu Wiedzę. Wiem, jak to brzmi... Ludzie nie wierzą dziś w magię, wierzą w technikę. A ja mam swe powody, by wierzyć w ścieżki Mocy.


Dlaczego uzurpuję sobie prawo do bycia kimś innym niż tłum otaczających mnie ludzi ? Odpowiem wam... Ludzie nie lubią takich, którzy w jakikolwiek sposób się wyróżniają. Dlatego nie jest bezpiecznym podążanie pod prąd. Mimo to, ja zawsze byłem outsiderem, kimś "z zewnątrz" - od dziecka. Pamiętam pierwsze wydarzenia, które miały znamiona "dziwności"... pamiętam, chociaż wydają się jak sen... surrealistyczne. A jednak... miały miejsce.


Moja opowieść powinna zacząć się przy ognisku... ale rozpoczęła się w cichym, samotnym domu, w leśnych ostępach. Tak przyszło mi żyć i mieszkać, w środku lasu... z dala od ludzi ( no, prawie... ). Ujrzałem coś... rozmawiałem z wiatrem. Pamiętam, że byłem wtedy dzieckiem może dziesięcioletnim, może nawet nie... i rozmawiałem z wiatrem. Byłem sam... coś kazało mi wyjść i rozłożyć ramiona. Spojrzałem na zachmurzające się powoli niebo, i nagle kształty chmur zmieniły się, zwinęły, jak żywa istota... poczułem wiatr, wokół mnie, w jednym miejscu... przerywający ciszę. Wyszeptałem... Mocniej. Wiej mocniej... Wicher który mną targnął, najpierw był niepozornym wiatrem... potem rósł w siłę, by uginać w końcu drzewa ku ziemi... Wróciłem... Nie bałem się tego. Wszystko ucichło... a ja usłyszałem głos, we mnie - który uspokajał, upewniał, że wszystko będzie dobrze. Uwierzyłem w to... nikomu o tym nie mówiłem.


Minęło trochę czasu... wiosna goniła wiosnę, przemijał czas... Byłem coraz starszy. Gdy miałem jakieś szesnaście lat, nagle poczułem się szczęśliwy. Mimo wszystkich problemów jakie miałem, mimo cierpienia wyciągającego do mnie szponiastą dłoń... Nie czułem strachu. Jeden poranek, gdy czułem tak niezachwianą pewność siebie, jakby coś mną kierowało. Pewność, nie wiarę w cokolwiek... dziwne, boskie uczucie. Tego dnia, w szkole, poznałem co to deja vu. Rozpoznałem zdarzenie, potem kolejne... najpierw przyszedł strach, a w ułamku sekundy później... zrozumienie. I wtedy, podczas tych rozmów, w jednym dniu poznałem to dziwne wrażenie... W dniach kolejnych pragnąłem tylko, by się utrzymało. Potrafiłem coraz więcej - od przewidywania kto mnie zagadnie i na jaki temat, aż po świadomość tego, co ktoś powie. Nie przypuszczenie - świadomość... Wiedziałem, kto wypowie jakie zdanie ! Słowo w słowo ! Strach... a potem już coraz większa pewność, pewność posiadanej siły, mocy... cokolwiek to było. Czułem też emocje... empatia... na wielką skalę. Czasem miałem wrażenie, że wręcz słyszę myśli ludzi wokół mnie. Czułem je, całym sobą.


