A ja kocham...

 

 

            Znamy się długo-niedługo. Pierwszy nawiązany kontakt datuje się na niemal rok, już cały rok, wstecz. Widzieliśmy się na żywo przez kilka dni zaledwie, a mimo to, mogę stwierdzić z szelmowskim uśmiechem i całkowitą pewnością, że nawiązała się między nami taka specyficzna więź. Wieź przyjaźni. Daleki jestem od stwierdzenia, że wiem o niej wszystko, bo wcale, a wcale nie wiem, za to mogę ze sporą dozą prawdopodobności przewidzieć jak zareaguję na to, czy tamto.

           

Uwielbiam ją za tak sporą ilość cech i zalet, że samo ich wymienienie zajęłoby mi pół życia, a przynajmniej cały ten czas, który chciałbym przeznaczyć na to skromne złożenie jej hołdu. Bo widzicie, moja mama jest genialna. I to w stopniu tak zaawansowanym, że z każdym dniem uwielbiam ją coraz bardziej.

           

Faktów przemawiających za tym jest całe mnóstwo. Mama, na ten przykład, posiada pierwszorzędne, urywające głowę i rzucające na kolana poczucie humoru, co to od niechcenia potrafi mnie rozbawić do łez. Ooga Chakka, kochana :D Jak to mówią – śmiech na ustach i do przodu, luje z wozu, koniom lżej.

           

Tym, co mnie w mamie urzekło od pierwszych zamienionych ze sobą słów była niezwykle przyjazna powierzchowność, lepiąca ludzi do niej, jak muchy do rodzynek w czekoladzie. Tak się, bowiem składa, i co jest naukowo poświadczone – mama nie umie się złościć. Nie pytajcie jak to robi – jestem na zbyt niskim stopniu maminego wtajemniczenia, by się dowiedzieć prawdy, zakładam jednak, i sądzę, że robię to nie bezpodstawnie, iż to po prostu jest natura anioła. I już.

 

Ta moja genialna mama ma jeszcze jedną, wspaniałą cechę, po której oceniam ludzi i dobieram sobie przyjaciół – umiejętność śmiania się z samego siebie. A mama to potrafi jak nikt. Kto nie widział tańca z gwiazdami (czyt. Davidem Hasselhoffem) czy nie grał w mamine zwierzaki, niezwykle ambitną, harcerską zabawę (że już o „Walmy się książką po głowie” nie wspomnę) ten trąba.

 

Taaaak, mama jest tą specyficzną osobą, z którą spędzam 90% mojego internetowego czasu. A to dlatego, że specyfika jej przegenialna jest. Pierwsza w kolejce do pocieszenia i umilenia dnia. Pierwsza do wspólnych rymowanek tematycznych czy pytania „co słychać?”. Mama...

 

Ale to nie wszystko. O nie. Podziwiam ją. Za wszystko. W lwiej części jednak za to, iż pomimo naszej przyjaźni nadal potrafi mnie zaskoczyć w sposób sprawiający, że nie wierzę temu, co słyszę. Jest stuprocentowo nieprzewidywalna i szalona jak mało, kto, a to dodaje jej jeszcze uroku, którego i tak ma spory zapas.

 

I jeszcze jedno – moja mama jest Bohaterką. Zrobiła coś, czego nie udałoby się wykonać szarym, zwykłym ludziom – takim jak my. Uratowała życie człowiekowi. Jeszcze z nikogo w życiu swym nie byłem tak dumny jak z niej. Opanowała emocje, które by mnie zabiły i nie straciła zimnej krwi. Anioł, nie człowiek. A przy tym moja mama.

 

I za to właśnie Cię kocham Magdaleno.

 

Phantasmagor