Pora umierać!
Zszedłem. Nie ma mnie. Skopali moje ego, skopali całego mnie. Zostawili okruszki walające się po chodniku, to małe, rozdygotane ja. Nie przyszło im do głowy, że owe „ja” niekoniecznie będzie chciało się pozbierać, że niekoniecznie będzie mu po drodze do równowagi psychicznej i stałości w ruchach, bez nadmiernych ilości drgawek.
Jeszcze nie skończyłem. Miałem przed sobą mnóstwo tego całego życia. Plany, inwestycje. Złudne nadzieje i marzenia. Tyle spraw, Boże, tyle spraw... Chciałem powiedzieć całe mnóstwo rzeczy całej rzeszy ludzi. Tej jedynej że jest tą jedyną. Zidiociałemu kumplowi że jest kumplem zidiociałym. Rodzicom, że się nie postarali. Cholera, nawet dla mojego psa by się coś znalazło!
Mentalnie sięgnąłem bruku. Chociaż uderzenie nawet mną nie zachwiało, dramat rozegrał się w środku mnie. W danielu. Tunelu, oczywista, nie było. Jak ma być tunel, kiedy nie ma komu przez niego przejść? Bo mnie już wtedy nie było. Rozsypałem się w kawałki niczym lusterko, którym kiedyś rzuciłem o kant szafy nie pamiętam już z jakiego powodu.
Gdybym zdążył spisać testament... Rozdzielić te kilka książek, płyt, obecnie już dwa komputery, z których jeden nie domaga poważniej, niż ja w dzieciństwie, gdy próbowałem podnieść krzesło i mebel ten spuściłem sobie boleśnie na stopę. To naprawdę ważna rzecz, wiedzieć ile co waży. Jeśli coś waży dużo, nie warto tego podnosić, a już na pewno nie nad własnymi członkami, o ile ktoś ma ich więcej.
A gdybym spisał go za szybko? Jeśli po dokonaniu tego nic by się nie stało? Odetchnąłbym z ulgą, jeszcze może raz nasycił się świeżym powietrzem, potem kolejny i kolejny. Po pięciu minutach zaczęłaby mi dokuczać myśl, że jestem spóźniony. Wwiercałaby się w mój umysł, nie pozwalając myśleć o niczym innym. Pół godziny później byłbym już zrozpaczony tym, że moja ostatnia wola wcale taką ostatnią nie będzie, że coś się jeszcze wydarzy. Takie „coś” ma zwykle to do siebie, że zmienia wszystko. Nie chciałbym umrzeć z nieaktualnym testamentem.
Piszę swoją ostatnią wolę każdego dnia od początku. Biorę kartkę, wieczne pióro, staram się upuścić kontrolnego kleksa na blat biurka i rozpoczynam kolejną wędrówkę w poszukiwaniu prawdy ostatecznej. Moim memento staje się nie zapominanie o rzeczach ważnych, odsuwanie problemów na przyszłość i tłumaczenie się z porażek, które przed innym nazywam remisami, a we śnie nawet zwycięstwami. Czasami stawiam sobie pytania, ale o wiele częściej korzystam z samych odpowiedzi, które łaskawie przyniósł mijający dzień.