Nagle minęło... po kilkudziesięciu dniach, odeszło. Deja vu miało do mnie powracać na przestrzeni tygodni, bardzo często... potem, coraz rzadziej. Dziś go niemal nie miewam... nie licząc zeszłego tygodnia. Nie powraca już jednak taki dar, jaki miałem wtedy - przewidywania słów, czy widzenia myśli. Jednak w jakieś trzy, cztery lata później, po zanikaniu moich zdolności "władania" efektem deja vu, gdy już myślałem, że to "coś" mnie opuściło... nadeszła inna moc... nieoczekiwana. Zrozumiałem ją, chyba tą jedną najbardziej - potrafiłem przewidywać przyszłość. Widziałem już nie to, co ktoś za chwilę powie, ale wiedziałem, czułem, co się wydarzy. Wiesz jakie to dziwne ? Nie musisz nic robić, NIE MOŻESZ wręcz nic zrobić... wybierasz jakąś ścieżkę, myślowy szlak, i to... się dzieje. Czy ja na to wpływałem, zadawałem sobie to pytanie. Potrafiłem nie uczyć się - i zdać egzamin, dostając dokładnie te pytania, jakich chciałem. Nie rodzaj pytań - DOKŁADNIE te pytania, jakie tworzyłem w myślach. Dziwne ? Zaczynało się od wrażenia, dziwnego przeświadczenia, gdy zastanawiałem się nad jakimś problemem... że przyjdzie rozwiązanie. I mijał tydzień, może dwa... coś się działo. I znajdowałem wyjście, wierząc w to, że je znajdę. Ciężko to opisać słowami... było to tak, jakby moje myśli zmieniały rzeczywistość. Wiem, jak to brzmi... ale miałem ( i mam ) całkowitą pewność, że tak było. Bo przypadek nie wchodzi w grę, gdy wszystko widać tak dokładnie. Gdy potrafisz przewidzieć słowo, gest, zdanie, albo wydarzenie. Gdy wiesz, że wszystko się sypie, ale tobie nic sięnie może stać. I tak dalej.


A potem również to zaczęło się rozmywać, znikać... tak jakby nie ćwiczone zdolności mnie opuszczały, albo jakbym tracił łaskę wyższej siły... nie wiem, naprawdę. Polegam na odczuciach do dziś, kieruję się instynktem, jak zwierzę. Dlaczego ? Nie prowadzi mnie rozum, bo najważniejsze, przełomowe momenty mojego życia, kończyłem sukcesem dzięki postępowaniu zgodnie z emocjami, a nie inteligencją... Wówczas, gdy odchodziło ode mnie to, co nazwałem sobie darem widzenia ( interesowałem się już wówczas, poniekąd z konieczności, ezoteryką ) czułem się coraz bardziej pusty... Wszystko to, co czyniło mnie innym, umierało... ale teraz, z perspektywy czasu, widzę, że to nie zniknęło, a jedynie wyciszyło się... odeszło w cień...


Bo gdy byłem w naprawdę ciężkiej sytuacji, pojawiło się ponownie coś dziwnego. Tym razem, jako, jak sądzę, głos duchów natury. Jakkolwiek to nazwę, fakt pozostaje faktem. Od przesilenia wiosennego śniłem wilki. Stada wilków, biegnące przez las, ku jakiemuś celowi. Byłem wśród nich, byłem jednym z nich ! Byłem wilkiem... czułem jak wilk, moje serce biło w rytmie dzikiego zwierza, a nie człowieka. Zamglona wizja mnie-człowieka, odchodziła. Istniała gdzieś tam, na krawędzi pojmowania. Sen jak sen, powiecie. Hiperrealistyczny, trudno... ale to nie wszystko. Mój sen trwał jakieś dwa tygodnie. Noc w noc, taki sam. A po jakimś miesiącu... Nadszedł drugi sen. W tym drugim śnie byłem nagi, i szedłem na niewielkie wzgórze, w środku wielkiego, starożytnego lasu. Miejsce to było jakby nierealne, spowite mgłą... coś kazało mi siadać na wzgórzu... i wtedy Go dostrzegałem. Najpierw czułem, jak się porusza... biegnie. Wielki, biały wilk. Biegł między drzewami, raz po raz je omijał, a czasami jakby przenikał przez nie, jak duch. Był ogromny, w kłębie mógł mieć około dwóch metrów. Podchodził do mnie, a ja się nie bałem. Wpatrywał się we mnie i siadał naprzeciw, patrząc tylko tymi swoimi zielonkawymi oczami, jakby chciał mi coś przekazać. Powiedzieć. Nigdy nie rozmawialiśmy, żadnego słowa czy dźwięku, myśli, nic... po prostu ta cisza, której nie mogłem zaburzyć żadnym słowem. Czułem to... czułem, że to by było jakimś świętokradztwem. A on patrzył na mnie, i czułem, że chce mi coś przekazać. Potem odczuwałem, jakbym się zapadał... i budziłem się. Nikt z nas nie odchodził stamtąd. Ten sen śniłem dłużej... prawie miesiąc. Co noc. Gdy już bałem się, co to może znaczyć, coś się nagle stało.


Szedłem przez ulicę, przebiegając przed zaparkowanym autobusem. Tak jak się "nie robi". I nagle, ktoś mnie zawołał, krzyknął moje imię, że aż zatrzymałem się w pół kroku... było tak, jakbym znał ten głos, ale nie potrafiłem go rozpoznać. Odwróciłem się... i w tym momencie, przemknął z wielką prędkością jakiś samochód. Zrobiłbym krok dalej, i by mnie zmiótł... Zginąłbym. A wiecie kto stał za mną ? Nikt. Nie było nikogo. Pusty chodnik... praktycznie żadnych ludzi. Nikogo. A ktoś krzyknął głośno moje imię. Zrozumiałem, że coś mnie uratowało. Nie wiedziałem tylko, dlaczego. I nie wiem do dziś. Być może nie dowiem się nigdy. Psy mnie lubią, nawet obce psy. Ostatnio taki wielki pies położył mi łapy na ramiona i polizał po twarzy. A psy tak zwane "złe" omijają mnie, gdy spojrzę im w oczy... ale to przecież nic nie znaczy, prawda ? Podobno na szamana wybiera się człowieka którego trafił w życiu piorun. No cóż... niezbyt przyjemna perspektywa. Piorun, to w każdym razie Znak. Może nie zawsze musi uderzyć w nieświadomego adepta szamanizmu... Gdy byłem nastolatkiem, piorun uderzył nad ranem, z bezchmurnego nieba, w moje podwórze. Wyszedłem. Niebieskie niebo, czyste, piękne. I swąd dymu. Stopiony piasek, a w nim kamień powstały od uderzenia błyskawicy. Kamień w kształcie wilczego kła. To jednak tylko opowieśc... i ona nic nie znaczy.


Jednak wszystko to, o czym mówię, wydarzyło się naprawdę. I chociaż niewielu z was jest w stanie dopuścić do siebie myśl, że mogę mówić prawdę, ponieważ boicie się zachwiania waszej wiary w "tu i teraz"... To myślę, że warto przekazać tą historię dalej. Może ktoś kiedyś z niej skorzysta. Zrozumie, że świat jest miejscem dziwnym, niezrozumianym jeszcze przez nas. Miejscem gdzie nie wszystko można wyjaśnić racjonalnie. Ja zgubiłem mój kamień... nad czym boleję. Nie wiem, nie pamiętam co się z nim stało. Wiem, że coś oznaczał. Być może, gdybym miał go do teraz, wiedziałbym znacznie więcej... Może ktoś z was, kto dojrzy taki Znak, zrozumie jego znaczenie... i może... Przebudzi się ze snu. Do nowego zycia.


Jestem szamanem. I ja, szaman bez wielkich mocy, człowiek któremu pozostała rozwinięta do instynktu empatyczna więź z otoczeniem... będę prosił Matkę Ziemię, aby mu pomogła, tak jak mi chciała pomóc. I może ja też jeszcze mogę się kiedyś przebudzić. Może nie wsyzstko jeszcze stracone ? Na tym... zakończę. Howgh.


PS - w indiańskim kalendarzu moja data urodzenia odpowiada Znakowi Wilka.


PS - Technika tłumi magię, ale to nie znaczy, że magia nie istnieje.


PS - A bez wiary nic się nie osiąga.





kliknij aby wysłać mi maila

Ewentualne maile - bialymistyk@wp.pl , link jest zamieszczony tutaj